Krokodyl idzie w morze – jesienny rejs Fazisi na Bermudy i St. Thomas

Polacy w Kanadzie grud 28, 2015 at 2:05 pm

zz kro820 listopada siedemnastoosobowa załoga, wyłoniona drogą rekrutacji z kilkudziesięciu chętnych, spotyka się w Nowym Jorku. O żeglowaniu wiedzą jeszcze niewiele. Chociaż przygotowania do rejsu rozpoczęli wczesną jesienią od spotkań orientacyjnych w marinie w Port Credit, choć znają podstawowe węzły, przeszli trening fizyczny i znają angielską terminologię żeglarską – nikt nie wie, co czeka ich na otwartym oceanie.

Listopad uważany jest za miesiąc idealny dla żeglarskich wypraw na Karaiby. Podręcznikowy, przewidywalny. Na Fazisi, pod oficjalną opieką Polish Yacht Association of America, wyruszają w dwutygodniowy rejs przez Bermudy na St. Thomas, wyspę należącą do archipelagu Amerykańskich Wysp Dziewiczych.

Wypływają w poniedziałek. Pierwsze fale, które wywołały lekkie przerażenie, pojawiają się w okolicach Breezy Point, gdzie rzeka Hudson wpada do Atlantyku.

- Słuchajcie, te fale, to tak jakby łabędź przepłynął, to jest nic – kapitan Michał Bogusławski uspokaja załogę, stawiają mały, przedni żagiel, zapada noc.

zz kro3

Następnego dnia stawiają grota, uczą się jak na Fazisi pracują żagle, jak zgrabnie je zrzucić, jak szybko wciągnąć na maszt, do czego służą wszystkie szoty i foki. W Nowym Jorku, hulające w zatoce, zbyt silne wiatry, nie pozwoliły na odpowiedni trening, a Fazisi to wymagająca łajba – spinaker ma wielkość kortu tenisowego, a sam jacht mierzy 83 stopy długości . Niespodziewanie przychodzi niż. Trzyma trzy i pół dnia. Wiatr sięga czterdziestu pięciu węzłów (około 80 km/h). Natura wie swoje, tegoroczne anomalie pogodowe nijak się mają do podręczników żeglarstwa.

Szkwały przetaczają się ołowianym, ciężkim od chmur, niebem, Fazisi musi iść pod wiatr, pod dużą, budującą się sukcesywnie falę, sięgającą nawet i dziesięciu metrów.

zz kro6

Warunki są ciężkie – dla tych, którzy w morze wyszli pierwszy raz – świetna szkoła i sprawdzian charakterów. Jednym dokuczają problemy żołądkowe, inni tracą równowagę na chyboczącej się, skaczącej po grzywach fal, łodzi. Po dwóch dniach jednak chodzenie po pokładzie zaczyna wchodzić im w krew, dostają „morskich nóg” i od tej pory poruszają się z kocią gracją, błyskawicznie potrafią przypiąć się do jachtu, sprawnie wypoziomować koję przy przechyłach.

Zanim uspokoi się ocean, muszą przejść przed Golfsztrom, płynący z południa ciepły prąd, zazwyczaj niosący obietnicę lekkiego dryfu i bogatych połowów ryb, ale przy północnych wiatrach, które uparcie towarzyszą załodze Fazisi – groźbę ogromnych fal. Płyną więc wzdłuż kontynentu amerykańskiego, trzysta mil od brzegu, by przekroczyć Golfsztrom w możliwie najwęższym miejscu.

Kiedy pogoda trochę się uspokaja wciągają na maszt spinakera, żagiel, który wymaga siły ramion dziesięciu żeglarzy. Bezpiecznie dopływają na Bermudy. Cali, zdrowi i szczęśliwi, chociaż niektórzy mieli wątpliwości, czy w tych szkwałach na pewno trafią. Goszczą w Royal Bermuda Yacht Club, tańczą na stołach, piją rum i świętują.

zz kro2Prawdziwi żeglarze piją tylko na lądzie. Na morzu, podczas rejsu, kapitan Bogusławski pozwala wyłącznie na kieliszeczek rumu, tak przy niedzieli. Tradycja nakazuje też toast na kei przed wyjściem w morze oraz po zakotwiczeniu w porcie przeznaczenia. W pierwszej kolejności leje się dla Neptuna, za łódkę i za sprzyjające wiatry, potem dla załogi.

Po dwóch dniach postoju na Bermudach Fazisi rusza w kierunku Amerykańskich Wysp Dziewiczych. Tu też wiatry nie rozpieszczają nikogo, załoga nadkłada ładnych paręset mil morskich, halsują – raz płyną na Maroko, raz na Cape Town, to znów z powrotem na Nowy Jork. Godziny się dłużą, dłużą się mile, kapitan obawia się, że zabraknie im jedzenia i propanu, wprowadza pewne ograniczenia – herbata, kawa i ciepłe posiłki tylko rano i wieczorem, w ciągu dnia suchy prowiant.

zz kro1

Mimo tego, załoga nadal je wyśmienicie – na amerykańskie dożynki (Thanksgiving) wsuwają indyka, jest pieczona baranina, gotowana kura, ryż, jogurt i musli na śniadanie, a największą furorę robią świeże, własnoręcznie złowione ryby, przede wszystkim tęczowe mahi-mahi, które ogłupia się (zbędnym na łajbie) alkoholem, by nie rzucały się po pokładzie. Urywa się z żyłki ogromny marlin, a może tuńczyk.

W kuchni króluje Lucy i Kamyk. Lucy pływała już z Krokodylem, ma doświadczenie. Zaprowiantowała jacht w Nowym Jorku, wie jak rozdysponować pożywienie, żeby nikomu nie dokuczał głód i żeby nie zabrakło. Żartuje, że Kamyka, który jej pomaga, należałoby sklonować. Tworzą świetny zespół, w którym miejsce znajduje także Natalka. Jedna z czterech wacht gotuje cały dzień, trzy sterują po cztery godziny dziennie, każdy ma okazję zobaczyć wschód i zachód słońca, które na otwartym morzu są niezapomniane, wręcz magiczne.

zz kro4Przygód nie ma końca. Darek, który bardzo ambicjonalnie podchodzi do wędkarstwa, zgłasza się jako jedyny, na ochotnika, gdy trzeba wyleźć na kilkunastometrowy maszt i uporządkować splątane liny. Rysiek i Paweł dokumetują wszystkie chwile na filmach i zdjęciach, fotografią bardziej artystyczną zajmuje się Jasiek. Za aspekty medyczne i ewentualną (na szczęście niepotrzebną) pierwszą pomoc odpowiada Krystyna.

Dwóch Adamów osiąga najlepsze rezultaty w sterowaniu przez piętrzące się fale. Andrzej z Nowego Jorku uczy resztę załogi węzłów. Grzesiek, bosman na Fazisi, jest odpowiedzialny za całą maszynerię, Krzysiek za elektronikę i komputery. Radek z uśmiechem pomaga przy żaglach, Bolek najchętniej stoi za sterem, a Leszek okazuje się być największym koneserem nocnego nieba.

zz kro7Kiedy lina grubości ludzkiego uda wkręca się w śrubę – Krokodyl nurkuje, żeby ją odciąć. Hymnem rejsu zostaje znany szlagier „Miała matka syna”, kapitan bowiem katuje nieszczęsną załogę składankami disco polo. Wkrótce wszystkim chodzą biodra w rytm „Jesteś szalona”.

- Klasyki nie działały, puściłem „Wish you where here” to siedzieli jacyś tacy smutni, zasępieni. A jak puściłem disco polo to mnie krytykowali, mówili że szmira, a najlepiej działało, zaraz się wesoło robiło – opowiada Krokodyl.

W drodze na St. Thomas jest już znacznie łatwiej – zrzucają i wciągają żagle, znają wszystkie liny, łapią żeglarskiego bakcyla. Luz blues. Początkowo każdy ma swój kubek, którego pilnuje jak oka w głowie, pod koniec nikt już nie pamięta, który był czyj. Problematyczne jest korzystanie z łazienki – jak tu ściągnąć spodnie jedną ręką? (drugą musisz się trzymać, jacht chodzi nieustannie). W kuchni tańczą garnki i talerze, gotowanie wymaga nie lada akrobatyki.

- Kiedy dopłynęliśmy do celu załodze było żal, że nasz rejs się kończy. Zaczęło się dla nich inne życie. Zrozumieli, jak ogromny jest ten nasz ocean, jacy my jesteśmy malutcy w porównaniu do jego potęgi, do odległości, sił natury, przestrzeni, do tych fal. Pływałem dużo i nawet z mojego punktu widzenia te fale były naprawdę poważne. Przeważnie niże są krótkie, jednodniowe, dobowe, nam się budowały przez ponad trzy dni – wspomina przy kawie kpt. Bogusławki. - Zachwycali się niebem (tym nocnym szczególnie, bo tylko na otwartym morzu i na Saharze można zobaczyć tyle konstelacji, spadających gwiazd, sputników, niektórzy wiedzieli nawet UFO J), zmianami barw oceanu; wschody i zachody slońca były najchętniej fotografowane. O takiej załodze można pomarzyć, cieszę się, że udało mi się zebrać takich ludzi. Wszyscy chcą wrócić na morze. To ogromna radość i satysfakcja. Ten jacht nie jest łatwy, a ja osobiście najbardziej bałem się huraganów, obserwowałem chmury. Ten rok jest wyjątkowy, ze względu na El Niño. Udało się. Daliśmy radę.

zz kro9

Fazisi stoi na kotwicy przy St. Thomas. Kapitan Bogusławski planuje kilka rejsów w akwenie Morza Karaibskiego oraz (chwilę po Nowym Roku) spotkanie w polskim konsulacie podsumowujące rejs. A przygoda dopiero się zaczyna. Dla tych, którzy wrócili i dla tych, którzy w przyszłości wypłyną w morze z Krokodylem.

Kaja Cyganik

 

zz kro5Michał Bogusławski - kapitan jachtowy żeglugi wielkiej, podróżnik, instruktor narciarski.

Opłynął jachtem prawie cały świat (Atlantyk, Ocean Indyjski i ¾ Pacyfiku, kilkanaście lat żeglował po wodach Wielkich Jezior).

Autor książek: “Sterując na gwiazdy”, “99 węzłów pod Hornem” oraz wielu artykułów dla polskiej prasy żeglarskiej i podróżniczej.

Jako pierwszy doprowadził polski jacht to stałego lądu Antarktydy.

Wielokrotnie nagradzany, człowiek wielu talentów i pasji, posiada niezwykły dar zjednywania sobie ludzi i rzadko spotykaną radość życia.