Nigdy nie wiadomo w co się wdepnie

Lokalnie Series maj 2, 2013 at 6:38 am

Nieprzyjemną przygodę przeżyła 64-letnia Sandra Van Alstyne podczas wiosennego spaceru po lesie. Van Alstyne  mieszka wraz z mężem w rejonie Haliburton Highlands, który ożywa w okresie letnim, gdy przyjeżdżają tu wypoczywać w weekendy właściciele licznych domków letniskowych. W ciągu tygodnia jest tu pusto i sennie. Alstyne wyszła przed południem ze swoim psem, 3-letnim collie do lasu. Idąc leśnym traktem w pewnym momencie trafiła na błotnisty odcinek.
- To nie wyglądało groźnie, ot po prostu trochę błota. Wystarczyło jednak, że zrobiłam dwa kroki i utknęłam – opowiada.
Zapadła się w błocie po kolana. Zdołała jeszcze wyjąć prawą nogę, ale lewa pozostała jak zacementowana. Gdy zrozumiała, że nie da sobie sama rady, zaczęła wołać o pomoc. Bez rezultatu. Nie wpadła w panikę, nawet się nie bała. Bardzo pomogła jej w tym czasie obecność psa, który cały czas jej towarzyszył.
Jej mąż, gdy długo nie wracała do domu wezwał policję na pomoc.
Tymczasem Sandra Van Alstyne tkwiła w błocie, a od krzyku straciła głos.
- Nawet się dziwiłam, że się nie denerwowałam. Gdy zrobiło się zimno, przytulałam się do psa – mówi.
Po 12 godzinach stania w błocie odnalazła ją policja przy użyciu helikoptera i psów tropiących. Wydobycie jej z błota okazało się kłopotliwe, bo policjanci, którzy przyszli jej na pomoc utknęli podobnie jak ona i nie mogli się ruszyć. W końcu jakoś odkopano wszystkich i wydobyto na twardy grunt.
Pechową spacerowiczkę odwieziono do szpitala na kontrolne badania. Okazało się, że jedynym skutkiem przygody nie było wychłodzenie organizmu, ale nadwyrężenie strun głosowych od głośnego wołania.
Pani Van Alstyne obiecała sobie, że na spacery w przyszłości będzie zabierała ze sobą telefon komórkowy no i koniecznie nigdy nie wyjdzie sama.
Zawsze, ale to zawsze będzie towarzyszył jej pies.