It’s Vegas, Baby

Różne zapiski podróżne Series czer 23, 2012 at 4:00 am

Po dwóch tygodniach przygód w Górach Skalistych powinnam pewnie wrócić do domu i zacząć dzisiejszą opowieść od biadolenia jak to się nic od kilku dni nie dzieje ciekawego… że przyrastam do krzesła, horyzont mi się kończy na krawędzi ekranu latopa, że w kierat i mozolnie z dnia w dzień kolejny…

Do domu wrócili, w piecu napalili, nakarmili psa… i pojechali dalej. Serio.

Zdążyliśmy nadrobić najpilniejsze biurowe zaległości, obejrzeć w Albatrosie z przyjaciółmi żenujący mecz Polska – Czechy, spędzić przemiły towarzysko wieczór u współkibiców i współpodróżników zarazem, dać się unieść fali radości, kiedy nasi siatkarze pokonali Brazylię 3:1 i weszli do finału Ligii Światowej (stwierdzając przy tym, że cała Polska ogląda nie tę dyscyplinę sportową co trzeba i stąd ogólnonarodowa frustracja spowodowana Euro 2012), wyprać ciuchy, przepakować się i… ruszyć znów w drogę.

Byłam w Macau z końcem ubiegłego roku, widziałam co z wyobraźnią człowieka zrobić może miłość do mamony – kasyna, przepiękne hotele, nieustający ruch, neonowy, rozgrzany oddech nocy na karku. Macau przy Las Vegas ma jednak niepewność płomienia świecy w zestawieniu z halogenem. Samolot podchodząc do lądowania przeleciał wzdłuż całego Las Vegas Strip. Było po dwudziestej drugiej i fluorescencyjne światła światowej stolicy hazardu rozbrajały nieprzebytą ciemność otaczającej ją pustyni. Z lotu ptaka miasto wyglądało tak, jakby przez pomyłkę ktoś utopił je w tej czerni. Zasnęłam nad ranem z szeroko w zadziwieniu otwartą buzią, bogatsza o pięć dolarów wygranych w pokera przy piwie w kasynie o znamiennej nazwie Excalibur.

Rano słońce zdjęło z miasta magiczną zasłonę – Statua Wolności, Sfinks, Wieża Eiffla, pomnik Oktawiana Augusta przed Caesar Palace, pozłacany lew, weneckie gondole sennie chyboczące się na wodach sztucznych kanałów, Empire State Building, sięgające chmur supernowoczesne hotele – wszystko wyglądało jak teatralna atrapa, kartonowa, bezduszna dekoracja filmowa. A przecież w jej pozornie nieżywych trzewiach nadal brzęczały tysiące maszyn do gry, chichotał jednoręki bandyta, chrapali przegrani i wygrani ostatniej nocy, zmęczone krupierki przebierały się we własne ciuchy, by w nadciągającym znad pustyni żarze czekać na autobus do podmiejskiego pueblo. Królestwo kiczu w pierwszych promieniach zabójczego o tej porze roku słońca, traci większość swojego uroku.

Za to nocą… nocą wypełzają demony. Jest demon chciwości, demon nienasycenia, demon żądzy i uwiebienia – wszystkie razem tworzą niepowtarzalną mieszankę szaleństwa, blichtru i złudnego szczęścia. Piwo za dolara, koktajle bez dna (bottomless drinks) za dychę, all you can eat ribs $9.99, limuzyny, szpilki, conocne przedstawienie, pokazy, występy, rozpusta, hedonizm w czystej formie, możliwość zaspokojenia każdej czysto ludzkiej, zupełnie naturalnej żądzy.

Wyjeżdżamy w kierunku Wielkiego Kanionu grubo po południu. Jest prawie czterdzieści stopni w cieniu. Tydzień temu marzliśmy w deszczowym Banff, dziś podkręcamy klimę w samochodzie, wodę przyswajamy w galonach, wyjście do tamy Hoovera jawi się nam jako daleka wyprawa przez niekończącą się pustynię. W Górach Skalistych za najtańszy przydrożny motel chcieli od nas średnio sto dwadzieścia dolców plus dostęp do internetu, tu płacimy niecałe trzydzieści z darmowym wi-fi. Ameryka, panie. Na nadźwiedzie na ma szans, jałowy, drgający w gorący krajobraz roi się jednak od skorpionów i węży. Za dwa burrito w drive-thru-taco-cośtam płacimy $2.19. Przypomina mi się od razu vegetarian curry w modnej eco-knajpce w Banff, pięć razy droższe, a zrobione z proszku – posiłek w formie instant zalany wodą,  z serii dań biwakowych, jakie można kupić w sklepach ze sprzętem turystycznym.

W jeszcze większe zadziwienie wprowadza nas ogromna reklama lotów widokowych nad tamę Hoover’a – $29. Helikopter za trzy dychy? Niby w Ameryce wszystko jest możliwe, jednak cena zbyt niska zawsze wydaje się podejrzana. Okazuje się potem, po sprawdzeniu szczegółów w sieci, że trzy dychy to kosztuje nad jezioro, a nad tamę już siedem.  W skład burrito za dolara wolę nie wnikać. Przy autostradzie kilka kilometrów za plującym forsą Vegas rozsiadły się wioski trailerów.  Widać można mieszkać w przyczepie campingowej w samym centrum piekła. Przed nami znów szmat kilometrów piękna i zatkanego w piersiach tchu. Uparcie i skrycie, ech życie…

www.wycieczki.ca