Świeta nie dla wszystkich wesołe…

Polonijne to i owo Series grud 23, 2013 at 4:49 pm

Święta Bożego Narodzenia to szczególny czas pełen emocji, które towarzyszą ludziom od zawsze. Rodzinne ciepło, serdeczne spotkania przy światłach świec. Ale czy tak jest zawsze?

- No, to do zobaczenia, wesołych świąt, – w firmie na korytarzu wszyscy czule się żegnali i składali sobie życzenia. Mnie też udzieliła się świąteczna atmosfera. Nawet tu, w naszym zimnym, szarym biurowcu, pachniało dziś jakoś inaczej. Może to pierniki i ciasta, które każdy przyniósł do pracy? A może choinka, która migotała czerwonymi lampkami?

– Pa, Justynko, do zobaczenia – Bożena objęła mnie wpół. Ja biorę wolne między świętami a sylwestrem, więc zobaczymy się dopiero w nowym roku. Jedziemy do Meksyku – westchnęła z radością. A ty do mamy jedziesz? Bardzo chciałabym zobaczyć ten lasek na północy, o którym opowiadałaś. Śnieg skrzący na ziemi, białe czapy na sosnach – rozmarzyła się. – Ale tym razem ci nie zazdroszczę, bo ja się wygrzeję w meksykańskim słońcu.

– Pa – cmoknęłam ją, czując, jak cała radość i oczekiwanie gdzieś znikają. Nie chodzi o to, że ona jedzie do Meksyku, bo w tamte strony mnie akurat nie ciągnie. Gdybym miała sobie wymarzyć idealne święta, to właśnie z tym skrzącym śniegiem leżącym na polnych drogach, na świerkach i dębach. A ja patrzyłabym na nie przez okno domku, za moimi plecami trzaskałby ogień w kominku… Tak opowiadałam o swoich świętach Bożenie. I ona wierzy, że takie co roku spędzam. Prawda jest zupełnie inna.

No, może niezupełnie inna, bo rzeczywiście, widok z okna jest przepiękny. Park gęsto wysadzany drzewami, przy parkanie wielkie, wiekowe choiny. Gdy patrzę na to wszystko, to aż mi coś w duszy gra. Tyle że cała reszta nie ma nic wspólnego z moimi marzeniami. Ogień pali się bowiem nie w przytulnym salonie, ale w świetlicy domu opieki społecznej. Dom jest pięknie położony – w wielkim parku. To otoczenie w sumie pasuje do ludzi, którzy tu mieszkają. Do staruszków, żyjących w swoim własnym, nierealnym świecie.

Ten dom i ten park pasuje też do chorych na alzheimera. Oni również są tu na swój sposób szczęśliwi. Uśmiechają się do swoich myśli, może do wspomnień? Nie wiem, bo nie potrafią powiedzieć, o czym marzą. Tak właśnie uśmiecha się moja mama, błądząc po mojej twarzy nieprzytomnym spojrzeniem.

Jeżdżę do mamy raz w miesiącu. No i w święta. Nie zawsze udaje nam się przyjechać na Wigilię. Bo przecież ja też mam własne życie – męża, córkę, teściów. Kiedyś przyjechaliśmy tu wszyscy, całą rodziną. Nie było z tym problemów – dom jest duży, a na takie okazje otwierane jest dodatkowe skrzydło. Dla właścicieli ośrodka to czysty zysk – bo każdy z gości musi przecież zapłacić za siebie. I trzeba przyznać, że potrafią zadbać o atmosferę. Ale mnie przytłacza obecność tych wszystkich chorych. Z jednej strony są jak dzieci – nieporadne, szczere, niewinne. Ale z drugiej przecież wiem, że kiedyś mieli normalne rodziny, normalne domy i tylko jakieś fatum, jakiś pech sprawił, że teraz te rodziny ich już nie chcą.

Wzdrygnęłam się i powróciłam do rzeczywistości. Firmowe korytarze opustoszały, przy biurkach siedziało jeszcze tylko kilka osób. Ja też powinnam się zbierać. Co prawda, wigilia już cała przygotowana. Ciasta popiekłam, pierogi polepiłam i zamroziłam. Wczoraj jeszcze przygotowałam zupę grzybową. Wiem, że resztą zajmie się moja rodzina. Michał posprząta i nakryje do stołu, córka pewnie już ubrała choinkę. Usiądziemy z teściami do wieczerzy. Wczesnej, bo są proszeni na 16, żebyśmy potem mogli pojechać do mojej mamy.

Szłam do domu i wspominałam. Ile to lat moja mama już chorowała? Właściwie to nie wiem. Bo na początku udawałam, że nie widzę problemu. Owszem, gdy zapominała, co chce powiedzieć, albo jak nazywają się przedmioty, których na co dzień używała, to czułam, że coś jest nie w porządku. Sama nawet namawiałam ją na wizytę u lekarza. A kiedy lekarz powiedział mi, że to alzheimer – zamarłam. Tłumaczył, że nie powinna zostawać sama w domu, że trzeba jej pilnować, sprawdzać, czy wzięła leki… Zrozumiałam, że teraz moje życie zmieni się diametralnie. Musimy wziąć mamę do nas, bo nie może sama mieszkać.

Na początku jakoś sobie radziliśmy.  Przez trzy lata udało się jakoś funkcjonować. Co prawda, nie było łatwo. Nigdy nie wiedziałam, co zastanę w mieszkaniu po powrocie z pracy. Rozmawiałam z lekarzem, z mężem. Chciałam zatrudnić na stałe pielęgniarkę do domu. Mieliśmy pieniądze, bo wynajęliśmy mieszkanie mamy. Ale lekarz sugerował, że lepiej pomyśleć o domu opieki.
Długo nie mogłam się zdecydować. Ale kiedy mama pewnego dnia próbowała wyjść przez okno, a pielęgniarka z trudem ściągnęła ją z parapetu, zrozumiałam, że rzeczywiście nie mam wyjścia. Znaleźliśmy ten dom – otoczony pięknym parkiem. Obsługa jest miła, widzę, że mama jest tam na swój sposób szczęśliwa. Ma własny pokój, znajomych, gra z nimi w karty, chodzi na spacery, ogląda telewizję. Wiem, że mama ma tam naprawdę dobrze. Ale…

No właśnie. Nikt, poza moją najbliższą rodziną nie wie, że mama jest w domu opieki. Wstydzę się tego, że ją tam oddałam. Może i tego, że jest chora. Dlatego Bożena jest przekonana, że jeżdżę do mamy do jej prywatnego domku położonego pośród drzew. Nie wie, że te drzewa otaczają dom opieki społecznej…