Kupiła prawo jazdy i omal nie doszło do tragedii

Polonijne to i owo Series maj 22, 2013 at 9:36 am

Większość z nas nie wyobraża sobie życia bez samochodu. Jest on w Kanadzie prawie podstawą naszej egzystencji. Tak samo myślała Ewelina, która za wszelką cenę postanowiła zrobić prawo jazdy. Co z tego wyniknęło? Posłuchajmy…

Chciałabym podzielić się moją opowieścią z innymi, aby przestrzec przed popełnieniem podobnego błędu, który mógłby skończyć się prawdziwą tragedią.
Od urodzenia mieszkam w Mississaudze i korzystałam z ogólnodostępnych środków lokomocji. Gdy udało mi się znaleźć interesującą pracę w prestiżowej firmie, byłam wniebowzięta. Myślałam, że osiągnęłam już wszystko, bo ukochanego narzeczonego już posiadałam, a wraz z nim sprecyzowane plany na wspólną przyszłość, jednak wielką i najprawdziwszą prawdą jest stwierdzenie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia! Przekonałam się o tym na własnej zachłannej osobie, która po miesiącu pracy w towarzystwie młodych, bogatych, wyzwolonych ludzi, zaraziła się od nich i zapragnęła dojeżdżać do pracy własnym środkiem transportu!
Pragnienie to było tak silne, że musiałam je zrealizować. Mój narzeczony miał własne auto i mogłabym na początku nim jeździć, zapisałam się więc na kurs prawa jazdy. Na początku mój chłopak popierał mnie w tym przedsięwzięciu, ale po paru jazdach ze mną był zdecydowanie przeciwko. Może mój przyszły mąż miał wtedy rację, krzycząc, że nigdy nie zostanę kierowcą, ale nie posłuchałam wtedy męskich uwag co do jazy kobiet. Oni wszyscy mówili tak samo: Baba za kierownicą!
Jak uparta koza brnęłam przez wszystkie etapy kursu i muszę przyznać, że z łatwością przyswajałam wiedzę teoretyczną, z praktyczną zaś miałam ciągłe problemy. Z początku
instruktor nie przywiązywał wagi do moich  wyczynów, ale z czasem zaczął się zastanawiać, czemu na dziesiątej lekcji nie umiem cofnąć prosto do tyłu, a manewry na placu są tragiczne. Zaczął mnie pouczać o ciągłym skupieniu na drodze, dokładności, delikatności, a ja po wyjeździe na miasto kompletnie głupiałam, traciłam orientację. Instruktor kiwał głową mówiąc, że nie będzie ze mnie kierowcy, a ja ze łzami w oczach mówiłam, że muszę mieć prawo jazdy. Mój narzeczony też odradzał mi egzaminu, twierdząc, że nie mam szans, ale z uporem maniaka nie dałam za wygraną idąc na egzamin……oblewając na pierwszym manewrze na placu. Testy zdałam bezbłędnie, a co do jazdy byłam nadal dobrej myśli, aż do piątego oblanego egzaminu. Oczywiście brałam dodatkowe lekcje przed każdym egzaminem, a mój instruktor cedził przez zęby: – Niech pani da sobie z tym spokój. Nigdy pani nie zda….hmm..no tak normalnie, proszę dać sobie spokój, szkoda pani czasu i pieniędzy.
Wtedy nie rozumiałam co mówi do mnie mój nauczyciel, ale nasłuchawszy się tylu opowiadań ludzi zdających po kilka razy tak jak ja, zrozumiałam jaka jest jedyna szansa dla
mnie. Ohydne słowo, którym brzydziłam się całe życie – łapówka, ale tłumaczyłam sobie to tak, że pomagam tylko szczęściu. Zrobiłam sobie własną burzę mózgu i z wyciszonym sumieniem udałam się na opłacony egzamin, uprzednio wręczając grubą kopertę instruktorowi, który z kamienną twarzą odparł, że zajmie się wszystkim.
Próbowałam wcześniej napomknąć chłopakowi o takiej możliwości zdania, ale on okrzyczał mnie na samą myśl o tym mówiąc:
- To tak samo jakbyś będąc analfabetą kupiła sobie dyplom wyższej uczelni! Zapomnij o tym, nie oszukasz talentu, albo ktoś go ma, albo nie! Tego nie kupisz za żadne pieniądze!
Wiedziałam, że mój facet ma rację, ale ja jednak zapłaciłam za posiadanie prawa jazdy, zadłużając się w banku na ten niecny czyn. Myślałam, że wszystko przeminie po egzaminie,
ale bardzo się myliłam. Nawet opłacony egzaminator był wzburzony widząc moje poruszanie się po mieście. Krzyczał na mnie, że nigdy by się nie zgodził wiedząc, że kompletnie nie umiem prowadzić! Ubłagałam go wręcz, aby podpisał mi zdanie egzaminu, obiecałam, że nigdy nie będę prowadzić auta, że prawa jazdy domagali się w pracy jako dodatkowego atutu. Drżącą ręką podpisał mi papierek, mówiąc, że nie chce mnie widzieć nigdy za kierownicą i mieć na sumieniu moją lub spowodowaną przeze mnie śmierć!
Wracałam stamtąd jak zbity, skopany pies, skulona, szlochająca wielka przegrana! Dopiero na trzeci dzień oznajmiłam narzeczonemu, że udało mi się zdać egzamin. Wydało mu się to podejrzane, ale utwierdziłam go, że trafiłam na miłego egzaminatora, który dał mi szansę.
Z kolejnego kredytu udało mi się kupić używane auto i zaczęłam swój własny tok nauki, ale po każdej jeździe byłam zdruzgotana. Niestety los jest okrutny i sprawiedliwy bo ukarał mnie wkrótce za przestępstwo wobec siebie i innych. Pewnego wieczora wracałam z pracy, zmęczona po długim szkoleniu, jadąc prawie na oślep. W połowie drogi dopiero zorientowałam się, że jadę bez świateł i chcąc je włączyć, puściłam kierownicę, pozwalając autu wjechać śliską jezdnią na chodnik. Jechałam pustą ulicą przez dość wyludnioną dzielnicę, dlatego zdziwił i zarazem otrzeźwił mnie nagle krzyk. Zdążyłam zauważyć tylko jakąś kobietę leżącą na chodniku i moje auto stojące wzdłuż chodnika. Do dziś nie wiem jak udało mi się ruszyć tak szybko z miejsca wypadku. Przejechałam w obłędnym tempie parę kilometrów. Potem przystanęłam gdzieś przy lesie i wyszłam z auta zanosząc się szlochem.
- Zabiłam człowieka, wielkie nieba, zabiłam tamtą kobietę – mówiłam przez łzy, oglądając samochód, czy nie zostały na nim ślady zbrodni. Na szczęście auto było czyste, bez żadnej
rysy i po paru chwilach ochłonęłam z szoku. Trudno – myślałam – muszę tam wrócić i zobaczyć co się stało, może nikt mnie nie widział, może uda mi się zbiec.
Wróciłam w okolice swej zbrodni, zostawiłam w oddali auto i udając przechodnia, wbiłam się w tłum gapiący się na chodnik, oświetlany policyjną lampą. Na chodniku siedziała starsza kobieta, szlochając i głośno wyzywając jakiegoś bandytę, który wjechał na chodnik, bestialsko przejeżdżając jej ukochanego pieska. Mały kundelek leżał zmiażdżony w kałuży krwi na chodniku, policjanci pocieszali kobietę mówiąc, że może uda im się złapać tego bandytę.
Wróciłam skruszona do auta, ruszyłam kawałek, ale coś mnie powstrzymywało. Łzy zalewały mi oczy, czułam się podle, jak najgorszy przestępca, bandzior, przecież zamiast tego pieska mogła być ta kobieta, mogłam pozbawić kogoś życia, a i tak uciekłam z miejsca zbrodni i pewnie uszło by mi to na sucho! Wyrzuty sumienia nie dawały spokoju, wysiadłam z auta,  poszłam na przystanek autobusowy, pozwalając aby jesienny wiatr zwiał ze mnie cały wstyd popełnionych błędów. Na drugi dzień poprosiłam narzeczonego o odebranie auta i zajęcie się jego sprzedażą, tłumacząc że zbieram na lepsze auto, bo ten gruchot ciągle się psuje.
Już spłaciłam kredyt, czas ukoił ból, ale już nigdy nie wsiądę do samochodu. Mego czynu wstydzę się do dziś, obciąża moje sumienie, nikomu o tym nigdy nie opowiedziałam, ale drogo zapłaciłam za swą brawurę. Na szczęście nikt nie zginął, choć twarz cierpiącej staruszki po stracie ukochanego przyjaciela prześladuje mnie do dziś w snach.
Już wiem, że są rzeczy, których za żadną cenę nie można kupić, chyba, że płaci się własnym szczęściem, spokojem i sumieniem.