Do trzech razy sztuka…

Polonijne to i owo Series sty 20, 2013 at 10:36 pm

Maria jest zadbaną czterdziestolatką po przejściach. Dwa nieudane małżeństwa sprawiły, że po kolejnym rozwodzie straciła zaufanie do płci przeciwnej. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zmienić jej decyzji o życiu w samotności. Wtedy spotkała Piotra. Posłuchajmy Marii…

Mój pierwszy mąż – Jurek, wydawał się ideałem – przystojny, zaradny, zajmował wysokie stanowisko w cenionej firmie konsultingowej w Toronto. Szybko jednak okazało się, że priorytemem w jego życiu jest praca, której poświęcał się bez reszty. Miałam męża, a jakbym go nie miała. Cały tydzień pracował po kilkanaście godzin, a na weekend zabierał jeszcze jakieś papiery do domu. Nie było mowy o wspólnych wyjazdach, wypadach do kina, ba, nawet wieczornych rozmowach,. Tak naprawdę czułam się jak gosposia – moim obowiązkiem było ugotowanie obiadu, utrzymywanie naszego mieszkania w czystości i dbanie o garnitury, koszule i krawaty zapracowanego męża. Rozstaliśmy się po kilkunastu miesiącach.

Krzysztof – mój drugi mąż, był częściowym przeciwieństwem Jurka. Po odbębnieniu 8 godzin pracy w fabryce wracał do domu i planowaliśmy gdzie spędzimy kolejny weekend. Na początku były to wyjazdy dwuosobowe, ale dosyć szybko zaczęli dołączać do nas znajomi Krzysztofa. Wspólne wypady polegały głównie na “rozpracowywaniu” butelek wysokoprocentowych trunków, co w rezultacie kończyło się dla mnie małżeńską awanturą i pretensjami ze strony męża, że nie potrafię się bawić i jestem nudna jak flaki z olejem. Próbowałam jeszcze ratować nasz związek, ale kiedy po kolejnej awanturze Krzysztof mnie uderzył – spakowałam się i opuściłam domowe pielesze. Rozwód był tylko formalnością – nie mieliśmy dzieci, domu, każde z nas miało osobne konto. Udało się załatwić wszystko polubownie.

Rzuciłam się w wir pracy, a że nie miałam żadnych zobowiązań i byłam bardzo dyspozycyjna, wkrótce awansowałam na stanowisko managera firmy, w której pracowałam. Czułam się spełniona – przynajmniej zawodowo. Nie powiem, że nie doskwierała mi samotność. Bywały momenty, że zastanawiałam się cóż warte jest moje życie, skoro swoich radości i smutków nie mam z kim dzielić. Mieszkałam w południowej części Mississaugi i często wybierałam się na wieczorne spacery w okolice Port Credit. Widok jeziora uspokajał mnie, chociaż niejednokrotnie spoglądałam z zazdrością na przechodzące obok mnie uśmiechnięte pary.

Podczas któregoś ze spacerów, zagapiłam się na jedną z nich i nagle coś podcięło mi nogi – nie mogąc utrzymać równowagi padłam jak długa, raniąc dotkliwie oba kolana i prawą dłoń. Sprawcą mojego upadku okazał się pokaźnych rozmiarów owczarek, który urwał się ze smyczy i wręcz staranował mnie goniąc za wiewiórką. W chwilę później podbiegł do mnie jego przerażony właściciel i wylewnie przepraszając pomógł mi się pozbierać. Czułam przeszywający ból w dłoni, skóra na nogach była zdarta do krwi. W tej sytuacji właściciel niesfornego psiaka zdecydował jechać ze mną na pogotowie. Spędziliśmy tam kilka godzin, by w rezultacie dowiedzieć się, że kość prawego nadgarstka jest złamana, a mnie czeka 6 długich tygodni z gipsem na ręce. Nie wiem kto był bardziej przerażony – ja, czy przedstawiający się jako Tadeusz, posiadacz czworonoga.

W pierwszym odruchu chciałam żądać zadośćuczynienia za wypadek, ale czas spędzony wspólnie na szpitalnym korytarzu spowodował, że poczułam do tego człowieka jakąś niewytłumaczalną sympatię. Odstąpiłam więc od mych myśli i poprosiłam tylko o odwiezienie do domu.

Następnego dnia właściciel owczarka zadzwonił do mnie z prośbą o spotkanie. Nie czując się na siłach, by wyjść  z domu – zaprosiłam go do siebie. Przyszedł z olbrzymim bukietem kwiatów i już od progu stwierdził, że poniesie wszelkie konsekwecje wybryku swojego psa, a przy okazji ofiaruje pomoc na cały okres mojej rekonwalescencji. Na nic zdały się zapewnienia, że świetnie dam sobie radę sama. Tadeusz zjawiał się u mnie z samego rana, przygotowywał posiłki na cały dzień, robił zakupy. Zdążyłam tak przyzwyczaić się do jego codziennej obecności, że chciałam, by gips na mojej ręce pozostał już na zawsze. Tym bardziej, iż okazało się, że mój opiekun jest od kilku lat wdowcem, mieszka samotnie, a jedyną bliską mu istotą jest wzięty ze schroniska pies.

Po 6 tygodniach Tadeusz zawiózł mnie do lekarza. Okazało się, że kość nadgarstka zrosła się prawidłowo i czeka mnie jeszcze tylko krótka rehabilitacja. Opuszczałam szpital z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony cieszyłam się, że już niedługo wrócę do formy, z drugiej jednak wiedziałam, że bliża się nieuchronnie moment, kiedy Tadeusz nie będzie już musiał mi pomagać – zaproponował przecież chęć pomocy tylko na jakiś czas.

Z zamyślenia wyrwał mnie głos Tadeusza:

-      Marysiu, spełniłem swoją obietnicę. Czy pozwolisz jednak bym opiekował się tobą trochę dłużej?

-      Jak długo? – zapytałam.

-      Tak, długo, jak tylko zechcesz. Nie chcę się już z tobą rozstawać. Moglibyśmy zamieszkać razem w moim domu. Jest tylko jeden problem – czy jesteś w stanie zaakceptować oprócz mnie obecność pewnego niesfornego psiaka?

Jakże mogłam nie chcieć! Przecież to dzięki niemu potwierdziła się prawdziwość pewnej mądrości życiowej, że do trzech razy sztuka…

 

Ilona Girzewska