Tato-mama

Polonijne to i owo Series grud 10, 2013 at 10:12 pm

Pan Janek ma 47 lat i samotnie wychowuje 14-letniego syna chorego na dziecięce porażenie mózgowe. Nigdy nie żałował swojej decyzji. Nie bał się samotnego ojcostwa. Był tak zajęty, że nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Posłuchajmy jego historii…

Czasem jestem potwornie zmęczony, ale wystarczy, że spojrzę w śmiejące się oczy Maciusia, i zaraz nabieram ochoty do życia. Nie wolno mi płakać, bo w oczach Maćka też zaraz pojawiają się łzy. Nie mogę się martwić, bo z troski o mnie syn nie sypia po nocach. Za to Maciek lubi, kiedy tryskam pomysłami, coś naprawiam, kiedy razem malujemy, robimy zakupy, sprzątamy. – A ja kocham, gdy Maciek zdrową ręką chwyta mnie za szyję i mocno przytula do siebie .

Mój syn urodził się 14 lat temu. Miesiąc przed terminem. Cierpiał na dziecięce porażenie mózgowe. Ważył 950 gramów, nie słyszał, nie ruszał się. Lekarze orzekli, że nie przeżyje trzech miesięcy. – Popatrzyłem na tę kruszynę i pomyślałem – synku, skoro ja wyszedłem z choroby, to i ty możesz. Zobaczysz, damy radę – wspomina pan Janek. On sam dwa lata przed narodzinami syna spadł z drzewa i poważnie uszkodził sobie kręgosłup. Resztę życia miał spędzić przykuty do łóżka. Ale nie poddał się i po półrocznej, intensywnej rehabilitacji wyszedł ze szpitala o kulach. Dlatego i wtedy, na sali noworodków, od razu zaczął ćwiczyć z synkiem. Najdelikatniej jak umiał masował jego mikroskopijne rączki.

Mama go unikała – niedługo po narodzinach syna wyprowadziła się z ich domu w Oakville. – Nie umiała być matką niepełnosprawnego dziecka. Unikała Maćka, wstydziła się wychodzić z nim na spacer, więc ja zostałem jego tatą i mamą. Przed wypadkiem byłem stolarzem, potem przeszedłem na rentę. – I to miało swoje dobre strony, bo zaopiekowałem się Maćkiem tak, jak tego wymagał. Nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Nie bałem się samotnego ojcostwa. Mówiąc szczerze, byłem tak zajęty, że nie miałem czasu się nad tym zastanawiać.

Całymi dniami ćwiczył z synem. Masował mu kręgosłup, wyginał dłonie, nogi i głowę. Uczył go raczkować i turlać się. Aż do bólu rąk utrzymywał go w pionie lub łaskotał. W przerwach przewijał, miksował zupki, parzył herbatki. A kiedy maluch zasypiał, prał, prasował, sprzątał i wymyślał kolejne zabawy. – Mama wychowała mnie tak, że w domu umiałem zrobić wszystko. A opieka nad Maćkiem sprawiała mi więcej frajdy niż cokolwiek dotąd. Jasne, czasem dał mi w kość, ale to był mój syn i nie mogłem wziąć od niego urlopu..

Mimo upływu lat pan Janek nadal spędza z synem 24 godziny na dobę. Cieszy się z każdego najmniejszego zwycięstwa nad jego chorobą i nigdy się nie poddaje. Nie załamał go wypadek. Nie przybiła choroba syna, odejście żony. Dzięki jego wytrwałości – codziennym ćwiczeniom i miłości – Maciuś jest dzisiaj bardzio żywiołowym chłopakiem. Budzi się o wpół do szóstej rano. Przytrzymując się jedną tylko, sprawną dłonią wspina się do metalowych uchwytów na ścianie i trzymając się ich prawie biegnie na wyginających się nogach do łazienki. Sam się myje i ubiera, a potem woła tatę. Donośnie, wesoło. Ale pan Janek zawsze budzi się kwadrans przed synem. Obaj ścielą łóżka. To znaczy tata ścieli, a Maciek pilnuje, czy robi to dobrze. Po pobudce godzina ćwiczeń, w pokoju wyposażonym jak sala rehabilitacyjna. Jest tu ogromna huśtawka służąca do rozruszania rąk i nóg Maćka. Drabinki, maty, pionizator, na którym wiesza syna do góry nogami, w ten sposób prostując mu kręgosłup. Jest też specjalne łóżko z bioptronową lampą do naświetlań. Po zajęciach śniadanie. Maciek śmiga na czworakach do kuchni i nim tata zdąży się obejrzeć, wyjmuje jedzenie z lodówki, wspina się na krzesło i z radosnym uśmiechem czeka za stołem tatę.

Maciek jest uczniem szkoły publicznej, ale uczy się w niej tylko dwie godziny dziennie.  Chętnie wykonuje każde polecenie, a kiedy coś mu się uda, to od razu chwali się tym przed tatą. Chłopiec mówi niewyraźnie. Słyszy dzięki aparatowi słuchowemu. Umie utrzeć warzywa na surówkę, ulepić pierogi czy zrobić ciasto na naleśniki. Pięknie pisze, zwłaszcza laurki dla taty. – Aż mi serce podchodzi do gardła, kiedy czytam kolejną kartkę dla „mojego ukochanego tato-mamy” – opowiada pan Janek. Nawet nie marzyłem, że mój syn kiedykolwiek coś dla mnie napisze. A teraz, proszę – wzruszony tata pokazuje wiszące na kuchennych szafkach kartki.

Pan Janek ma wolne tylko w czasie dwóch godzin lekcji syna. Ale nawet wtedy nie myśli o sobie. Zmywa, pierze, sprząta. Później idzie z synem na spacer lub zakupy. Raz w miesiącu – do restauracji.  - Nie mamy dużo pieniędzy, ale nie mogę z tego powodu zamykać syna w domu. Maciek musi wiedzieć, jak się zachować w miejscach publicznych. Musi być jak inni…mówi pan Janek, spoglądając z czułością na uśmiechniętego Maciusia…