Narzeczona z internetu – dlaczego nie!

Polonijne to i owo Series sier 20, 2013 at 8:39 pm

Małżeństwo Mirka i Justyny rozpadło się kilkanaście miesięcy temu. Rozwód był tylko formalnością – młodzi ludzie nie mieli ani dzieci, ani wielkiego majątku. Po prostu w pewnym momencie i życia było im “nie po drodze”.

Kiedy Mirek został sam, zaczęła doskwierać mu samotność. Koledzy w pracy poradzili mu, by rozejrzał się za jakąś kobietą w internecie. Mimo wcześniejszych oporów, zarejestrował się na polonijnym portalu randkowym. Co z tego wyniknęło? Posłuchajmy Mirka…

Na początku pomysł moich kolegów wydawał mi się śmieszny. No, bo przecież nic mi nie brakuje, na powodzenie kobiet nigdy nie narzekałem. Dlaczego więc założyłem konto na internetowej stronie dla samotnych? Po pierwsze: z wygody. Nie muszę wychodzić z domu i szukać wiatru w polu. A w necie wybór przeogromny, trzeba tylko umieć szybko stukać w klawiaturę i nie przeciągać za długo rozmowy. Niepotrzebna mi przecież brzydka jak noc intelektualistka, która będzie mnie poprawiać na każdym kroku. Chcę normalnej dziewczyny, ładnej, zgrabnej i lubiącej się śmiać. I lubiącej seks, rzecz jasna. Miłość platoniczna to nie dla mnie, a na brak przyjaciół nie narzekam.

Więc zacząłem czatować. Odrzuciłem te wszystkie, które proponowały noc za pewną sumkę, skupiając się na tych, które deklarowały bezinteresowne uczucie czyste jak łza. Ale wystarczyło, żebym poprosił je o zdjęcie, a zaraz zaczynały się wyrzuty i obrażanie. A co w tym dziwnego, że nie chcę kupować kota w worku? Przecież wysłanie fotki to nic zdrożnego i żaden wielki akt odwagi. Zresztą, jak uznałem, że warto, to się odwzajemniałem swoją. I z tego też było wielkie halo. No bo jak to – „jeśli uznałem, że warto”? Powinienem rewanżować się bez względu na to, czy panienka ze zdjęcia mi się podoba, nawet jeśli jest strasznym pasztetem? O, co to to nie, moje drogie Panie. Masochistą nie jestem i nie marzę mi się takie zajęcie w przyszłości. Dla mnie sprawa jest jasna – przysyłasz mi zdjęcie, oglądam sobie ciebie, jak mi się spodobasz, odsyłam swoje, czekam na twoją reakcję, a jak jest ok, to się umawiamy.
Co do spotkań właśnie – to też za tym nie przepadacie. Mogłybyście godzinami gadać, opowiadać mi całe swoje życie, nie widząc własnego egoizmu i tego, że mój czas leci. Na problemy są telefony zaufania, a nie facet z sieci, który zagląda tu w wiadomym celu – żeby pannę poznać. Czyli wizualnie najpierw, a jak zaskoczy, to i popisać trochę można. Tylko bez przesady – jeśli tak jak ja chcesz znaleźć w necie partnera, po co to przeciągać? Lepiej od razu się umówić na kawę i zweryfikować swoje wyobrażenia przy bezpośrednim kontakcie.
Kobitki, z którymi pisałem, od spotkań uciekały. Mogłem pomyśleć sobie jedno: albo takie nieśmiałe są albo wysłały mi zdjęcie ślicznej koleżanki i obawiają się kompromitacji. Albo – kolejna kwestia – są już zajęte i szukały tylko fajnego gościa do pogadania w sieci.  Okazało się, że najbardziej chętne są…mężatki.

Chociaż nie… powiem Wam, że mężatki są pierwsze do spotkań. Znudzone mężusiem i dzieciakami chcą zaczerpnąć łyku świeżego powietrza, zanim się totalnie zestarzeją. Nie ukrywam – raz czy dwa skorzystałem z takich propozycji, ale po krótkim czasie miałem dość. Spotkania w tajemnicy dobre są dla nastolatków, ale dojrzali faceci wolą normalne, nie muszące się przed nikim ukrywać kobitki.
W końcu odpuściłem sieć. Ubrałem kurtkę, buty na nogi i poszedłem w świat, czyli na miejskie ulice, szukać tej jedynej. No, może nie jedynej, bo aż tak wielkich wymagań nie mam, ale przynajmniej normalnej, zdrowej na umyśle i ciele, panny.