Cała prawda o Blondynce

Różne zapiski podróżne Series lip 13, 2012 at 10:19 pm

W ostatnich latach nie tylko podróże stały się ogólnodostępne i powszechne – niezwykle modne jest także o nich pisanie.  Jeszcze 20 lat temu wybrać się do brazylijskiej Amazonii czy kenijskiego Parku Narodowego Serengeti mogli tylko nieliczni. Nielicznym też udawało się wydawać powieści, zbiory opowiadań czy tomy poezji. Dziś każdy może napisać i wydać byle co, więc i półki z literaturą podróżniczą pękają w szwach. W bibliotekach i księgarniach świata jest mnóstwo dobrych książek, dlatego czytać powinniśmy tylko te najlepsze.

Dziś także nie trzeba już wędrować od drzwi jednego wydawnictwa do drugiego, zostawiać maszynopisów i czekania na decyzję Pana Wydawcy gorzałką z kamratami poetami w barach dymem zasnutych zapijać. Wystarczy mieć pieniądze (swoje lub sponsora) i napisany „materiał” , a zawsze znajdzie się drukarnia chętna dla zysku wydrukować cokolwiek powstało w naszym twórczym szale.

Przy natłoku informacji, opowieści i pojawiających się jak grzyby po deszczu autorów (zupełnie nie rozumiem dlaczego każdy kto wyrusza w drogę zakłada, że umie pisać?) trudno tak naprawdę połapać się w tym co dobre, co wybitne, a co zupełnie można sobie odpuścić. Bo dziś nie trzeba nazywać się Pawlikowska, Cejrowski czy Wojciechowska, żeby swoje podróżnicze przygody wydać drukiem światu.

Warto natomiast pamiętać, że znane nazwisko wcale nie gwarantuje intelektualnej ekstazy podczas czytania kolejnej pozycji okrzykniętej przez media bestsellerem.  I że podróżowanie samo w sobie, podobnie jak umiejętność pisania jest sztuką. Do tego trzeba mieć talent. Inaczej – czarna rozpacz.

Szumu narobił ostatnio pewien Michał, który na swojej prywatnej stronie internetowej, zamieścił wyczerpującą i świetną merytorycznie recenzję książki „Blondynka w Australii”, niezwykle płodnej travelbrytki (jakże mi się podoba to określenie!) Beaty Pawlikowskiej. Dostało się tak autorce, jak i szanującemu się wydawnictwu National Geographic. Na listy Michała jednak nikt nie raczył odpowiedzieć – w dzisiejszych czasach widać wydrukować można bezkarnie największą chałę w znanym wydawnictwie. Pawlikowska myli nie tylko stolice Iranu i Iraku, ale miesza też daty, z czego wynika na przykład, że James Cook przypłynął do Australii w 1717 roku – 11 lat przed własnym narodzeniem, Canberrę umiejscawia na wybrzeżu Pacyfiku, a miasteczka Darwin i Cairns nazywa metropoliami.

Nieścisłości w kolejnym dziele Pawlikowskiej jest mnóstwo, tyle, że nikt kto Australią jakoś specjalnie się nie interesuje nie ma szans ich wyłapać. Chyba, że trafi na fascynata takiego jak Michał. W komentarzach pod wyczerpującą recenzją (polecam: http://www.kozok.eu/pl/pawlikowska.php) za ignorancję, dyletanctwo  i grafomaństwo obrywa od internautów także Jacek Pałkiewicz. A Tony Halik się w grobie przewraca…

To przecież w jego książkach, takich jak  „Jeep, moja wielka przygoda” wydanej przez Poznaj Świat, będącej (podobnie jak „180.000 kilometrów przygody”) owocem ponad czteroletniej wyprawy jeepem z argentyńskiej Patagonii na Alaskę, która rozpoczęła się w 1957 roku, znaleźć można smak prawdziwej przygody. Tysiące pokonanych kilometrów, 21 krajów, 140 przekroczonych rzek i bagien, 14 własnoręcznie wybudowanych mostów, osiem zmian kompletu opon, materiały filmowe dla amerykańskiej korporacji telewizyjnej NBC, urodzony po drodze (przez pierwszą żonę Halika, Francuzkę Pierrette) w przypadkowej miejscowości w Connectticut syn – Ozana, niezwykłe, nieraz mrożące krew w żyłach przygody  – podróż zakończona za kręgiem polarnym wbiciem w ziemię flag polskiej i argentyńskiej, która kosztowała 80 tys dolarów.

Czytając Halika podróżuje się przez świat autentyczny, niesprostutuowany turystycznie, świat bez coca-coli i złotych łuków Mc Donald’s, gdzie roi się od węży, rekinów, przemytników, awanturników, dzikich plemion i ich zaskakujących zwyczajów, tajemnic i niebezpieczeństw. I to jest właśnie podróż prawdziwa.

Tyle, że tego świata już nie ma. Dziś każdy może jechać wszędzie, a potem wypluć z siebie swoją grafomańską, beznadziejnie byle jaką opowieść, której nie pomoże nawet korekta w wydawnictwie. Ludzie i tak kupią, przeczytają i piać będą z zachwytu. Zawsze mi się wydawało, że liczy się jakość, a nie ilość. Czy wydanie około 34 książek na przestrzeni 10 lat ma świadczyć o talencie czy raczej o rządzy sławy i pieniądza? O tempora, o mores!

www.wycieczki.ca