Kiler

Polonijne to i owo Series kwie 5, 2012 at 9:11 am
Przywieźli go do domu, gdy miał cztery tygodnie. Mała kuleczka mieszcząca się w dłoni. Był najsilniejszym szczeniakiem z miotu – dlatego wybrali właśnie jego. A właściwie wybrała go Monika, a Szymek wybrał dla niego imię – Kiler. Tak po polsku, przez jedno “l”.
Najmniej zadowolona, a właściwie przeciwna zakupowi psa była mama dzieciaków. I to nie dlatego, że nie lubiła zwierząt. Pamiętała historię sprzed kilku lat, kiedy to omal nie straciła oka po pogryzieniu przez dobermana sąsiadów. Kiler jakby czuł tę niechęć i postanowił swoim psim rozumkiem zaskarbić sobie łaski nowej pani. Lizał ją po rękach i nosie jakby prosząc, by go pokochała. Cel został osiągnięty w bardzo krótkim czasie.
Minęło kilka miesięcy, w czasie których pies dewastował wszystko co popadnie. Pogryzł dwa tapczany, kilka par butów i worek ubrań. Weterynarz zasugerował by Kilera poddać sterylizacji, która osłabi jego agresję. Tak się więc stało. Pies chodził ze specjalnym kołnierzem zabezpieczającym, który już po dwóch dniach był połamany i trzeba było kleić go mocną taśmą. Rynsztunek na karku nie przeszkodził jednak Kilerowi w dostaniu się do szafki z alkoholem, wyciągnięciu zębami butelki brandy, rozgryzieniu zakrętki i wypiciu całej zawartości. Skończyło się to na szczęście tylko mocnym kacem i dozgonną awersją do ciężkich gatunków alkoholu. Ale tylko do ciężkich, bo już wkrótce okazało się, że psisko uwielbia wręcz Tyskie piwo. Właścicielka przekonała się o tym, zabierając go do domku letniskowego w samym środku lasu w okolicach Bracebrige. Chociaż tak naprawdę trudno nazwać domkiem letniskowym przyczepę kampingową, do której dobudowano dodatkowe pomieszczenie mieszkalne. No i warunki tam panujące były iście spartańskie: światło z generatora (tak naprawdę nigdy nie używanego, bo wystarczały latarki, lampy naftowe i blask ogniska), ubikacja w domku z serduszkiem pod lasem i brak bieżącej wody. Kąpieli zażywano więc w jeziorze lub pod pobliską tamą, a wodę wożono ze sobą w butelkach.  Szybko okazało się jednak, że Kiler butelkowanej wody nawet nie tknie. Ale kiedy nalano mu do miski trochę piwa – wyżłopał je natychmiast. Od tej pory, przy okazji każdego wyjazdu na cottage stało się ono jego ulubionym napojem.
Pies rósł, by w niedługim czasie osiągnąć wagę ponad czterdziestu kilogramów. Był przy tym niezwykle silny. Potrafił przyciągnąć z lasu ciężki konar drzewa na ognisko, wyciągnąć z jeziora potężne, zalegające tam od lat korzenie nasiąknięte wodą. Wkrótce okazało się też, że jest świetnym pływakiem i… psem ratunkowym. Wystarczyło, by ktoś wskoczył do wody, a psisko już zjawiało się obok, delikatnie łapiąc zębami za łydkę i holując do brzegu. Posiadając pełną swobodę, biegając bez smyczy Kiler wręcz pokochał wyjazdy do domku w lesie. Kiedy kończył się weekend i trzeba było wracać do Toronto – popadał w depresję. Kładł się wtedy na kanapie i ciężko wzdychał.
Mijały lata, które coraz częściej dawały o sobie znać. Pełen energii pies zaczął niedomagać. Coraz trudniej było mu wskoczyć do bagażnika samochodu, aż w końcu problemem stały się nawet codziennie spacery. Wychodził tylko do ogrodu, by zaraz potem z wielkim wysiłkiem wracać. Aż w końcu odmówiła posłuszeństwa lewa, tylna łapa. Dzień później dołączyła do niej prawa. Przerażony pies, nie mogąc stać o własnych siłach zmuszony był potrzeby fizjologiczne załatwiać w domu. Nie mogąc patrzeć na cierpienie zwierzaka, właścicielka podjęła decyzję o uśpieniu.
Dlaczego piszę dzisiaj o psie? Bo to ja byłam właścicielką Kilera. Byłam – bo wczoraj został uśpiony. Szymek i Monika postanowili, że ciało Kilera zostanie skremowane, a urna z jego prochami będzie zakopana obok domku w lesie, gdzie był najszczęśliwszy.
Mam cichą nadzieję, że jednak  “All dogs go to heaven”. Do psiego nieba, bo na takie moja psina zasłużyła.
Ilona Girzewska