Jak dobrze mieć sąsiada…

Polonijne to i owo Series luty 23, 2012 at 6:50 pm

Kiedy Iwona i Marek kupili dom, nie posiadali się ze szczęścia. Ich wielkie marzenie spełniło się po 7 latach pobytu w Kanadzie. Oboje ciężko pracowali – Iwona w fabryce śrub, Marek w zakładzie oczyszczania miasta. Nie mieli dzieci, więc tym łatwiej było im odkładać pieniądze, których coraz większa kupka rosła na bankowym koncie. Prowadzili prawie ascetyczny tryb życia – wegetariańskie posiłki, zero używek, żadnych “wielkich wyjść” do kina, teatru, nie wspominając już o jakichkolwiek weekendowych czy urlopowych wyjazdach. Cieszyło ich tylko jedno – myśl, że za zaoszczędzone pieniądze kupią wymarzony domek, który w myślach już meblowali. Jednak największą radość sprawiało im wymyślanie, jak będzie wyglądał ich ogród. Oboje pochodzili z małej, rolniczej miejscowości na lubelszczyźnie, gdzie głównym zajęciem było uprawianie roli. Wielkie pola ziemniaków, kapusty, przydomowe szklarnie z warzywami były jedynym dochodem dla większości mieszkańców, w tym także dla Marka i jego żony. I chociaż nie planowali opuszczenia rodzinnych stron, to los zadecydował za nich.

Był koniec roku 1980. Niewiele dni po zarejestrowaniu przez Sąd Okręgowy w Warszawie “Solidarności”. Marek za namową kolegi przyłączył się do organizacji i został jej aktywnym członkiem. Rok później skazany za działalność antypaństwową otrzymał “wilczy bilet”. Wybór padł na Kanadę, gdzie mieszkała leciwa ciotka Iwony. Z dwoma walizkami i pożyczonymi od rodziny pieniędzmi młodzi ludzie żegnali kraj, z którym wiązali swoją przyszłość, by zacząć życie od początku. Kraj pachący żywicą przywitał ich nad wyraz życzliwie. Otrzymali rządowy zasiłek, który pozwolił im na wynajęcie małego mieszkania, zapewniono im naukę języka angielskiego, a co najważniejsze zostali posiadaczami tzw. Permanent Residence, czyli prawa do stałego pobytu w Kanadzie, uprawniającego również do podjęcia legalnej pracy. Chcieli być samodzielni, nie brali więc pod uwagę wspólnego mieszkania z ciotką Iwony. Ale to ona właśnie utwierdziła ich w przekonaniu, jak bezsensowne jest wynajmowanie mieszkania, skoro można spłacać raty za dom, który po latach będzie dla nich finansowym zabezpieczeniem. Rzucone na podatny grunt ziarno zaczęło kiełkować w głowach Iwony i jej męża. Perspektywa domu z dużym ogrodem, który mógłby być namiastką tego, co zostawili w Polsce przeważyła szalę niepewności. Od tej chwili młodzi ludzie postawili sobie za cel jak najszybsze zgromadzenie pieniędzy, które wystarczyłyby na wszystkie opłaty związane z kupnem domu.

Parę lat później stali się właścicielami niedużego bungalow z olbrzymią działką w starszej części Mississaugi. Zakupu dokonali wiosną, by móc od razu zacząć zagospodarowanie ogrodu. Po niedługim czasie pojawiły się w nim grządki z pomidorami, ogórkami, marchewką i cebulą. Z sentymentem posadzili też kilka krzaków ziemniaków (by przypominały dom rodzinny). Przy płocie zaczęły zakwitać różnokolorowe kwiaty, posadzone obok owocowych drzewek. I kiedy wydawało się, że nic więcej nie jest potrzebne do szczęścia – w ogrodzie zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Na początek w ciągu jednego tygodnia uschły posadzone blisko płotu kwiaty, zaraz potem liście na drzewkach jabłoni poskręcały się w niewytłumaczalny sposób. Na domiar złego dojrzewające pomidory pokryły się ciemnymi plamami, a ogórki białym nalotem. Brakowało tylko, by na ziemniakach pojawiła się stonka! Iwona i Marek zaskoczeni skalą zjawiska udali się po pomoc do sklepu ogrodniczego, w którym dokonali zakupów do ogrodu. Tam zapewniono ich, że wszystkie sadzonki, które kupili pochodzą z ekologicznej plantacji, a ziemia i nawóz w których zostały posadzone mają najwyższy znak jakości. Iwona nie dała jednak za wygraną i po długiej wymianie zdań zażądała, by sklep wysłał do ogrodu eksperta. Wielkie było jej zdziwienie, gdy kilka dni później okazało się, że rośliny zostały spryskane bardzo silnym płynem chwastobójczym!

Przejrzała razem z ekspertem opakowania wszystkich zakupionych wcześniej środków ochrony roślin. Nie znaleźli wśród nich niczego podejrzanego. I pewnie sprawa zostałaby niewyjaśniona, gdyby Iwona nie spojrzała odruchowo na działkę sąsiada, który nie uprawiał żadnych roślin, z wyjątkiem zawsze równo przystrzyżonej trawy. Jej wzrok padł na plastikowy biały worek oparty o ścianę domu. Przypomniała sobie, że zawsze podziwiała piękny trawnik sąsiada, który wyglądał jak te na polu golfowym. Nigdy nie widziała na nim żadnych chwastów. Resztę układanki rozwiązał ekspert z ogrodniczego sklepu. Okazało się, że w worku jest proszek, który zmieszany w odpowiedniej proporcji z wodą skutecznie likwiduje wszelkie niepożądane rośliny…

Iwona i Marek początkowo chcieli dać nauczkę sprytnemu sąsiadowi, ale doszli do wniosku, że nie tędy droga. W końcu nie złapali go na gorącym uczynku. W rezultacie sprzedali dom i przeprowadzili się na piękną farmę z kawałkiem lasu i małym jeziorem. Teraz mogą spełniać swoje ogrodniczo-rolnicze ambicje. Mieszkający niedaleko sąsiedzi często zapraszają na szarlotkę zrobioną z jabłek rosnących w ich sadzie…

Ilona Girzewska

Jeśli chcesz podzielić się z Czytelnikami Wiadomości swoją historią napisz na adres:

[email protected]

Gwarantujemy anonimowość.