Jedynak

Polonijne to i owo Series paźd 14, 2012 at 9:12 pm

Danusia i Krzysztof emigrowali do Kanady ponad 20 lat temu. Oboje pochodzą spod Poznania, gdzie prowadzili wspólnie z rodzicami niewielkie gospodarstwo. Mimo znikomych dochodów – byli szczęśliwi. Nigdy nie wymagali od życia dużo – ot, byleby było co do garnka włożyć, ubrać się w miarę schludnie i zdrowie mieć. I tak właściwie toczyło się ich życie. Do czasu, gdy nagle zmarła na zawał matka Danusi, a niecałe pół roku później ojciec. Mając zbyt dużo smutnych wspomnień, związanych z rodzinnym domem, młodzi ludzie bez wahania przyjęli propozycję dalekiego kuzyna z Kanady, który zaproponował im wakacyjny wyjazd do Toronto.

Z bijącym sercem przekraczali niedługo potem progi Ambasady Kanadyjskiej w Warszawie, ustawiając się w kolejce po wizę. Konsul – biorąc zapewne pod uwagę wartość gospodarstwa i fakt, że są jedynymi jego właścicielami (a może był to po prostu łut szczęścia) – rozpatrzył wniosek o wizę pozytywnie. Pozostawała jeszcze kwestia finansowa całego przewsięwzięcia. I tutaj nieoczekiwanie przyszedł z pomocą kanadyjski kuzyn, który zaproponował Krzysztofowi pożyczkę, którą ten miał odpracować po przylocie do Kanady. Było to o tyle łatwe, że pożyczkodawca był właścicielem dobrze prosperującej firmy budowlanej i w niej właśnie zamierzał zatrudnić kuzyna z Polski. Tak więc pewnego wrześniowego dnia Danusia i Krzysztof wsiedli na pokład samolotu lecącego do Toronto.

Początkowo rzeczywiście mieli w zamiarze spędzenie jakiegoś czasu w Kanadzie, zarobienie pieniędzy i powrót do Polski. Los spłatał im jednak figla i już w trzy tygodnie po przybyciu do Toronto okazało się, że Danusia jest w stanie błogosławionym. Nie mogąc wracać do Polski (ciagle przecież mieli dług do spłacenia), postanowili zaryzykować i złożyć dokumenty o stały pobyt. Wynajęli w tym celu adwokata, który w miarę sprawnie i szybko, sobie tylko znanymi metodami załatwił wszystkie formalności. Nie obeszło się jednak bez dość dużych kosztów z tym związanych – w związku z tym, po raz kolejny Krzysztof zadłużył się u swojego pracodawcy. Mógł co prawda sprzedać pozostawione w Polsce pod opieką sąsiada gospodarstwo, ale wtedy nie byłoby już do czego wracać.

Dzięki sprawnemu działaniu adwokata, nasi bohaterowie stali się posiadaczami dokumentu uprawniającego do stałego pobytu w Kanadzie, niedługo po pierwszych urodzinach ich pierworodnego syna. Zdążyli w międzyczasie oddać pożyczone od kuzyna pieniądze i rozpoczęli życie na własny rachunek. Na początku było ciężko, niejednokrotnie chcieli wsiąć do samolotu i wrócić do swojej rodzinnej miejscowości, gdzie ciągle czekał na nich mały dom z kawałkiem uprawnej ziemi. Trudno jednak było podjąć decyzję o powrocie, ze względu na ich syna, któremu chcieli zapewnić jak najlepszą przyszłość, a takiej nie wyobrażali sobie dla niego po powrocie do rodzinnego kraju. Szalę za i przeciw przeważyła wiadomość o pożarze ich domu w Polsce. Podobno ktoś zapruszył ogień. Nigdy nie dowiedzieli się kto był sprawcą, bo mając dbać o ich dobytek sąsiad – zapadł się jak kamień w wodę. Dom nie był ubezpieczony i w jego zgliszczach spłonęła również nadzieja powrotu na ojcowiznę.

Mijały lata, Danusia i Krzysztof ciułali pieniądze mające zapewnić ich jedynemu dziecku dostatnie życie. Kiedy Dominik skończył 17 lat zatrudnił się jako pomoc mechanika. Wtedy niespodziewanie Krzysztof stracił pracę u swego kuzyna, który postanowił przeprowadzić się na Florydę. Wtedy właśnie Danusia poprosiła syna, aby dokładał się jakoś do rachunków, bo jej pensja (pracowała w fabryce ciastek), nie wystarczała na wszystkie opłaty. Jako jego matka czuła się z tym źle, bo uważała, że to ona powinna mu dawać pieniądze, a nie on jej. Nie miała jednak wyjścia, sytuacja ją do tego zmusiła.

Kiedy Dominik zaczął przynosić coraz to nowe rzeczy do domu – a to laptop, telefon czy aparat cyfrowy bardzo się zaniepokoiła, bo przecież stażysta, więc niemożliwe, żeby aż tyle zarabiał. Kiedy pytała skąd ma te rzeczy on odpowiadał, że dostał od kolegi albo ze szef mu więcej zapłacił. Jednak nie wierzyła mu do końca. Pewnego dnia sprzątając w pokoju syna otworzyła szafkę,  z której wypadały pieniądze, dokładnie 4 tysiące dolarów.

Zawołała męża, bo nie mogła uwierzyć w to co widzi. Bała się, że to nie są czyste pieniądze, że pochodzą z jakiegoś lewego interesu. Postanowili z mężem porozmawiać z synem. Wszelkie próby dowiedzenia się skąd ma pieniądze kończyły się niepowodzeniem. Zdecydowali zatem, że nie oddadzą mu znalezionych pieniędzy dopóki nie powie skąd je ma. Wszystkie ich próby rozmowy z nim zawsze kończyły się kłótnią. Dominik wychodził z samego rana, wracał bardzo późno, czasami na drugi dzień. Kiedy Danusia zagroziła synowi, że nie pomoże mu jak pójdzie do więzienia  - coś w nim pękło. Przyznał się, że znalezione przez matkę pieniądze, to wygrana z pokera. Jednak po chwli dodał, że przegrał i musi oddać 8 tysięcy dolarów. Odliczając znalezione w szafie 4 tysiące, drugie tyle pozostało do spłacenia.

Wiążąc ledwo koniec z końcem Danusia była przerażona. Kilka dni później do Dominika zaczęli przychodzić podejrzani goście. Szybko domyśliła się, że nachodzą jej syna, by wyegzekwować dług. Zdesperowana poszła do banku i złożyła aplikację o kartę kredytową, którą cuden udało się uzyskać.

Dominik oddał dług. Teraz odpracowuje pożyczone  od matki pieniądze. Obiecał też, że już więcej nie zajmie się hazardem.