Prawo: niewiedza działa na niekorzyść

Fachowiec Radzi Series czer 7, 2012 at 4:02 pm

Mecenas Krzysztof Szopiński prowadzi w Toronto wielodyscyplinarną kancelarię adwokacką w zakresie zarówno prawa karnego, jak i cywilnego, a także rodzinnego, imigracyjnego i handlowego.

Mec. Szopiński  przybył z Polski do Kanady w wieku 13 lat. Tu ukończył studia prawnicze, ale przez ostatnich 12 lat praktykował zarówno w Kanadzie, jak i w Polsce, pracując m.in. dla Ambasady Kanady w Warszawie. Biuro przy 112 Adelaide St. East świadczy również usługi notarialne. Na naszych łamach mec. Szopiński dzieli się z Czytelnikami wiedzą na temat kanadyjskich kodeksów i konsekwencji wynikających z ich naruszania.

- Jakie wydarzenia związane z wymiarem sprawiedliwości emocjonują ostatnio tutejszą palestrę?

- Dużo mówi się o dość wyjątkowej sprawie byłego prokuratora generalnego Ontario – Michaela Bryanta, oskarżonego o niebezpieczną jazdę i spowodowanie śmierci rowerzysty. Prokuratura wycofała oskarżenie przeciwko niemu, co wywołało falę dyskusji.

- Przypomnijmy, że w 2009 roku Bryant, były członek Parlamentu Ontario i dyrektor Invest Ontario jadąc swym kabrioletem po Bloor St. w Toronto potrącił lekko rowerzystę, który w rezultacie uczepił się jadącego auta. Obawiający się rękoczynów Bryant dodał gazu i udało mu się pozbyć natręta, jednakże ten spadając z roweru doznał urazów które w konsekwencji spowodowały jego śmierć. Dlaczego ten akurat przypadek tak przyciągał uwagę opinii publicznej?

- Przede wszystkim z racji tej, że przed poważnymi zarzutami postawiono osobę z politycznego świecznika. Bryant wyznaczał w Ontario sędziów i prokuratorów. Uważano, że Bryant przekroczył granicę tzw. obrony koniecznej. Z drugiej strony, aby uniknąć konfliktu interesów, zadbano o to, żeby procedury maksymalnie zapewniały wymóg bezstronności. W tym m.in. celu prokuratora ściągnięto spoza prowincji, z Brytyjskiej Kolumbii. Z kolei Bryant dla swej obrony zatrudnił m.in. firmę PR-owską, której udało się nie tylko przedstawić rowerzystę jako awanturnika ale również zdobyć przez kontakty internetowe dowody na to, że scysje uliczne były jego chlebem powszednim. W rezultacie prokurator wycofał zarzuty i do rozprawy nie doszło.

- Co Pana najbardziej zainteresowało w tej sprawie?

- Gdyby na miejscu Bryanta znajdował się szary obywatel, prawdopodobnie rozstrzygnięcie nie byłoby takie proste. Nawet gdyby został uniewinniony to dopiero po jednej lub dwóch rozprawach w wyższym sądzie. A tu nastąpiło to od razu. Mimo iż wygląda na to, że sprawiedliwość zatriumfowała, to jednak wszystko wyglądało inaczej niż w normalnej sprawie. Wynika to ze skali środków jakie zastosowano, a także z naświetlenia przypadku przez media. Gdyby doszło do rozprawy byłby to bardzo ciekawy proces…

- Tak się składa, że “Toronto Star” opublikowało raport, z którego wynika m.in. że jeden na trzech mieszkańców Ontario ma problemy prawne natury cywilnej. Najgorsze w tej grupie są ciągnące się nieraz latami spory w sądach rodzinnych, dotyczące przeważnie przyznania opieki nad dzieckiem. Według wspomnianego raportu aż 44% Ontaryjczyków ma nierozwiązaną prawną sytuację rodzinną, zwykle porozwodową. Trzy lata nie wystarczają ontaryjskim instytucjom, aby ten problem rozwiązać, a koszt trzydniowego procesu w sądzie cywilnym wynosi około 60 tys. dol. czyli tyle ile wynoszą roczne zarobki statystycznej  rodziny. Czy potwierdza Pan taki obraz na podstawie własnych doświadczeń.

- Tak. To co się dzieje jest tragiczne, ale trzeba się temu przyjrzeć z pewnej perspektywy. Na statystykę może mieć wpływ taki fakt, że w przypadku 90 paru procent spraw rodzinnych nigdy nie dochodzi do kosztownej rozprawy – pierwsze spotkania kończą się ugodą. Jest jeszcze druga strona medalu. Procedura w sądach rodzinnych, którą próbowano uprościć 10 lat temu, stała się ponownie potwornie skomplikowana, szalenie oparta na dokumentach i bardzo czasochłonna, długo przechodzi przez fazy litygacji.

- Absolutny rekord – według wspomnianego raportu – należy do pewnej pilotki, która oskarżyła pracodawcę o niesłuszne zwolnienie z pracy. Na ogłoszenie werdyktu czekała 13 lat, a jej koszty prawne wyniosły 250 tys. dol.

- To wyjątkowo długa sprawa, ale nie najdłuższa. Nie znam jej, nie mogę więc komentować tego co tam zaszło.

- Mówiąc o kosztach obrony prawnej, spotkałem się ostatnio z opinią, która wręcz przemienia się w trend. Otóż są osoby, które twierdzą, że w sądzie nie warto korzystać z obrońcy, ale należy reprezentować się samemu, a techniki można wyuczyć się z Internetu.

- To może wyglądać zachęcająco, ponieważ wszystkie rozwiązania opisane są dość prosto i zwięźle ale… nie działają. Z reguły ci, którzy próbują sami reprezentować się w sprawie cywilnej szkodzą sobie, podobnie jak szkodziliby sobie lecząc się bez wiedzy medycznej. A po drugie – jest to właśnie jedna z przyczyn dlaczego tak wiele spraw tak długo przebywa na wokandzie. Amatorskie podejście pozwala niezwykle skutecznie zagmatwać sprawę już na samym początku. Potem jest dużo trudniejsza do rozwiązania.

- Zwolennicy “amatorskiej obrony“ argumentują jednak, że ich sojusznikiem jest sędzia, który nie może dopuścić do tego, aby któraś ze stron była poszkodowana poprzez nieznajomością litery prawa. I wówczas sędzia mniej lub bardziej mimowolnie przyjmuje rolę: jeśli nie obrońcy to z pewnością doradcy. Bo taki obowiązek nakładają na niego przepisy. Czy to prawda?

- To jest dużo gorsze niż prawda, ponieważ jest to prawda częściowa, która się mitologizuje. Jest to dość ciekawe zwłaszcza w sądzie rodzinnym.  Kiedy jedna ze stron posiada adwokata, a druga reprezentuje się sama – może odczuwać mylne wrażenie, że sąd jej pomaga, a nawet sprzyja. Zawsze trzeba pamiętać o tym, że na początku postępowania sędzia podchodzi do pewnych regulacji i procesu rozkładania dokumentów o wiele łagodniej niż do strony reprezentowanej przez adwokata. Można więc wówczas odnieść wrażenie, że jest się traktowanym łagodniej. Ale w końcu dochodzi do punktu, że sędzia nie może spełniać za tę osobę wymagań proceduralnych. Wówczas powstaje sytuacja, w której nie można doprowadzić do zakończenia sprawy, ponieważ jedna strona jest niezdolna do wypełnienia tych wymagań. Sprawa się ciągnie, przez dłuższy czas nie dochodzi do żadnego rozwiązania, a w końcu następuje z zasady dość niekorzyste rozstrzygnięcie dla strony nie reprezentowanej. Zakładanie że sędzia będzie stał po naszej stronie jest błędne. Brak znajomości procedur prawnych działa bardzo na niekorzyść.

Z mec. Krzysztofem Szopińskim (tel.  416-368-3999)

rozmawiał  Tomasz Piwowarek