Na złość sobie

Polonijne to i owo Series marz 6, 2013 at 6:30 pm

Jowita miała 14 lat, kiedy poznała swojego przyszłego męża. Był trzy cztery starszy od niej. To była pierwsza, młodzieńcza miłość, zarówno jej, jak i Roberta. Posłuchajmy Jowity…

Znaliśmy się tak długo, że wzięcie ślubu wydawało się być jedynym rozwiązaniem, kontynuacją 7-letniego narzeczeństwa i jego naturalnym następstwem. My już przed ślubem, bez bagażu długoletniego stażu małżeńskiego, byliśmy ze sobą, bo czuliśmy do siebie przywiązanie. Bo nie wypadało inaczej. Nie znaliśmy nic innego w życiu poza sobą…  Nasza miłość była naszą pierwszą i jedyną dotychczasową przygodą. Nie zdążyłam się w życiu „wyszaleć”, jak mówią starsi, wyhulać, poznać i porównać Roberta choćby do jeszcze jednego mężczyzny. Po prostu wzięliśmy ślub. Tak chyba dla wygody…
Szkoda, że nie posłuchałam mamy, kiedy dzień przed ślubem powiedziała mi, że jeśli chcę zrezygnować, to naprawdę ze wszystkiego można się jeszcze wycofać. Że nieważne są poniesione koszta, zamówione kwiaty i już wyprasowana ślubna suknia. Mówiła mi, że jeśli nie jestem pewna, czy kocham Roberta, nie mam za niego wychodzić.
Jej słowa docierały do mnie jak z innego świata. Nie rozumiałam, co chce mi powiedzieć. A może chciałam jej zrobić na złość, może udowodnić sobie lub jej, że jestem dorosła, dojrzała i sama umiem decydować o swoim życiu?

Po ślubie żyliśmy ze sobą dość długo w umiarkowanym spokoju, ale namiętności to już nigdy w naszym związku nie było. Miłość z młodzieńczych lat już nie wróciła, a ja latami uświadamiałam sobie, że mama miała rację. Ona widziała to oczami dojrzałej, doświadczonej kobiety. Stawiałam sobie pytanie: – Dlaczego ja za niego wyszłam? I jedyną logiczną odpowiedzią, którą znajdowałam, była ta: – Z przyzwyczajenia!
Po 14 latach małżeństwa on poznał kobietę swojego życia, jak o niej mówił. Długo nie mogłam w to uwierzyć, że on naprawdę odszedł, ale jakoś musiałam żyć dalej. Nie myślałam o niczym innym, tylko o nich. Co teraz robią, gdzie są, wyobrażałam ich sobie w najintymniejszych sytuacjach. W samotne, długie wieczory widziałam oczami wyobraźni, jak oni się przytulają, jacy są ze sobą szczęśliwi. Hodowałam w sobie złość i urazę.  Nienawidziłam go a jej jeszcze bardziej. Bo choć nasze małżeństwo nigdy nie było idealne, czułam się po prostu oszukana, pozostawiona samej sobie i niekochana przez nikogo.
Zaczęłam szukać rozrywki w internecie. Zapisałam się do kilku portali randkowych i dzięki temu codziennie miałam wieczór zapełniony ciekawą rozmowę. Z kilkoma facetami się umówiłam, wpadłam w randkowy szał. Cały czas zastanawiałam się, czy robię to z nudów, potrzeby serca, czy żeby zrobić Robertowi na złość. Ale brnęłam dalej.
Faktycznie Roberta zaczęło moje randkowanie doprowadzać do dzikiej furii i nie ukrywam, że bardzo mi się to podobało. Zemsta jednak bywa słodka! Na pewnym portalu natchnęłam się na Maćka. Tak jak i ja mieszkała niedaleko Square One w Mississaudze. Był samotny i spragniony miłości. Zaczęliśmy się spotykać. Wyjątkowo mnie urzekł. Zawsze był przy mnie, kiedy było mi źle, przytulał no i codziennie przynosił mi kwiaty! Wydawało mi się, że takiego faceta szukałam całe życie. Robił ze mnie lepszą kobietę. Przy nim byłam spokojniejsza, milsza, szczęśliwsza, a przede wszystkim zapominałam o nieudanym małżeństwie. Tak sobie przynajmniej wmawiałam.
Minął rok od rozwodu. Nadal jestem z Maćkiem, ale zastanawiam się nad swoimi uczuciami. Wprowadził się do mnie, tworzymy jakby rodzinę. Już nie przynosi mi codziennie kwiatów, ale nadal jestem dla niego księżniczką. Wciąż jednak zastanawiam się, dlaczego ja zaczęłam się z nim spotykać? Czy dlatego, że potrzebowałam odskoczni od nieudanego małżeństwa? A może chciałam zrobić na złość mojemu mężowi, który właśnie pozwolił sobie na „skok w bok”? Na pewno potrzebowałam wsparcia i opieki mężczyzny, bo szybko doświadczyłam, że bez faceta w życiu nie dam sobie rady. Nie byłam stworzona do samotności.
Czy miałam jeszcze jakieś inne powody?
Czy ja kiedykolwiek go kochałam? Czy pozwoliłam po prostu kolejnemu facetowi zająć miejsce przy moim boku, opiekować się mną, nie będąc pewna uczuć do niego? Czy ja nie krzywdzę Marcina? On mnie kocha na zabój, a ja? No cóż…
Mam nadzieję, że miłość jeszcze nadejdzie!

 

Jeżeli chcesz podzielić się z Czytelnikami “Wiadomości” swoją historią napisz na adres: redakcja@wiadomo.com.

Anonimowość gwarantowana.