Japońskie śmiecie podpływają

Series maj 1, 2012 at 12:47 pm

Do wschodniego wybrzeża Pacyfiku po japońskim tsunami dopływa coraz więcej przedmiotów. Do Kanady prądy zniosły motocykl, a w pobliżu Alaski znaleziono piłkę futbolową z napisanym po japońsku nazwiskiem właściciela. Dzięki determinacji znalazców młody Japończyk już wie, że bliski sercu przedmiot przepłynął pięć tysięcy kilometrów.

Piłkę znaleziono na plaży na jednej z bliskich Alasce wysp. Natknęło się na nią spacerujące małżeństwo amerykańsko-japońskie. Nie byłoby w tym znalezisku niż niezwykłego, gdyby nie napisane na piłce nazwisko. Okazało się, że należała ona do 16-letniego Misaki Murakamiego, któremu wywołane przez trzęsienie ziemi tsunami zabrało wszystkie przedmioty z domu. Od 11 marca 2011 r. piłka pokonała pięć tysięcy kilometrów i wylądowała na zimnej plaży po drugiej stronie Pacyfiku.

- To była dla mnie wielka niespodzianka, kiedy dowiedziałem się, że moja piłka odnalazła się na Alasce. Podczas tsunami straciłem dosłownie wszystko. Chciałbym podziękować ludziom, którzy skontaktowali się ze mną – powiedział telewizji CNSNews zadowolony chłopiec.

Misaki nigdy nie dowiedziałby się o odnalezionej piłce, gdyby nie determinacja państwa Baxter. Dzięki temu, że była ona podpisana, zadali sobie trudu, by odnaleźć właściciela.

- Kiedy zobaczyłem piłkę, od razu pomyślałem, że mogła ona przypłynąć z Japonii – powiedział David Baxter. Już wcześniej znajdował na plaży różne przedmioty, w większości śmieci z napisami w języku japońskim.

Jeszcze większy szok przeżył mieszkaniec wybrzeża Brytyjskiej Kolumbii. Kiedy zwiedzał swoim quadem jedną z wysp, natknął się na biały pojemnik przypominający kontener. W środku stał sporych rozmiarów harley-davidson na japońskich numerach rejestracyjnych.

- Byłem bardzo ciekawy, co jest w środku dużego białego pojemnika. Kiedy jednak zajrzałem do środka, po prostu osłupiałem. Od razu pomyślałem, że przedmiot przypłynął z dalekiej Japonii, a kiedy zobaczyłem tablicę rejestracyjną, tylko się w tym przekonaniu upewniłem – powiedział telewizji CBCNews Peter Mark. Obok zardzewiałego motocykla leżały piłeczki golfowe, narzędzia i sprzęt kempingowy. Sam kontener używany jest jako naczepa na samochodach ciężarowych w Japonii.

- Nie mam pojęcia, jak to wszystko nie wypadło z pojemnika po pokonaniu tylu tysięcy kilometrów – dziwił się Kanadyjczyk.

Jednak to, co najbardziej zaprząta głowę znalazcy, to pytanie, co stało się z właścicielem motocykla.

- Mam nadzieję, że przeżył. Musimy takie przedmioty traktować z szacunkiem. To część życia ludzi, którzy stracili wszystko, jeśli w ogóle udało im się przeżyć.

Japoński konsulat w Vancouver stara się po tablicach rejestracyjnych odnaleźć właściciela pojazdu, na razie bez skutku. – Wierzę, że ludzie mogą chcieć zobaczyć swoje zagubione przedmioty – powiedział Hideki Ito, japoński konsul generalny.

Do zachodniego brzegu Stanów Zjednoczonych i Kanady zbliżają się miliony ton śmieci, które wędrują po oceanie po japońskim trzęsieniu ziemi i tsunami. Ich powierzchnia na morzu odpowiada wielkości Kalifornii, której plaże mogą zaatakować w pierwszej kolejności.

- Te masy śmieci mogą zawierać dosłownie wszystko, co pływa – tłumaczy Curtis Ebbesmeyer z Peninsula College. – Mogą to być kawałki domów, łodzie, części statków, meble, samochody, a nawet – o zgrozo – ludzkie szczątki – ostrzega.

Te tony śmieci pływają po Pacyfiku od czasu trzęsienia ziemi, które miało miejsce w Japonii w marcu ubiegłego roku, i powstałej po nim fali tsunami. Pierwsze kawałki dotarły do wschodniego wybrzeża pod koniec 2011 r., a niedawno zatopiono szwendający się po wodach statek-widmo.

Naukowcy spodziewają się większego uderzenia niespodziewanych gości przez cały bieżący rok.

***

Rząd: nic nam nie grozi

Japońska chmura nad nami

(opublik. 2011)

Podczas gdy skutki japońskiego trzęsienia ziemi i tsunami są w dalszym ciągu jednym z głównych tematów mediów na świecie, w Kanadzie pojawiają się głosy, które japońską tragedię przekładają na tutejsze realia.

- Czy na Wielkich Jeziorach może powstać tsunami, które zagrozi elektrowniom atomowym, takim jak Darlington?

- Jakie skutki niosą dla nas radioaktywne obłoki, które podróżują z Japonii przez Pacyfik?

Tsunami (wizja artysty)

- Czy powinniśmy zapatrzyć się na zapas w jodek potasu?

 

1.      Czy powinniśmy zapatrzyć się na zapas w jodek potasu?

Zacznijmy od odpowiedzi na ostatnie z zadanych pytań, które wielu z Kanadyjczyków wcale nie uważa za śmieszne czy przesadne. Tym bardziej, że im bliżej zachodniego wybrzeża, tym większy strach w oczach ma przeciętny obywatel, choć przecież obce mu jest doświadczenie czarnobylskie, które było udziałem bardzo wielu Polaków.

Ale przeciętny Kanadyjczyk jest osobą wyczuloną na szumy medialne. Więc skoro w dzienniku mówi się, że rośnie popyt na jodek potasu (potassium iodide) w aptekach, więc raczej trzeba go już mieć pod ręką.

Płyn Lugola

Jak wiadomo, sam jodek potasu (o wzorze KI) jest składnikiem tzw. płynu Lugola czyli roztworu jodu (1%) z jodkiem potasu (2%) i wodą destylowaną (97%). Jodek potrzebny jest by spowodować rozpuszczenie jodu. Tak powstały płyn ma działanie odkażające, jest stosowany w leczeniu pewnych schorzeń tarczycy, ale w zależności od dawki pobudza lub hamuje czynność tego gruczołu. Cała rzecz w tym hamowaniu.

Gdy w 1986 roku wybuchł Czarnobyl, na wniosek specjalistów z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie płyn Lugola zaaplikowano bezpłatnie wielu obywatelom, szczególnie dzieciom, w całej Polsce. Miał zapobiegać wbudowywaniu radioaktywnego izotopu jodu 131I z opadów promieniotwórczych powstałych w wyniku wybuchu i pożaru elektrowni. Nadwyżki jodu przyjęte w płynie Lugola skutecznie powstrzymują wbudowywanie radioaktywnych izotopów jodu w hormony tarczycowe – tyroksynę i trójjodotyroninę.

Był to jeden z pierwszych w PRL przypadków, kiedy władze polskie mimo oficjalnych zaprzeczeń strony sowieckiej podjęły działania wbrew ich zaleceniom, ale w interesie własnych obywateli. Niżej podpisana sama była świadkiem psychozy, podczas której każda matka gotowa była „za lugola“ oddać wszystko, byleby tylko zabezpieczyć swoje dziecko.

Jednakże z perspektywy czasu zastosowanie płynu Lugola było – w opinii tych samych polskich specjalistów – niekonieczne. Po wielu latach naukowcy przyznali, że gdyby znali prawdziwą skalę skażeń i tego, co dokładnie wydarzyło się w czarnobylskiej elektrowni, nie rekomendowaliby podawania ludności płynu Lugola. Nie znając jednak prognozy nasilenia promieniowania brali pod uwagę najbardziej pesymistyczny wariant.

Obecnie dziennik „The Toronto Star“ przeprowadził własny sondaż wśród aptek. Okazało się, że najczęściej o tabletki KI pytają turyści wybierający się nad zachodnie wybrzeże lub na Hawaje.  W związku z tym gazeta zwróciła się do Ministerstwa Zdrowia z pytaniem: – Co z tym jodkiem?

Health Canada wydała niemal natychmiast komunikat, że obywatele nie powinni się raczyć jodkiem potasu na własną rękę, co jest o tyle nietrudne, że do zakupu nie jest potrzebna recepta. Ponadto ministerstwo odradza gromadzenie tabletek na zapas, ponieważ może się okazać, że w wyniku „psychozy“ zabraknie ich dla naprawdę potrzebujących chorych.

Fukushima 2011

Zdaje się, że już to się stało. Reporter gazety próbował kupić jodek potasu w trzech aptekach w Brampton i dwóch w Oakville. Bezskutecznie. Może warto mu podpowiedzieć, że nieznaczne ilości znajdziemy też w soli kuchennej (stąd tzw. sól jodowana).

Tych, którym udało się kupić specyfik, straszy z kolei Stowarzyszenie Farmaceutów Ontaryjskich, przypominając, że przy nie zachowaniu odpowiedniego dawkowania możliwe są skutki uboczne: reakcje alergiczne, bóle żołądka, wysypki oraz zapalenie ślinianek.

- A jakaż to alternatywa dla raka tarczycy czy białaczki?– myśli przeciętny obywatel w aptece. I jodek z niej znika.

 

2. Jakie skutki niosą dla nas radioaktywne obłoki, które podróżują z Japonii przez Pacyfik?

Na początek kilka cytatów z ostatnich tytułów agencyjnych:

- W Japonii wyciekło 200 ton substancji radioaktywnych.

- W ciągu dwóch tygodni chmura dotrze przez Amerykę i Atlantyk do Europy.

- Prefektura Fukushima wydała zakaz picia wody wodociągowej, skażonej radioaktywnym jodem.

- Wykryto pierwsze skażenie w importowanej żywności: w bobie z Japonii na Tajwan.

- W prefekturze Ibaraki znaleziono szpinak zawierający radioaktywny jod w stężeniu 12-krotnie przekraczającym dopuszczalny poziom.

- Na Hawajach zawyły syreny…

Po takiej lekturze nagłówków statystyczny, dorosły Kanadyjczyk nie dość, że wykupi tonę jodku potasu (i trudno mu się dziwić) ale natychmiast złoży podanie o urlop na Grenlandii albo… No właśnie, gdzie?

Wyzwolona przez wybuchy w reaktorach japońskiej elektrowni Fukushima radioaktywna chmura przesunęła się nad Pacyfikiem w stronę Ameryki. Niemcy i Szwedzi są zgodni, że stamtąd przez Atlantyk chmura zawędruje do Europy ale będzie tak rozrzedzona, że nie będzie stanowić zagrożenia dla ludzi.

Jednak bardziej chodzi o to, jak katastrofalna sytuacja wymyka się spod kontroli. Z czterech na sześć reaktorów zbudowanych „bezpiecznie“ na terenie sejsmicznym wydobyło się promieniowanie, więc mogą nastąpić dalsze wycieki. 200 ton prętów paliwowych to bomba atomowa z opóźnionym zapłonem.

Według oficjalnego komunikatu – kanadyjskie Ministerstwo Zdrowia nie spodziewa się, aby niebezpieczne promieniowanie z Japonii dostało się do zachodniego wybrzeża lub Hawajów w stopniu zagrażającym dla naszego zdrowia.

Mieszkając prawie 5 tysięcy km od wybrzeża można takie zapewnienia przyjąć ze spokojem ale jak wytłumaczyć mieszkańcom LA czy Vancouver, że rząd się „nie spodziewa“ zamiast być pewnym. Pozostaje nam wierzyć ministerstwu zdrowia, bo ono przecież słynie z przesadnej nadgorliwości. Tak jak rok temu, kiedy chciało nas wszystkich zaszczepić przeciw nie istniejącej pandemii ptasiej lub świńskiej grypy.

Tymczasem w Kalifornii władze nie są tak zdecydowanie optymistyczne. Świadczą o tym apele o unikaniu kapieli. Niektóre plaże zamknięto, inne same opustoszały, a rybacy nie wypływają na połów.

Dwumetrowa fala tsunami, choć znacznie osłabiona, też zrobiła swoje niszcząc łodzie, jachty, porty i mariny na miliony dolarów. Z kolei na Hawajach zalała nadoceaniczne autostrady, rzucała łodziami, zmusiła turystów do ewakuacji na wyższe piętra. Na Guamie fala wypchnęła z doków dwie amerykańskie łodzie podwodne.

Na kanadyjskim wybrzeżu na wyspie Vancouver zamknięto szkoły i postawiono wybrzeża w stan alarmu. Niektórzy pamiętali, jak w roku 1964 roku tsunami z Alaski zdewastowało tartaczną osadę Port Alberni ale ludzi ocaliło. Tym razem nie wydarzyło się nic, nawet nie zauważono znaczniejszego dopływu.

Kiedy wielka woda odeszła, a z nią całe napięcie, w Ameryce nowe słowo zaczęło budzić grozę: Fukushima.

„Zemsta za Hiroshimę nadchodzi“ – żartował niepoprawnie komik Stacy Bergman, zresztą natychmiast za to potępiony.

W związku z nadciąganiem opadów promieniotwórczych nad obszar Ameryki Północnej, rysuje się wyraźny „strach przed zachodem“. Odwoływane są wycieczki turystyczne i konferencje w Kaliforni, spadła ilość podróżnych do Vancouver, zgłaszane są liczne rezygnacje z wakacji na Hawajach – czyli wszędzie tam, gdzie opady z Fukushimy już docierają z nieba.

Zdaniem specjalistów takie skażenie może wywołać chorobę popromienną, kiedy organizm będzie poddany długiej ekspozycji na promieniowanie. W łagodnej formie choroba ogranicza się do zaczerwienień, zmian skórnych przypominających oparzenia słoneczne. Im więcej pochłoniętego promieniowania tym poważniejsze skutki aż do wymiotów ze śmiercią włącznie.

Jak więc się chronić przed tą straszną chorobą? Profilaktyka po napromieniowaniu polega właśnie na podawaniu odczynu jodu. Wchłonięty przez tarczycę blokuje przyswajanie do organizmu promieniotwórczych izotopów z atmosfery.

Ponieważ profilaktyczny jodek znikął z aptek, muszą wystarczyć rządowe zapewnienia.

 

3. Czy na Wielkich Jeziorach może powstać tsunami, które zagrozi elektrowniom atomowym, takim jak Darlington?

W obliczu tragedii japońskiej trudno się dziwić, że takie pytanie może powstać w głowie Kanadyjczyka. Zwłaszcza takiego, w którego sąsiedztwie zbudowano elektrownię atomową. A kilka takich stoi nad brzegami Wielkich Jezior.

Lecz nie tyle tsunami, co przede wszystkim ewentualne trzęsienie ziemi może być  zagrożeniem. Alert przyszedł z Ameryki, gdzie pojawiły się natychmiast apele o wstrzymanie planów rozbudowy energetyki jądrowej. „Energia nuklearna zaczynała wyglądać jak panaceum na nasze uzależnienie od ropy naftowej (…) dziś wygląda jednak bardziej na pakt z diabłem” – przekonywał na łamach „Washington Post” Eugene Robinson.

Sześć reaktorów elektrowni w Pickering

Jednak kanadyjscy sejsmolodzy uspokajają: – Relax. Nasze elektrownie są w stanie przetrzymać każdą niespodziankę, jaką może zgotować Matka Natura.

-   Aby wywołać trzęsienie wystarczające do powstania tsunami potrzeba uskoków na setki lub tysiące kilometrów, a jeziora wbrew nazwie nie są wystarczająco wielkie – przekonuje rządowa ekspert Allison Bent. – O ile we wschodnim Ontario istnieje umiarkowane ryzyko wystąpienia trzesień, o tyle w południowym praktycznie żadne, a to tutaj właśnie, niedaleko Toronto, działają elektrownie w Darlington i Pickering. Również elektrownia Bruce nad jeziorem Huron, oddalona 200 km na północ od Sarni, jest zupełnie bezpieczna.

Nie znajdują się wprawdzie w absolutnie najniższej strefie zagrożenia, ale prawie w najniższej. A już zupełnie bezpieczne jest północne Ontario oraz Prerie.

Najbardziej sejsmiczny, ale nadal spokojny jest region Ottawy i Montrealu.

Bezpieczeństwo prowincji Ontario wynika zarówno z odległości od granic płyt tektonicznych, jak również z usytuowania na szczycie wypłaszczonej Tarczy Kanadyjskiej. W naszej prowincji można odczuć echa wstrząsów, ale są zbyt małe aby zwracać czyjąkolwiek uwagę.

Największy w historii Ontario wstrząs miał miejsce na granicy z Quebekiem w 1935 roku przy magnitudzie 6 (w Japonii – 9). Nieco mniejszy (5 stopni) przypadł znów na granicy dwóch prowincji w czerwcu ubiegłego roku. Spowodował niewielkie straty materialne ale bez żadnych ofiar w ludziach. Odczuwaliśmy go również w Toronto, nawet w redakcji „Wiadomości“ – sprawiał wrażenie rezonansu po przejeżdzie pod oknem wielkiego buldożera.

W ubiegłym tygodniu również doszło do trzęsienia ziemi na pograniczu dwóch prowincji. Było ono nieznaczne, 4,3 w skali Richtera, nie zagrażające nikomu, no ale jednak było. Takie małe wstrząsy, aczkolwiek rzadko i lokalnie, zdarzają się również w Polsce, uważanej za strefę zupełnie asejsmiczną.

- Standardy budowlane zastosowane przy budowie ontaryjskich elektrowni nuklearnych uniemożliwiają naruszenie ich konstrukcji przy wystąpieniu trzęsienia o sile 7 stopni. – zeapewnia rzecznik Ontario Power Generation, Ted Gruetzner. – Zabezpieczają to wyjątkowo głębokie fundamenty, wzmacniany beton, zbrojenia ścian o dwumetrowej grubości i mechanizmy uniemożliwiające pękanie podłóg. Można oczywiście spekulować, ale bądźmy realistami. Proszę wziąć przykład z pracowników elektrowni, którzy są na pierwszej linii niebezpieczeństwa, a są zupełnie pewni o swoje bezpieczeństwo.

Zdaniem rzecznika, technologia stosowana przy instalacji elektrowni typu Candu ma jeszcze dodatkowe zabezpieczenia. Reaktory pracują na relatywnie niewielkich ilościach naturalnego uranu, a nie wzbogaconego, jaki stosuje się w Japonii. Są przez to łatwiejsze w chłodzeniu.

Aż połowa prądu w ontaryjskich gniazdkach pochodzi z elektrowni atomowych i tak jeszcze pewnie będzie przez dekady. Wprawdzie Pickering zamknie się w roku 2020 ale nadrobią to nowe reaktory w Darlington. Mimo, że Europa Zachodnia chce z niej zrezygnować, w Kanadzie generalnie nia ma przeciwników energii nuklearnej za wyjątkiem paru grup społecznych wspieranych przez NDP. Ale ci ostatni nie mają zbyt dobrego pomysłu jak możnaby inaczej dogrzać Ontaryjczyków.

Węgiel ma być wyeliminowany do 2014 jeśli mamy oddychać zdrowiej i nie pogłębiać tzw. globalnego ocieplenia. Gazowe elektrownie budzą lokalne protesty (jak ostatnio w Oakville), a energia odnawialna jest wciąż zbyt droga i również budzi protesty (zwłaszcza przeciwko tzw. wietrznym farmom). Pozostaje import z Quebeku…

Ostatnie wydarzenia w Japonii sprawiły, że Kanadyjczycy zaczęli uważniej przyglądać się nie tylko elektrowniom ale i innym zakładom przemysłowym, na przykład rafineriom,  pod kątem ich odporności na trzęsienie ziemi. Ma to głębszy sens w B.C. nad Pacyfikiem, gdzie możliwość dużego trzęsienia ziemi jest realnym zagrożeniem. Co roku jest tam rejestrowanych ponad tysiąc trzęsień, a w ciągu najbliższych 50 lat – według sejsmologów – istnieje aż 30-procentowe prawdopodobieństwo dojścia do niszczycielskiego w skutkach trzęsienia.

Rafineria Chevron w Burnaby

Dlatego ekipa telewizji CBC ze zdumieniem odkryła, że na przykład budynki należącej do koncernu Chevron rafinerii ropy naftowej w Burnaby, zostałyby zniszczone w przypadku trzęsienia ziemi wraz z budynkiem przeznaczonym dla ekip ratunkowych na terenie rafinerii. Te ocenę bezpieczeństwa przeprowadzoną przez Chevron zawierają dokumenty wewnętrzne firmy. Koncern zapewnia, że obecnie kosztem kilku milionów dolarów wprowadza zabezpieczenia. Jednak mieszkańcy Burnaby już wezwali do niezależnej kontroli stosowanych tam standardów bezpieczeństwa.

Kilkanaście dni temu światło dzienne ujrzał też raport dotyczący budynków parlamentu Kolumbii Brytyjskiej. Potrzeba 250 mln dolarów, by zabezpieczyć je przed dużymi trzęsieniami ziemi. Budowa kompleksu 113 lat temu kosztowała niecały milion.

Ale wróćmy do Ontario. Podsumowując wcześniejsze opinie sejsmologów i speców od energii nuklearnej – wygląda na to, że żyjąc w Ontario, mieszkamy w miejscu wyjątkowo bezpiecznym. Przynajmniej katastrof naturalnych nie ma się co bać.

Chyba że… katastrofę wywoła błąd ludzki lub techniczny, jak w przypadku awarii pompy w Pickering i wycieku 2 tygodnie temu 73 tysięcy litrów wody skażonej radiowodorem do jeziora Ontario.

W opinii rządowych specjalistów skażenie było tak śladowe, że nie stanowi żadnego zagrożenia dla zdrowia obywateli i nie wpłynie na jakość wody pitnej.

Czy pozostaje nam coś innego niż zawierzyć ich opiniom?

Brak jodku potasu w aptekach wskazuje, że ufamy jakby nie do końca.

 

Zofia Antoniak (2011)