Pewnego razu na Dzikim Zachodzie…

Różne zapiski podróżne Series czer 30, 2012 at 4:00 am

Znalazłam ją.

W końcu.

Leżała na samym dnie kanionu, poza zasięgiem mojego wzroku, schowana gdzieś w gęstniejącym powoli mroku. Następnego dnia przeleciała mi nad głową, wpleciona w gorący, pustynny wiatr, odbiła się echem od poszarpanego, czerwonego grzbietu skał, wybrzmiała w ostatniej zwrotce You were always on my mind Williego Nelsona i przepadła za niewyraźną linią horyzontu. Wracała jednak każdego dnia, na każdym kroku, wyskakiwała zza zakrętów, kamieni i kaktusów, lizała mi skórę jadowitymi promieniami słońca, dodawała gazu na drodze przypominającej pas startowy, układała wargi w kształt idącego ku pełni księżyca.

Odpowiedź.

Szukałam jej od dawna w różnych zakątkach świata i znaleźć nie mogłam. Wszystkie inne nigdy nie wydawały mi się wystarczające by wypełnić mogły dręczące mnie od lat, powtarzane jak mantra, pytanie: – Gdzie podoba ci się najbardziej?

Tu.

Pamiętam tamte niedziele, których świętością były emitowane przez Telewizję Polską westerny. Oglądaliśmy je zawsze z tatą, pełni bałwochwalczego wręcz podziwu dla bohaterskich kowbojów i dumnych Indian. Ci pierwsi byli dla nas uosobieniem męskości i odwagi – strzelali zawsze celnie, konno wyprzedzali pociągi, w ich oczach mieścił się cały bezkres prerii.  Ci drudzy budzili lęk przed oskalpowaniem i fascynację tym co inne i nieznane. W czasie gdy my zdobywaliśmy Dziki Zachód mama zazwyczaj gotowała obiad,  a przecież w domu bardziej pachniało dymem z ogniska, wiatrem, końmi i whiskey niż schabowym, pomidorową i szarzyzną komuny…

Wjechaliśmy do Monument Valley o świcie. Zostawiając  za sobą tumany czerwonego kurzu na pustej drodze, przekroczyliśmy niewidzialną granicę wyobraźni i nagle znaleźliśmy się w zapamiętanej z dzieciństwa filmowej scenerii.

Wszyscy tam byli. Siedmiu wspaniałych, Pat Garett i Billy Kid, Człowiek który widział kto zabił Liberty Vallance’a, Dobry, zły i brzydki, Człowiek zwany ciszą i Dzika Banda. Potem już było tylko lepiej. Bez przebaczenia.

W samo południe utknęliśmy w wiązce światła w Kanionie Antylopy, w Parku Zion brodząc po kolana w wodach rzeki Virgin szukaliśmy złota El Dorado, a w Wielkim Kanionie dopadła nad dzika wręcz tęsknota za kilkudniową wędrówką na samo dno, aż do brzegów rzeki Colorado. Zabrakło nam czasu, zniechęciło 115 st F. Okazało się też, że wyprawa w czeluście Wielkiego Kanionu wiąże się z noclegiem, a w jedynym istniejącym gdzieś między skałami lodge rezerwację zrobić trzeba z czternastomięsięcznym wyprzedzeniem. To jednak tam, w zapadającej wraz ze zmrokiem martwej ciszy, przyszła mi do głowy myśl o przemijaniu – te skały, wyrzeźbione przez wodę na przestrzeni milionów lat, widziały setki ludzi, których już dawno nie ma. Ich nie ma, nas nie będzie, a skały zostaną. Może oskubie je trochę wiatr, może wypłucze woda, ale będą wprowadzać w niemy zachwyt kolejnych turystów do końca istnienia świata.

W Dolinie Bogów (Valley of Gods), kilka kilometrów za Mexican Hat, gdzie w przydrożnej restauracji podają świetne breakfast burrito, byliśmy zupełnie sami. Nie licząc skorpionów i grzechotników, którym w drogę staraliśmy się nie wchodzić. W Dolinie Śmierci kilunastominutowy spacer o piątej po południu (112F), 82m poniżej poziomu morza, wytrącił z nas spore ilości soli, a w Parku Bryce, spacerując Navajo Loop wśród ceglastoczerwonych skalnych ostańców, czuliśmy się jak w baśni i po raz kolejny zapragnęliśmy któregoś dnia powrócić.

Nic nie daje mi większego poczucia wolności niż droga. Wskakuję do samochodu, odpalam silnik, włączam stację country, opuszczam szyby by poczuć gorący, pustynny wiatr. Jest dokładnie tak, jak zawsze chciałam – horyzont nigdzie się nie kończy. Ameryka, a właściwie marzenie o Dzikim Zachodzie pokonało we mnie nieuzasadniony lęk przed prowadzeniem samochodu.

To tu – na Południowym Zachodzie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, zwanym przez autochtonów Southwest – podoba mi się najbardziej. Bo można nie popierać amerykańskiej polityki, nie tolerować bylejakości i bojkotować filozofię McDonald’s, ale nie sposób nie zauważyć, że ten kraj ma absolutnie wszystko i że to „wszystko” jest obezwładniająco piękne.

www.wycieczki.ca