Wzywał pomocy – trafił do… więzienia. Koszmar Mariana Andrzejewskiego

Series maj 22, 2012 at 11:59 am

Marian Andrzejewski

Zadzwonił po pomoc – trafił na 75 dni do więzienia 

Choć brzmi niewiarygodnie, ta historia wydarzyła się naprawdę. Zaś dla Mariana Andrzejewskiego okazała się koszmarnym splotem zdarzeń, w który do dzisiaj nie może uwierzyć. Nie mogą również uwierzyć zbulwersowane kanadyjskie media, które dopiero teraz opisują skandaliczną historię, do jakiej doszło prawie dwa lata temu. I dopiero teraz policja wszczęła dochodzenie, próbując ustalić, jak mogło dojść do iście kafkowskiego przebiegu wydarzeń.

Andrzejewski to postać od lat doskonale wpisana w polonijne środowisko Ottawy. Artysta malarz z wrocławskim dyplomem z 1965 roku wystawiał swe prace w rodzinnym Krotoszynie i Wrocławiu. Imał się różnych zajęć, w których mógł zaprezentować swój talent. Malował kościoły i pejzaże, ale również reklamy i plakaty, a nawet… wozy cyrkowe. Dla policji sporządzał portrety pamięciowe. W Kanadzie jego prace wystawiało m.in.

Po pobiciu

Kanadyjskie Muzeum Wojny. Znano go tu jako oddanego społecznika.

W 2010 roku, kiedy doszło do opisywanych wydarzeń, emerytowany Andrzejewski miał 74 lata i żył samotnie w Ottawie na 14 piętrze subsydiowanego bloku mieszkalnego przy Rochester Street. Pewnego październikowego wieczoru dwóch młodych ludzi z sąsiedztwa wtargnęło do niewielkiego mieszkanka-pracowni wyłamując zamknięte drzwi wejściowe i dotkliwie pobiło emeryta, błagającego o życie.

Gdy atak minął, pokrwawionemu, zszokowanemu człowiekowi udało się dodzwonić  na 9-1-1 aby wezwać pomoc. I wtedy zaczęły się schody.

Andrzejewski, który ostatnich 20 lat spędził w polskim środowisku emigracyjnym, posługiwał się językiem angielskim na poziomie odrobinę wyższym niż podstawowy. W szoku wywołanym napaścią i urazami, zdolność starszego człowieka do precyzyjnego wyrażania się była szczątkowa. Można się o tym przekonać na załączonym poniżej nagraniu wołania o pomoc, które trwało w sumie prawie 13 minut. Nagranie zamieścił stołeczny dziennik “Ottawa Citizen” (TUTAJ).

Operatorka serwisu 9-1-1, która podjęła kontakt, już na początku zorientowała się, że ma do czynienia z człowiekiem starszym wiekiem, mającym problem z angielskim. Jednak dopiero po trzech minutach wpadła na pomysł, aby ustalić, że jego pierwszym językiem jest polski. Pomimo tego, nie zdecydowała się na pomoc polskiego tłumacza, z którym serwis 9-1-1 ma możliwość połączyć się na trzeciej linii w ciągu pół minuty. Wprawdzie uruchomiła automatyczne wezwanie policji, ale postanowiła dalej sama kontynuować dialog, który prowadził do nikąd, z każdą chwilą pogłębiając frustrację ofiary wzywającej pomoc.

Na ową frustrację znalazła gotowe rozwiązanie: “Proszę wziąć głęboki oddech”… Nie ukrywała przy tym zniecierpliwienia.

- Quit saying yes. Stop it… No, no more yes – słyszymy w nagraniu. A w chwilę później: – Jak mam ci pomóc, skoro nie rozumiem, co chcesz powiedzieć.

Pobity, zdezorientowany potokiem często niezrozumiałych słów Andrzejewski kilkakrotnie prosił o przyjazd policji i kilkakrotnie usiłował rozłączyć się. Operatorka nakazała mu jednak – zresztą zgodnie z instrukcjami – aby nie odkładał słuchawki, dopóki pomoc nie nadejdzie, W końcu,

Apartamentowiec przy Rochester Street

wypatrując radiowozu, Andrzejewski powiedział, że widzi go pod budynkiem.

Jednak zamiast spodziewanej ulgi i pomocy rozpoczął się drugi rozdział jego dramatu – nieprzewidywalny i tragiczny w skutkach.

Jak się okazało, policjanci nie przybyli od razu pod wskazany adres apartamentu. Powstrzymała ich przed wejściem do budynku rozmowa z jednym z napastników (który zeznał później w sądzie, że uderzył emeryta co najmniej 15 razy). Był on synem mieszkającej w tym samym bloku Gale Doherty, notowanej od 30 lat narkomanki. Ona również pojawiła się, oświadczając przybyłym policjantom, że 74-letni Andrzejewski uwięził ją w swym mieszkaniu wbrew jej woli oraz napastował seksualnie.

Zataiła przy tym, że była sześciokrotnie skazana – za kradzieże, fałszowanie czeków oraz napaść na policjanta. Ratując syna i jego kolegę z opresji, oskarżyła swego sąsiada o to, że wyrywał jej włosy i… odginał paznokcie.

Dla funkcjonariuszy nie miało znaczenia czy mówiła prawdę czy nie. Musieli zareagować tak, jak nakazują im procedury. Po wejściu do mieszkania zabrali Andrzejewskiego do szpitala, a po opatrzeniu ran aresztowali i przesłuchiwali przez cztery godziny.

W rozmowie z dziennikarzem “Ottawa Citizen” (z udziałem tłumacza) Andrzejewski wyznał, że  policjanci usiłowali sprowokować go do przyznania się do napaści na kobietę, zapewniając, że mają nagrania wideo z przebiegu wydarzeń, ale starszy pan z uporem zapewniał o swojej niewinności.

To nie wystarczyło i Marian Andrzejewski trafił do aresztu, oskarżony o to, co zarzucała mu Gale Doherty: bezprawne uwięzienie oraz napaść seksualną. Ponieważ nie miał nikogo, kto mógłby zapłacić za niego wymaganą kaucję, czas do rozprawy w sądzie musiał spędzić w więzieniu. Dokładnie 75 dni!

Wyłamane drzwi

W trakcie procesu ława przysięgłych uznała go niewinnym. Uszkodzone paznokcie pani Doherty to wynik infekcji grzybiczej, na jej głowie nie ma żadnych obrażeń – stwierdził biegły, dr Guy Genier, policyjny koroner.  Syn Gale Doherty cały czas twierdzi, że wyłamał drzwi, żeby “ratować matkę”. Ich sprawa jest cały czas w toku.

Andrzejewski został zwolniony z więzienia, powrócił do domu. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim pan Marian otrząsnął się z koszmaru. Przez rok nie chwycił za pędzel, nie potrafił się skoncentować. Zapewne pod wpływem namowy znajomych, postanowił opowiedzieć swoją historię mediom. W rozmowie z “Ottawa Citizen” określił jako skandaliczną pomoc ze strony 9-1-1.

- To były tortury – powiedział i nie trudno przyznać mu racji, jeśli przesłuchamy archiwalną taśmę.

W tej samej rozmowie Andrzejewski opisał tamten wieczór: – Zbieram bardzo wiele rzeczy. Administracja kazała mi sprzątnąć mieszkanie, bo stwarzałem zagrożenie pożarowe. W korytarzu napotkałem sąsiadkę znaną pod pseudonimem “Hollywood”. Jest dobrze znana policji. Od 30 lat uzależniona jest od kokainy. Zaproponowałem jej, że jeśli chce, może wziąć coś z mojego mieszkania. Kiedy weszła, zażądała dziesięciu dolarów. Odmówiłem. Nawet gdybym miał jakieś pieniądze, to wiem, że wydałaby je na kokainę.

Złapał ją za rękę, wyrzucił z domu i zamknął drzwi. Po paru minutach wróciła z dwoma mężczyznami. Ciąg dalszy znamy.

Czytelników kanadyjskich gazet wzburzyło udostępnione na stronach internetowych nagranie z 9-1-1. Wysłuchał go również superintendent Mike Flanagan ze stołecznej policji, który – poproszony o komentarz – powiedział, że będzie musiał się ustosunkować do formy, w jakiej była przeprowadzona rozmowa. Zapewnił też, że policja przeprowadzi w tej sprawie dokładne dochodzenie. Generalnie jednak wziął  w obronę służbę 9-1-1.

- Nasi operatorzy są fachowcami. – powiedział. – Są dumni z tego, że niosą pomoc w krytycznych sytuacjach. Odbierają rocznie 250 tysięcy wezwań i najczęściej są to telefony od ludzi przestraszonych, przerażonych. Robimy wszystko co w naszej mocy, aby ludzie potrzebujący pomocy, otrzymali ją jak najszybciej.

Andrzejewskiego ta zasada nie objęła. Nigdy nie miał najmniejszych problemów z wymiarem sprawiedliwości. Zresztą, – jak twierdzi – nigdy nie miał żadnych problemów w Kanadzie, do której przybył na stałe 24 stycznia 1987 roku.

W ojczystej Polsce jako małe dziecko przeżył koszmar niemieckiej okupacji. W dojrzałym wieku wybrał Kanadę na kraj osiedlenia, biorąc pod uwagę tylko dwa dość infantylne założenia. Marzenia rozbudzone lekturą “Ani z Zielonego Wzgórza” oraz głębokie przekonanie, że Kanadę zamieszkują wyłącznie dobrzy ludzie.

Wydedukował to sobie sam, opierając się na utartym porzekadle, mówiącym że “kanadyjskie zawsze znaczy dobre”.

Tomasz Piwowarek