Po co mi ten angielski język…

Polonijne to i owo Series czer 14, 2012 at 11:39 pm

Pan Józef przypłynął do Kanady pierwszym, dziewiczym rejsem TSS Stefan Batory na trasie Gdynia-Montreal, 11 kwietnia 1969 roku. Był jak większość pasażerów emigrantem, który wyruszył z Polski “za chlebem”.

W Montrealu czekał na Józefa kuzyn mieszkający na stałe w Toronto – właściciel małej wytwórni wędlin, niedaleko Roncesvalles Avenue. W niej właśnie nasz bohater kilka dni później rozpoczął pracę. Oprócz niego w zakładzie pracowało jeszcze kilku Polaków, co Józefa bardzo cieszyło. Miał 47 lat i – jak sam twierdził – głowę już nie tą, by uczyć się obcych języków. Poza tym nie planował pozostać w Kanadzie na stałe. Jego głównym celem było odłożenie jak najszybciej sporej kwoty i powrót do Polski, gdzie czekała żona i dwójka dzieci.

Józef, wychowany w poszanowaniu dla pieniądza skrzętnie odkładał każdego zarobionego dolara. Żył nad wyraz skromnie, stronił od używek, ubrania kupował w sklepach z używaną odzieżą. Kuzynowi płacił symboliczną kwotę za wynajmowany mały pokoik. Za to regularnie wysyłał pieniądze rodzinie.

Minął rok, potem drugi. I wtedy Józef otrzymał z Polski list. Krótki list, w którym żona informowała go, że wniosła sprawę o rozwód. Tłumaczyła, że dosyć ma już rozłąki i samotnego wychowywania dorastających synów. Tak naprawdę okazało się jednak, że głównym powodem tej decyzji był związek z innym mężczyzną.

Nieszczęścia, chodzą podobno parami. W niecały miesiąc po otrzymaniu listu Józef stracił pracę. Z powodu wadliwej instalacji elektrycznej spłonęła bowiem doszczętnie wytwórnia wędlin, w której pracował.

Mężczyźnie nie znającemu języka angielskiego pomógł przypadek. Okazało się, że kolega kuzyna, u którego mieszkał potrzebuje pomocników na dużej farmie w okolicy Midland. Proponowane przez niego wynagrodzenie za pracę było godziwe, więc Józef zgodził się bez wahania. Jego praca polegała głównie na opiekowaniu się ulami i całym obrządkiem związanym z hodowlą pszczół. Zygmunt, właściciel farmy –  dużo starszy od Józefa, z czasem zaczął traktować go jak syna. I to do tego stopnia, że wkrótce przepisał na niego prawo własności ziemi i wszystko, co się na niej znajdowało.

Nie stroniący od ciężkiej pracy Józef postanowił odwdzięczyć się swojemu dobroczyńcy. Już kilka lat później darowana mu farma rozkwitła. Zasadzone owocowe drzewa rodziły pierwszej jakości owoce,  miody znane były w całej okolicy. Wydawało się, że nic więcej nie jest potrzebne do szczęścia. I wtedy okazało się, że nie można cieszyć się na zapas.

Pewnego ranka, kiedy Józef wybrał się do pasieki na codzienny obrządek, znalazł  leżącego nieruchomo na trawie Zygmunta. Wezwane pogotowie stwierdziło rozległy zawał….

Pogrzeb pomogli zorganizować okoliczni farmerzy. Wśród nich była Anna – samotnie mieszkająca, bezdzietna wdowa, właścicielka przyległej do farmy Józefa  posiadłości nad urokliwym jeziorem. To ona właśnie skrzyknęła sąsiadów i przygotowała posiłek na symboliczną stypę. Józef, nie chcąc pozostawać dłużym uczynnej sąsiadce zaprosił ją kilka dni później do siebie.

Od tej pory spotykali się prawie codziennie. Anna pomagała sąsiadowi uporać się z pszczołami, a on zajął się remontowaniem, jej nie pierwszej młodości domu. Coraz bardziej zbliżali się do siebie, aż w końcu zdecydowali zamieszkać razem w domu Józefa.

Pozostawała jeszcze kwestia, co zrobić z farmą Anny. Początkowo planowali ją sprzedać, a uzyskane z transakcji sprzedaży pieniądze zainwestować w rozwijanie rolniczej działalności. Ostatecznie zdecydowali jednak, że najlepiej będzie wykorzystać atut, jakim było przylegające do farmy jezioro.

Niedługo  później stali się właścicielami ośrodka wypoczynkowego, a właściwie kilku małych domków, tłumnie obleganych w wakacyjnym sezonie. Domków wynajmowanym głównie Polakom. I to nie ze względów patriotycznych, a dla komfortu psychicznego Józefa, który – mimo kilkunastu lat pobytu w Kanadzie – nie nauczył się angielskiego.

W ostatecznym rozrachunku okazało się, że tak naprawdę ten język nie jest mu potrzebny do szczęścia…

Ilona Girzewska