Żądni sensacji

Polonijne to i owo sty 9, 2013 at 10:36 pm

Zapewne wielu z naszych czytelników pamięta sprawę sprzed kilku lat dotyczącą postaci bajkowych, a dokładnie jednego z bohaterów popularnego serialu dla dzieci “Teletubbies”. Chodziło wtedy o czerwoną torebkę, jaką nosił Tinky. Ta właśnie czerwona torebka miała być dowodem na  homoseksualizm tego sympatycznego stworka. Burza medialna jaka się wtedy rozpętała pozwoliła tysiącom internautów na wysuwanie wniosków dotyczących bajek, znanych nam z ekranu telewizyjnego w Polsce. Powstała długa lista postaci bajkowych posądzanych o niecne czyny: Smurfy – poligamia (jedna kobieta przypada na wielu mężczyzn), Miś Uszatek – pedofil (śpiewa “Misie lubią dzieci”, Bolek i Lolek – klasyczni homoseksualiści (mieszkają razem, Tola to jedynie przykrywka), Muminki – naturyzm (chodzą bez ubrań), Kubuś Puchatek – zoofilia (niepokojąco bliskie kontakty z Krzysiem), Wilk i Zając – ekshibicjonizm (Wilk często powtarzał: “Ja ci jeszcze pokażę”.

Włos się jeży na głowie, a ja zastanawiam się, jak to możliwe, że moje pokolenie wyrosło na normalych ludzi. Nic mi nie wiadomo, żeby moi szkolni koledzy mieli jakieś problemy oglądając “Jacka i Agatkę”, “Ptysia i gąskę Balbinkę” czy “Piaskowego dziadka”, który mógł być przecież posądzany o szemrane kontakty z dziećmi, chociażby na podstawie piosenki tytułowej: “Dziadku, drogi dziadku, nie chcemy jeszcze spać. Chodź tu zabawić nas …”.

Trudno mi doprawdy zrozumieć czym kierują się szperacze żądni sensacji. Bo nie sprawia przecież zbytniego kłopotu dopasowanie kolejnej dobranockowej postaci do odpowiedniej dewiacji seksualnej. A może to syndrom obecnych czasów? Jeżeli tak, to pozostaje mi dziękować Bogu, że urodziłam się w czasach, kiedy nie dopatrywano się niczego złego w bajkowych bohaterach, wręcz przeciwnie – niejednokrotnie służyły one za wzór zachowania. Szczerze mówiąc, zdecydowanie wolę, gdy dzieciaki oglądają “Bolka i Lolka”, niż z wypiekami na twarzach pastwią się nad kolejną wersją gry komputerowej prezentującej wszystkie możliwe techniki zabijania.

Tak naprawdę, świat wcale nie idzie do przodu, ale chyli się ku upadkowi. I wcale nie musi zakończyć się uderzeniem w naszą planetę wielkiej asteroidy, czy wyginięciem naszego gatunku przez globalne ocieplenie, którym naukowcy straszą nas od dziesiątek lat. To postęp, który podobno ułatwia nam życie, w rzeczywistości robi z nas idiotów do potęgi n-tej. Przykłady? Proszę bardzo! Pamiętacie kiedy ostatnio napisaliście jakiś list na kartce papieru? Przecież o wiele łatwiej jest wysłać wiadomość do rodziny w Polsce siadając przed ekranem komputera – jedno kliknięcie myszką i w ciągu kilku sekund sprawa załatwiona. Nawet o błędy ortograficzne nie musimy się martwić – odpowiedni program zrobi za nas korektę. No i po co nam było “wyrabianie charakteru pisma”, na które tak zwracali uwagę nauczyciele w mojej szkole?

Z matematyką jest jeszcze gorzej! Królowa nauk nigdy co prawda nie była moją mocną stroną, ale potrafię jeszcze bez pomocy kalkulatora wykonać proste działania. I nie sprawia mi trudności wyliczenie ile kosztuje puszka tuńczyka, gdy sklep oferuje cenę za trzy, a ja chcę kupić tylko jedną. A taki właśnie kłopot miała kasjerka w Food Basic i w rezultacie poprosiła o pomoc menadżera sklepu. Na szczęście nie musiała już główkować ile ma wydać reszty z otrzymanych ode mnie 50 dolarów – kasa pięknie wyliczyła to za nią. A wyobrażacie sobie, co by było, gdyby nagle zdarzyła się awaria prądu?

Wychowałam się bez internetu i komórkowego telefonu, bez ogłupiających komputerowych gier, a moją pierwszą lalkę zrobiłam z drewnianej kulki do ucierania ciasta, rysując na niej kopiowym ołówkiem oczy, nos i usta. Zielony agrest popijałam wodą z kranu, zdzierałam kolana podczas zabawy w “Dwa ognie”, a gdy jeździłam z rodzicami nad morze nikt nie musiał mnie pilnować, bo wiedziałam, że nie powinnam za daleko wchodzić do wody.

No właśnie, może to dzięki rodzicom udało mi się jakoś przeżyć i ominąć czychające na mnie niebezpieczeństwo? A teraz sama jestem matką i moim dzieciom i wnukom próbuję przekazać to, czego nauczono mnie w rodzinnym domu. I wiecie co? Udaje mi się! Pomimo otaczającego ich skomputeryzowanego świata (do którego po części sama należę), moje pociechy wraz ze swoimi przyjaciółmi potrafią czerpać radość z weekendowych wyjazdów do naszego domku w lesie, nie przywiązując wagi do tego, że wodę trzeba czerpać ze studni, do ubikacji należy przejść kilkadziesiąt metrów, a światło oświetlające wnętrze domku pochodzi z naftowych lamp i świeczek. Wieczorem siadamy przy ognisku, pieczemy na patykach kiełbasę i wcale nie barkuje nam cywilizacji.

Myślę, że dopóki nasze dzieci będą potrafiły podziwiać niebo usiane gwiazdami i unoszące się wczesnym rankiem nad jeziorem mgły – nie mamy się o co martwić. Jeszcze nie całkiem ich pokolenie jest stracone…

Ilona Girzewska