Tylko jedno marzenie

Polonijne to i owo Series kwie 20, 2012 at 8:52 am

Panią Zosię spotkałam przypadkiem u “Bennasa” na Roncesvalles. Stała przede mną w kolejce do kasy. Lekko przygarbiona, z opadającymi na czoło siwymi włosami. Płaciła za swoje skromne zakupy: chleb, mleko i jajka. Z portmonetki wybierała drobne monety, ale okazało się, że to co uzbierała nie wystarczy. Zabrakło jej 65 centów. Poprosiła ekspedientkę by odliczyła z zakupów jajka. Zapytałam, czy zgodzi się, bym dołożyła brakującą kwotę. Ze smutnym uśmiechem przytaknęła. Wyszłyśmy ze sklepu. Poprosiłam panią Zosię o rozmowę. Posłuchajmy…

“Mam 84 lata. Troje dzieci, pięcioro wnuków, stary dom i telewizor. Mąż  zginął w wypadku, niedługo po tym jak urodziłam najmłodsze dziecko. Dwóch synów mieszka w Montrealu, a córka w North Bay. Mają swoje życie. Czasem do mnie dzwonią, pytają jak się czuję. Raz nawet córka zabrała mnie na święta do siebie. Więcej nie pojechałam – to za daleka droga, a ja nie najlepiej się czuję.

Większość życia poświęciłam dzieciom. Chciałam, by niczego im nie brakowało. Byłam samotną matką, więc nie zawsze było mnie stać na ubranie ich w markowe ciuszki, wyjazdy za miasto czy wyjścia do kina. Nie mam w Kanadzie żadnej rodziny, więc i pomocy od nikogo nie mogłam oczekiwać. A o zasiłki rządowe wstyd mi było prosić. Bo przecież niektórzy mieli pewnie jeszcze gorzej niż ja, to im się bardziej należało. Najbardziej mi żal, że nie mogłam odłożyć pieniędzy, by dzieci poszły na studia. Cała trójka już od najmłodszych lat pracowała – najpierw roznosili ulotki, potem synowie wynajmowali się do pracy przy odśnieżaniu i grabieniu liści. Za pierwsze zarobione pieniądze kupili mi kuchenkę mikrofalową, żebym mogła szybko przygotować jedzenie. Dobre te moje dzieciaki. Nigdy nie narzekały. A i pożenili się szczęśliwie. No i pracę mają dobrą. Ich dzieci studiują i podróżują po świecie. Nie, wnuki do mnie nie przyjeżdżają. No, bo co mogą robić u starej babci? Zanudzili by się na śmierć. Ale zawsze wysyłają pocztówki z podróży. Mam całą kolekcję – z Ameryki Południowej, Europy, a nawet z Nowej Zelandii! Na święta i Dzień Babci też dostaję kartki – takie z grającą melodyjką, jak się kartkę rozłoży. Raz nawet paczkę dostałam, a w niej pełno pudełek z ozdobami na choinkę i bombki z imionami wnuków. Ale to dawno było, jak wnuki były jeszcze małe.

Nie, nie chciałabym zamieszkać z którymś z dzieci. Przecież oni mają swoje życie, a ja już stara jestem i tylko utrapienie by ze mną mieli. Tu mam dwa kroki do lekarza, do kościoła, polskiego sklepu. Dom mam malutki, mieszkam sama więc i sprzątania nie ma dużo, bo nie ma kto bałaganić. Przez kilka lat miałam pieska – taka przybłęda wzięta z ulicy. Ale musiałam go oddać do schroniska, bo sił już nie starczało, by z nim wychodzić na spacery. Nie, dzieci go nie chciały wziąć do siebie. Przecież to kłopot, a oni tacy zajęci cały czas. Szkoda mi go, tak się ciepło na sercu robiło jak wchodziłam do domu, a on radośnie merdał ogonem. Teraz to za jedyną rozrywkę mam telewizor – włączam go, żeby w domu nie było tak pusto i cicho. Kiedyś to jeszcze lubiłam robić dla wnuków swetry i skarpetki na drutach. Ale córka i synowe powiedziały, że to niemodne i dzieciaki w tym nie chodzą, więc przestałam.

Czy mam jakieś marzenie? Kiedyś miałam dużo. Chciałam, by moim dzieciom ułożyło się w życiu. Żeby nie wiedzieli co to głód i wiązanie końca z końcem. Często się o to modliłam. I widzi pani? Bóg mnie wysłuchał.

A teraz mam tylko jedno marzenie. Za miesiąc kończę 85 lat. Chciałabym, by na mszę urodzinową w kościele św. Kazimierza przyjechały moje dzieci i wnuki. Ale pewnie nie będą mogli, bo przecież mają swoje życie i tacy są bardzo zajęci…

Ilona Girzewska