Polonia na wakacjach

Polonijne to i owo Series sty 30, 2013 at 3:27 pm

Żyjemy w kraju, w którym wakacje niekoniecznie kojarzone są z letnimi miesiącami roku. Nasze polonijne biura podróży oferują pełny asortyment wyjazdów na tzw. słoneczne południe głównie w okresie zimowym. Postanowiłam i ja skorzystać z takiej oferty, tym bardziej, że pozostało mi dwa tygodnie zeszłorocznego urlopu, a firma, w której pracuję nie wypłaca ekwiwalentu za niewykorzystane urlopowe dni.

Próbując znaleźć miejsce, które najbardziej nadawało by się na wypoczynek zrobiłam najpierw rekonesans wśród znajomych – stałych bywalców karaibskich wysp. Przesiewałam zdobyte informacje przez sito z grubymi oczkami, by od razu przeleciały przez nie wszystkie Bermudy, Aruby czy  inne Bahamy  – na nie nie było mnie po prostu stać. Później odpadły wszystkie miejsca z wielkimi hotelami, bo dużych, molochowatych budynków dosyć mam w Toronto.

Po tygodniu poszukiwań w grę wchodziła już tylko Kuba albo Dominikana. Kraj Fidela Castro udało mi się odwiedzić kilka lat temu, więc tym razem zdecydowałam sprawdzić, jak wyglądają dzisiaj tereny odkryte kilkaset lat temu przez Kolumba. Ba, łatwiej zaplanować – trudniej zrobić. Połowa moich znajomych optowała za wyjazdem do Puerto Plata, reszta zdecydowanie sugerowała resorty w Punta Cana. Zdesperowana sprawdziłam oba miejsca na stronie internetowej Trip Adviser i na chybił trafił wybrałam ośrodek wczasowy Melia Caribe Tropical w Punta Cana. Przez zaprzyjaźnione biuro podróży wykupiłam ofertę last minute i kilka dni później w towarzystwie przyjaciółki poleciałam liniami Air Transat na tygodniowy wypoczynek.

Już w samolocie okazało się, że wbrew radom znajomych, bym zapakowała na drogę jakieś kanapki, bo inaczej spędzę ponad cztery godziny w powietrzu o głodzie, ku mojemu zaskoczeniu stewardesy powitały nas szampanem, po czym zaserwowały pełny obiadowy posiłek, wino, soki i kawę.

Po przybyciu do resortu uprzejmy konsjeż  poinformował nas, na czym polega jego rola, po czym nasze bagaże zostały zawiezione do pokoju w jednopiętrowym domku. Nazajutrz  po śniadaniu zaliczyłyśmy spotkanie informacyjne z przedstawicielką Air Transat. Miła dziewczyna przejrzyście zaprezentowała wszystkie uroki miejsca, w którym miałyśmy spędzić urlopowy tydzień, udzielając przy tym cennych rad dotyczących dodatkowo płatnych turystycznych atrakcji, ewentualnych zakupów, wymiany pieniędzy itp.

Melia Caribe okazał się miejscem niezwykle urokliwym. Przepasany niezliczonymi dróżkami wśród pięknie zaaranżowanej roślinności, która stała się ostoją dla licznego ptactwa – od flamingów, pelikanów, dostojnie przechadzających się pawi, po dziwne gatunki kaczek z pomarańczowo-seledynowymi dziobami.

Właściwie powinnam się zachwycać otaczającym mnie pięknem, ale pomna uwag stałych bywalców takich resortów, uważnie przyglądałam się wszystkim szczegółom. Chodziło bowiem o to, by – jak w jednej z komedii Barei – “plusy, nie przesłoniły mi minusów”.

Na pierwszy ogień poszły restauracje, a tych było trzynaście: 3 bufety i 10 a la carte (wśród nich dominikańska, amerykańska, tajska, francuska, włoska, meksykańska, japońska i śródziemnomorska). Hm, nie znalazłam nic, do czego mogłam się przyczepić. 14 barów oferowało koktajle i różnorakie drinki (w tym znane europejskie marki alkoholowe), za które nie musiałam extra płacić – przed czym również przestrzegali mnie znajomi. 10 basenów, 8 kortów tenisowych, pola golfowe i specjalne atrakcje dla dzieci również nie miały nic do zarzucenia.

Wyruszyłam na plażę – a tam biały piasek, turkusowa woda, trochę wyrzuconych przez fale wodorostów i co krok kolorowe stragany, oferujące miejscowe wyroby. Przed każdym z takich kramików naganiacz, zachwalający swoje miejsce jako najlepsze. Odwiedziłam wszystkie z nich, by żadnemu ze sprzedawców nie było przykro, że go ominęłam. Kupiłam kilka drobiazgów, mając frajdę z targowania się o cenę.

Po powrocie do domku zastałam pachnący czystością pokój, poukładane fantazyjnie ręczniki, przyozdobione świeżymi kwiatami, a na szafce  butelkę rumu i pudełko słodkości. Wszystko to nijak się miało do opowieści, jakimi zostałam uraczona przed wylotem z Toronto. Bo przecież miałam zastać ślady szperania w moich walizkach (mimo tego, że przecież zamki zabezpieczone były kłódkami), powinnam sprawdzić czy z wieszaków nie zniknęły jakieś ubrania, no i kategorycznie nie powinnam zostawiać nic na łóżku, bo to znak, że owe rzeczy są prezentem dla sprzątających. Odetknęłam z ulgą, że czarne scenariusze moich znajomych się nie sprawdziły.

Po tygodniowym pobycie w Melia zastanawiałam się, jakim cudem obyło się bez przykrych niespodzianek. No bo powinnam przecież: zatruć się jedzeniem, zarazić amebą, zostać okradziona, napadnięta w czasie wieczornych spacerów na plaży, oszukana przez miejscowych sprzedawców – ogólnie rzecz biorąc, miałam być kolejną osobą, która po powrocie to Toronto przekaże swym znajomym niezbyt przyjemne wrażenia z karaibskich wysp.

Generalnie jesteśmy narodem wiecznie narzekającym. Może pora to zmienić? Przecież wystarczy spojrzeć na świat optymistycznie, uwierzyć, że szklanka z wodą jest do połowy pełna, a cała reszta z dnia na dzień stanie się łatwiejsza. Nie chcę być wyrocznią, dlatego ku uciesze pesymistów dodam, że jednak czegoś brakowało mi na Dominikanie – polskiego rosołu z makaronem i Tyskiego piwa.