Po co wam dziecko! Kupcie lepiej pieska!

Polonijne to i owo Series lip 24, 2013 at 12:28 am

Agata przyleciała do Kanady wiele lat temu wraz z rodzicami. Jej rodzina miała to szczęście, że ominęła ich emigracyjna tułaczka – przylecieli prosto z Polski, w ramach kontraktu do pracy, jaki otrzymał jej ojciec – specjalista od inżynierii nuklearnej. Wynagrodzenie za ten dość unikalny zawód było na tyle wysokie, że rodzice Agaty mogli sobie pozwolić na zapewnienie córce jak najlepszych warunków do nauki. Tak też się stało – Agata skończyła studia prawnicze i dosyć szybko znalazła pracę w zawodzie. Wkrótce potem otworzyła własne biuro adwokackie w Toronto. Kiedy skończyła 35 lat wyszła za mąż za Jurka – kolegę po fachu. Młodzi ludzie w krótkim czasie kupili dom, gustownie go urządzili, wakacje spędzali w najciekawszych zakątkach świata i wydawało by się, że nic im do szczęścia nie brakuje. Problem pojawił się dwa lata po ślubie. Bo o ile Agata była jedynaczką, to Jurek pochodził z wielodzietnej rodziny i jego wielkim marzeniem było posiadanie gromadki dzieci. Bezskutecznie jednak namawiał żonę na powiększenie rodziny – Agata odkładała decyzję o macierzyństwie, stwierdzając, iż dziecko przeszkodzi jej w dalszej karierze. Jurek, widząc, że żona pozostaje nieugięta – wystąpił o rozwód. Wkrótce po rozwiązaniu małżeństwa Agata poznała Maćka. Jak dalej potoczyły się losy naszej bohaterki? Posłuchajmy…

Kilka lat temu przekroczyłam magiczną barierę 40 lat, choć dla mnie to raczej czarna magia… Nie mam kompleksów na punkcie swojego wieku, bo to naturalna kolej rzeczy. Bardziej boli mnie to, że niektórzy próbują mówić mi, co w tym wieku wypada, a co już nie. Kiedy podzieliłam się moimi marzeniami z koleżankami, rodziną i znajomymi, usłyszałam że jestem na to za stara. Niedługo okaże się, że jestem za stara, żeby w ogóle żyć, a co dopiero mówić o dawaniu życia. Przez lata byłam zajęta karierą zawodową. Wydawało mi się, że na tym najlepiej wyjdę. Nie zraziłam się nawet tym, że pierwszy mąż podziękował mi za takie życie i odszedł do innej. Zawzięłam się w sobie, pracowałam jeszcze więcej. Chciałam udowodnić wszystkim, że tak też można. Przy okazji poznałam prawdziwą miłość. Z moim mężem jesteśmy razem od wielu lat. Nie myśleliśmy o potomstwie, bo koncentrowaliśmy się na czym innym. Dziś chcemy być rodzicami.

Mamy piękny dom, dobrze nam się powodzi. Mamy ten komfort, że na wszystko nas stać, a nasze konto nie świeci pustkami. Jesteśmy też bardzo rozważni i nigdy nie podejmowaliśmy pochopnych decyzji. Marzenie o dziecku nie jest więc zachcianką znudzonej życiem czterdziestki, ale prawdziwym instynktem. Fakt, pragnienie to obudziło się we mnie dość późno, ale czy oznacza to, że mam z niego zrezygnować? Stabilizacja finansowa i lokalowa są przecież bardzo ważne dla każdej rodziny. Nie uważam się za materialistkę, ale wierzę, że im lepsze warunki, tym lepiej dla potomstwa. Dzisiaj mam to wszystko. Poza dzieckiem, które dopełniłoby moje szczęście. Dzisiaj nie jest to już takie proste. Od roku staramy się w naturalny sposób, ale nic z tego nie wychodzi. Okazuje się, że problem tkwi we mnie. Nie zdiagnozowano całkowitej bezpłodności, ale szanse na zapłodnienie określono bardzo nisko. Jedyną szansą jest terapia farmakologiczna, a później prawdopodobnie sztuczne zapłodnienie. Sztuczne… Brzmi to nieludzko, ale nie ma to dla mnie znaczenia. Liczy się nowe życie. Nowe życie, które przyjdzie na świat i nowe życie naszego małżeństwa. Już nie bylibyśmy podstarzałymi karierowiczami, państwem X, ale rodzicami, rodziną… Mąż jest równie zdeterminowany, co ja. Podzieliłam się tym wszystkim z moimi najbliższymi, ale oni nie są już tak pozytywnie nastawieni. Nie musieli specjalnie lawirować i ważyć słów. Doskonale zrozumiałam, że ich zdaniem stoję już jedną nogą nad trumną i dziecko w tym wieku byłoby nieodpowiedzialnością. Ten brak zrozumienia boli mnie najbardziej. Przecież doskonale wiedzą, że jesteśmy silni, zdrowi i gotowi na tę nową dla nas sytuację. Sprawdzilibyśmy się jako rodzice, a naszemu dziecku niczego by nie brakowało. Pomijam sprawy finansowe. Nie zabrakłoby mu naszej miłości i zaangażowania w jego wychowanie. Pojawiły się głosy, że to wcale nie takie pewne, bo przecież w tym wieku jest coraz bliżej końca. Nie rozumiem takiego rozumowania. Niezależnie od tego, czy masz 20-kilka lat czy ponad 40, w każdej chwili może przydarzyć się coś nieplanowanego. Ciężka choroba, wypadek i znikasz. A dziecko zostaje. Rozumiem, że im starsi rodzice, tym niepewność jest większa i bardziej uzasadniona, ale wierzę, że jeszcze trochę pożyjemy. Zdążymy wychować nasze dziecko i zdążymy zobaczyć jego pierwsze kroki w dorosłość. Kto wie, może uda się jeszcze więcej. Dlaczego mamy nie spróbować?

Znajomi próbują mnie zniechęcać za wszelką cenę. Podstawowy argument – jak to będzie wyglądało? Ludzie będą pytać, czy starsza pani z niemowlakiem to jego babcia. Samo dziecko może mieć później wątpliwości. Przecież to totalna bzdura! Trzymam się całkiem nieźle. Zresztą, nie muszę nikomu niczego udowadniać. Będę jego kochającą mamą.

Kolejny argument – nie nadążysz za dzieckiem, bo nie masz już tyle siły. Podobnie ojciec, który nie da rady biegać za piłką i wspinać się po drabinkach. Może nie mamy 20 lat, ale przecież nie jesteśmy kalekami! Za 5 czy 10 lat także nie zamierzam położyć się i nigdy już nie wstać. Zrobię wszystko, by jak najdłużej zachować dobrą formę. W związku z problemami z naturalnym zapłodnieniem już zaczęliśmy. Ćwiczymy w domu, biegamy, zdrowo się odżywiamy. Oboje schudliśmy. Nieco ponad 40 lat to nie wyrok śmierci!

Z jednej strony nie chcę przejmować się zdaniem innych, ale z drugiej – siedzą mi w głowie ich opinie. Komentarze innych pozostawiają mimo wszystko jakiś ślad. Dlatego zależy mi na kolejnych – tym razem z Waszej strony.

Czy według Was, naprawdę jestem nieodpowiedzialna? Czy nastolatka z 60-letnią  matką to szczyt upokorzenia? Czy naprawdę wolałaby się nie narodzić, niż mieć nieco starszych rodziców? Czy pełna gotowość na macierzyństwo, nawet w tak późnym wieku, nie powinna być w tym przypadku najważniejsza?

Mam nadzieję, że wszystkie te wątpliwości nie zaważą na moim i mego męża podejściu do tej najważniejszej dla nas sprawy. Wciąż mamy w sobie mnóstwo energii i niespożytkowanej miłości. Codziennie modlę się o to, by leczenie i wszystkie kolejne kroki okazały się skuteczne.

Błagam Was tylko, nie powtarzajcie słów naszego znajomego: “Lepiej, żebyście kupili sobie pieska…”.