Przeprowadzki

Różne zapiski podróżne Series lip 6, 2012 at 4:00 am

W czasach, kiedy moim wymarzonym miejscem pracy była scena i najlepiej czułam się w oślepiających światłach reflektorów, znudzona śpiewaniem cudzych piosenek, poprosiłam ojca, żeby napisał coś specjalnie dla mnie. To było dobrych kilka lat po tym, jak wyprowadziłam się z rodzinnego domu, wynajęłam jednopokojowe mieszkanie w starej, odrapanej kamienicy pod Wawelem i rozpoczęłam samodzielne, niby-dorosłe życie. Tata posiedział, podumał, wypalił kilka papierosów marki caro i zaczął pisać.

Recital zatytułowany „Przeprowadzki” miał się składać z dwunastu piosenek opowiadających o wszystkich moich wędrówkach z miejsca do miejsca, od serca do serca, zmianach adresów, kierunków studiów, zainteresowań. Zdążył napisać pięć zanim nad łóżkiem, którejś zimowej nocy, ciemność rozjarzył neon z ostatecznym „game over”. Szkoda mi było niedokończonego projektu, pozbierałam jakieś inne tatowe piosenki, głównie te pisane dla „Spotkań z Balladą” i choć nie bardzo pasowały do części przeprowadzkowej posklejałam recital, któremu udało się szczęśliwie ujrzeć światło dzienne, a właściwie światło teatralnych reflektorów, w krakowskiej Grotesce.

Ta pierwsza szalona jak sztorm

Wyprowadzka od lalek do trosk

co zmiata dzieciństwo i dom

powrotu odcina ci most.

                                                       

Ta pierwsza tonąca we łzach

 wyprowadzka od ciepła do mgły,

co smutkiem podszywa ją strach,

do obcych dobija się drzwi.

Przeprowadzałam się w życiu tyle razy, że przeprowadzki same w sobie stały się moim hobby. Miałam swojego czasu w komórce zapisany numer do faceta, który miał dużego vana i jeden telefon wystarczał by kilka godzin później przewoził moje pudła, worki i pakunki pod kolejny adres. Wlekłam za sobą tony książek, sentymentalnych bibelotów, koty i pudełka pełne wspomnień. Wystarczały mi wtedy trzy godziny i już układałam wszystko od początku w nowych czterech ścianach.

W moim znów wynajętym eM jeden

na osiedlu Przegranych Mas

jestem mimo wszystko u siebie,

z panoramą na morze gwiazd.

W brudnych klatkach drzemie komuna,

dresy w piwie dołują czas,

a ja marzę o tym by śpiewać,

hosannę traw.

Dwóch silnych braci i jeden dobry kumpel, rozkręcanie i skręcanie mebli z Ikea przy zimnej Warce, a kilka tygodni potem kolejna parapetówa. Powody tych przeprowadzek były różne, za każdym razem wielce skomplikowane, nieuniknione, ostateczne.

Czynsz podnosi stara jędza

Na imprezy daje szlaban

Że bez ślubu żyć nie można

w kółko gada.

Znowu w pudła wszystko wkładam,

skąd te graty diabli wiedzą.

Znów mnie czeka przeprowadzka,

Z moją biedą…

Skąd ojciec, człowiek zamknięty w swoim własnym, perfekcyjnym, literackim świecie, wziął te wszystkie slangowe słówka – nie wiem. Może słuchał młodego głosu osiedla spacerując po nocach z psem, może złapał co nieco ucząc polskiego w naszej podstawówce, a może jednak, choć nigdy nie dał tego po sobie poznać, po prostu słuchał nas, naszych kumpli i przyjaciół. Jakimś cudem udało mu się z tych moich sezonowych migracji wyłuskać kwintesencję tamtego czasu, naszego sposobu myślenia, potrzeby wolności i niezgody na zbyt szybkie dorastanie.

Nie żeby zaraz dzieci

Nie żeby zaraz mąż

Nie że domowe kapcie

Może robię błąd

Rozejrzę się po świecie

Otwarte granic drzwi

Przekwitły w sadach bzy

Dojrzałam, a więc spadam

(więc) spadam.

Facetom dam popalić

I nigdy żaden gość

Nie spotka mnie przy garach

Prędzej dam mu w kość.

Nie wierzę w ideały,

Oleję każdy mit,

Pogubię się w zasadach.

Dojrzałam a więc spadam

(więc) spadam.

Uświadomiłam sobie kilka dni temu, że nigdzie (poza domem rodzinnym) nie mieszkałam jeszcze tak długo jak tu. Pod jednym i tym samym adresem od prawie czterech lat. W mojej kartonowej tubie kalejdoskopu. I że recital napisany przez tatę prawie osiem lat temu zupełnie się zdezaktualizował. Odkryłam też przy okazji grzebania w archiwach, że oryginalny tekst piosenek znacznie różnił się od tego, co zrobił z nimi później znajomy kompozytor. I że te zmiany, jak i wszystkie przeprowadzki, wyszły mi na dobre…

Podróże to także powroty. Do miejsc, ludzi i zdarzeń, które stworzyły nas samych, ukształtowały charaktery, wyrzeźbiły z jednolitej masy pędzącego przez codzienność tłumu. Stojąc chwilowo w miejscu podróżuję w czasie, brodzę po kostki w ciepłej, pachnącej gęstym miodem, świetlistej kałuży wspomnień. To lato będzie inne niż wszystkie dotychczasowe. Kilka dni temu przyleciała moja mama, za kolejnych kilka, pierwszy raz od wielu, lat siądziemy wszystkie trzy – ona, ja i moja siostra – na ławce w parku Roosevelta, daleko stąd w krainie Navajo, kaktusów i wiecznego słońca. Nie będzie już tak jak kiedyś, bo my same jesteśmy przecież zupełnie inne. Ale inaczej wcale nie znaczy gorzej.

www.wycieczki.ca