Rozbierany poker

Polonijne to i owo Series marz 2, 2012 at 10:33 am

Roman i Marzena. Basia i Jurek. Dwa bezdzietne małżeństwa z niewielkim stażem. Połączyła ich wspólna pasja – suto zakrapiane alkoholem imprezy. Ale zacznijmy od początku…

Roman i Jurek poznali się w połowie 1991 roku. Obaj panowie rozpoczęli prawie w tym samym czasie pracę w dobrze zapowiadającej się polonijnej firmie budowlanej w Mississaudze. Żaden z nich nie miał doświadczenia zawodowego, więc ich praca określana była jako “general labor”. Należy w tym miejscu dodać, że ani Roman, ani Jurek zbyt wielką chęcią do pracy nie pałali wyznając zasadę “czy się stoi, czy się leży i tak kasa się należy”. Może to właśnie sprawiło, że znaleźli wspólny język.

Narzekali na kapitalistyczny “wyzysk człowieka, przez człowieka”. – No bo jak szef może zmuszać do pracy w zbyt upalne lub deszczowe dni, kiedy sam siedzi wtedy w biurze i nic nie robi? I co z tego, że kontrakt przewiduje zakończenie pracy za tydzień – to szef ma problem, nie oni, itd., itp.

Jedyną radością mającą związek z pracą był dzień wypłaty. Wtedy to nasi bohaterowie pierwsze kroki po otrzymaniu czeków kierowali do Credit Union, a zaraz potem do najbliższego sklepu LCBO. Zaopatrzeni w “rozweselacze” ich marnego życia dumnie wkraczali w progi mieszkania (naprzemiennie – raz Romana, za miesiąc Jurka) i ucztowali. Mieszkali w tym samym apartamentowcu, więc ich żony także prowadziły zażyłą znajomość. Spotykały się prawie codziennie na porannej kawie, razem robiły zakupy i plotkowały. Miały to szczęście, że ich mężowie pochodzili z rodzin, w których kobiety zajmowały się domem, a mężczyźni zarabianiem na ich utrzymanie. Nie znające smaku pracy Marzena i Basia prześcigały się w wymyślaniu atrakcji mających urozmaicać życie. Raz były to weekendowe wyjazdy z namiotem za miasto, innym razem polonijne imprezy taneczne. Zawsze jednak głównymi elementami tych imprez były duże ilości alkoholu. Jednym z ulubionych zajęć obu par była gra w pokera. I to właśnie stało się początkiem końca…

Basia już nie pamięta, kto właściwie wpadł na pomysł, by ulubioną przez nich grę w karty urozmaicić. Dzisiaj tak naprawdę nie ma to dla niej najmniejszego znaczenia. Fakt, faktem, że pomysł się spodobał i poczciwy poker zamienił się pewnego wieczoru w “pokera rozbieranego”. Po godzinie obie panie siedziały przy stole w samej bieliźnie. Rozochoceni mężowie, zaproponowali swoim żonom iście diabelski układ. Miał on polegać na tym, że na tydzień panie zamienią się miejscami tzn. Marzena zamieszka z mężem Basi i odwrotnie. Kobiety – zapewne pod wpływem wypitej w czasie gry dużej butelki whisky – zgodziły się, zaznaczając, że układ obowiązuje od zaraz. Tak więc Basia została w mieszkaniu Marzeny z Jurkiem, a Roman powędrował z żoną kolegi dwa piętra wyżej. Poranek następnego dnia okazał się fatalny w skutkach. U obu kobiet wystąpiły dwa rodzaje kaca – ten po whisky i ten drugi, zwany przez niektórych “moralniakiem”. O ile skutki wypicia zbyt dużej ilości alkoholu minęły w ciągu kilku godzin, o tyle wstyd i wyrzuty sumienia nie chciały dać o sobie zapomnieć. Zaproponowany dzień wcześniej układ został oczywiście anulowany i oba małżeństwa postanowiły wymazać z pamięci niefortunne zajście. Wszystko wróciło do normy, a przynajmniej tak się wydawało.

Kilka tygodni później Basia, pijąc z Marzeną poranną kawę poczuła ostry ból w dole brzucha i zasłabła. Wezwane pogotowie zabrało kobietę na ostry dyżur z podejrzeniem ataku wyrostka. Wyniki badań okazały się brzemienne w skutkach, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zdumiona Basia dowiedziała sie, że jest w ciąży. Nie mniej zdumiony tym faktem był jej mąż, u którego wiele lat wcześniej potwierdzono bezpłodność. Oboje zdali sobie sprawę, że ciąża jest efektem “pokerowej nocy”. Bezsensowna kłótnia, podczas której oskarżali się wzajemnie, nie wniosła jednak zbyt wiele. Gdy emocje trochę opadły młodzi ludzie zdecydowali ponieść konsekwencje swojej nieodpowiedzialności. Przyszło im to o tyle łatwiej, że bardzo pragnęli dziecka, a teraz ich marzenia mogły się zrealizować. Co prawda Jurkowi trudno było przełknąć gorzką pigułkę świadomości, że będzie wychowywał dziecko Romana. Dlatego też postanowili zmienić miejsce zamieszkania i zerwać kontakty z Marzeną i jej mężem. Wyprowadzili się do Scarborough, Jurek znalazł pracę w kanadyjskiej firmie, a Marzena niedługo po urodzeniu syna otworzyła małe domowe przedszkole. Nie wspominają swoich dawnych znajomych. Spotkali ich tylko raz, podczas Polish Day organizowanego kilka lat temu w Ontario Place. Rozmowa między nimi się nie kleiła i Basia chciała ją jak najszybciej zakończyć, tłumacząc, że musi nakarmić synka. Zaskoczona Marzena długo i ze zdziwieniem przyglądała się kilkuletniemu dziecku, do złudzenia przypominającemu jej męża…

Ilona Girzewska