Bajka ze smutnym zakończeniem…

Polonijne to i owo Series marz 8, 2012 at 2:28 pm

Kiedy Marzena sześć lat temu otrzymała telefon o śmierci męża, myślała, że jej życie się skończyło. To była jedna z tych szalonych, szkolnych miłości, które miały trwać wiecznie. Jeszcze przed ukończeniem torontońskiego uniwersytetu w najdrobniejszych szczegółach zaplanowali swoją przyszłość i do ostatniego wspólnego dnia przestrzegali planu, który wymarzyli sobie jako nastoletni ludzie.

- Ślub wzięliśmy na drugim roku studiów. To były wspaniałe czasy! Nasza córeczka, Marysia, urodziła się na dzień przed egzaminami Pawła. Byliśmy młodzi, szczęśliwi, pełni zapału. Bywały chwile, że było naprawdę ciężko – świeżo po studiach, w nowej pracy, z płaczącym po nocach dzieckiem – ale wtedy wszyscy inaczej żyli, pomagali sobie, nie było takiego wyścigu jak dzisiaj – zauważa tęsknym tonem.

Później ich życie potoczyło się jak piękna bajka z koszmarnym zakończeniem. Marzena otrzymała posadę nauczyciela, Paweł awansował, był szanowanym inżynierem. O drugie dziecko starali się trzy lata, aż w końcu na świat przyszedł ich upragniony syn – Maciuś. Znajomi zazdrościli im szczęścia w miłości, bo większość szkolnych par, albo rozpadła się po studiach, albo przeżywała kryzys. A oni, na przekór wszystkim, kochali się jeszcze bardziej, nie widząc poza sobą świata. I w jednym momencie ta dzień po dniu budowana kraina, w której żyli, rozpadła się.

- To był tętniak. Paweł wyszedł rano do pracy, a gdy pił z kolegami kawę, po prostu się przewrócił. Kiedy pogotowie zjawiło się na miejscu, już nie żył. Myślałam wtedy, że się nigdy nie pozbieram i gdyby nie dzieci… Nie chcę nawet o tym myśleć. Marysia miała wtedy 19 lat, była tuż po maturze, miała dużo wolnego czasu. Całe dnie rozmawiałyśmy, wspominałyśmy, razem płakałyśmy. Odcierpiałam żałobę, wyrzuciłam z siebie wszystko, jakimś cudem wróciłam do życia i zaczęłam porządkować sprawy po mężu. Okazało się, że Paweł zabezpieczył nas w przypadku swojej śmierci, założył kilka wysokoprocentowych lokat, poza tym jego firma prosperowała lepiej niż sobie wyobrażaliśmy. Poprosiłam o pomoc naszego prawnika i sprzedałam udziały. Nagle zostałam sama i sama musiałam zaplanować życie sobie i moim dzieciom. Brat, który jest ekonomistą doradził mi, jak zainwestować pieniądze i zabezpieczyć na przyszłość Marysię i Maciusia – opowiada.

Dopiero dwa lata po śmierci męża, Marzena zdecydowała się pojechać na pierwsze samotne wakacje. Był lipiec, wyjątkowo upalne lato w przepełnionym turystami ośrodku wczasowym północnego Ontario. Coś ściskało ją w gardle, gdy widziała spacerujące po plaży rodziny i zakochane, wtulone w siebie pary. Szła po wydrążonych w piasku śladach, dzień po dniu wspominając każde lato spędzone wspólnie z Pawłem. Jednego z tych smutnych, beznadziejnie sentymentalnych wieczorów, gdy siedziała tuż nad brzegiem jeziora, kontemplując błogi szum fal, ujrzała jego.

- Szpakowaty, przystojny brunet, około 50, biegał z psem. Potajemne go obserwowałam, czując się jak nastolatka podglądająca kolegów. Pierwszy raz od śmierci Pawła, ktoś mi się podobał, choć bardzo się tego wstydziłam. Wcześniej nie wyobrażałam sobie, że mogłabym się z kimś spotykać, ale wtedy, na plaży, poczułam do tego mężczyzny niesamowity pociąg. W końcu do mnie podszedł. Gdy przedstawiał się, miałam ściśnięte gardło, jak na pierwszej randce. Jeszcze tego samego wieczoru poszliśmy na kolację, a dwa dni później Jarek przeprowadził się do mojego pokoju. Tak pięknie grał dla mnie wieczorami na gitarze… Znowu czułam, że żyję, powoli się w nim zakochiwałam – urywa ze łzami w oczach.

Gdy Marzenie kończył się urlop, nie obiecywali sobie zbyt wiele, choć miała ogromną nadzieję na podtrzymanie tej znajomości. Opowiedziała mu całe swoje życie, nie omijając tych najboleśniejszych momentów. Był pierwszą osobą po córce, przed którą się otworzyła i miała odwagę opowiedzieć wszystko, co ją trapi. W chwilach dojmującego smutku, on ją zawsze przytulał, całował w czoło i mówił, że zasługuje jeszcze na miłość, a czterdziestka nie oznacza już tylko starości. Przy nim odżyła, odmłodniała, rozkwitła. Gdy wróciła do Toronto, znajomi i rodzina nie mogli jej poznać. Dzieci cieszyły się, że w końcu się uśmiecha, ale ona wieczorami zalewała się łzami w tęsknocie za Jarkiem.

- Mieszkał w Guelph i tłumaczył, że nie może się do mnie przeprowadzić, bo ma firmę, obowiązki. Teraz wiem, że już wtedy zaczął swoją świetnie przemyślaną manipulację… Gdy pewnego ranka stanął w moich drzwiach, byłam tak szczęśliwa, że nawet nie zaniepokoiło mnie, że przyjechał z jedną walizką w ręku i firmą pozostawioną pod opieką przyjaciela. Wierzyłam, chciałam mu wierzyć w każde słowo. Gdy zaczęliśmy ze sobą normalnie żyć, był taki jak wcześniej – opiekuńczy, czuły, troskliwy… Z jednym małym wyjątkiem. Wcześniej grał szarmanckiego gentlemana, a teraz nagle ja za wszystko musiałam płacić. Najpierw zgubił swoją kartę kredytową, później miał nagłe problemy finansowe, w końcu okradł go przyjaciel.

Marzena wstydziła się komukolwiek opowiedzieć o swoich rozterkach, nie chciała, aby dzieci i znajomi pomyśleli, że kupuje jego miłość. Zresztą wszystkie wątpliwości znikały, gdy Jarek wpadał do domu z bukietem czerwonych róż albo biletami do teatru… Dopiero po roku straciła wszelkie złudzenia, gdy brat monitorujący jej akcje odkrył, że z konta regularnie ubywają duże kwoty pieniędzy.

- To był szok. Bywały chwile, gdy myślałam, że Jarek jest darmozjadem, ale z drugiej strony zawsze znalazłam wytłumaczenie. Było mi z nim dobrze, dbał o mnie, więc nie chciałam go tracić. Wydawało mi się, że nie zniosę kolejnej rozłąki, następnych lat w samotności. Ale wtedy zareagowała rodzina, znowu pomogli mi najbliżsi. Wiedzieli, jak ciężko to wszystko przeżyć – byli delikatni, starali się, aby mnie nie zranić. Powiadomili policję, starali się zamknąć tę sprawę. Jednak nie było łatwo zapomnieć – zostałam okradziona nie tylko z pieniędzy. Chodziło o coś więcej – o uczucia.

Teraz Jarek przebywa w areszcie i czeka na wyrok. Śledztwo wykazało, że Marzena nie była pierwszą z jego ofiar, a na terenie Mississaugi znalazły się jeszcze trzy wykorzystane przez niego kobiety. Każda z nich bezpowrotnie straciła zaufanie do mężczyzn i została okrutnie odarta z pewności siebie.

- Wstydzę się swojej naiwności przed dziećmi, rodzicami, wreszcie samą sobą. Tak bardzo chciałam znowu poczuć się kochana, że byłam w stanie uwierzyć we wszystko, co mówi Jarek. A on tak naprawdę nigdy nie kochał mnie. Kochał moje pieniądze, ciężko zarobione przez mojego męża. Dzisiaj wiem na pewno, że najpiękniejsze chwile jakie przeżyłam w moim życiu są za mną i wraz z Pawłem odeszły bezpowrotnie. Nie mam już zamiaru kusić losu – i tak miałam ogromne szczęście, że zasmakowałam wspaniałej miłości, bo niektórzy nigdy nie otrzymają takiej szansy…

Jeśli chcesz podzielić się z czytelnikami Wiadomości swoją historią, napisz na adres: [email protected]

Gwarantujemy anonimowość.