Ten, Który Chodzi Nocą (cz. 3)

Odkrywanie Kanady grud 28, 2015 at 2:58 pm

zz grey10 Ciąg dalszy słynnej historii „białego Indianina”, kanadyjskiego pisarza pochodzenia brytyjskiego, jakiego znamy jako Szara Sowa.

Zima 1928-29 była dla nich ciężka. Upolowany kozioł rozwiązał sprawę zaopatrzenia, ale zwierząt futerkowych nie było prawie wcale, a to równało się niemożności spłacenia kredytu zaciągniętego w Cabano. Pozostawało jedno rozwiązanie – zabicie czterech bobrów, należących do jedynej kolonii na tym terenie. Ich skóry wystarczyłyby na pokrycie długu.

Archie czuł, że będzie musiał złamać dane sobie przyrzeczenie, chociaż zabicie jedynych bobrów w okolicy równało się unicestwieniu związanych z nimi planów. W parę dni później poczynił przygotowania i sidła zostały zastawione. Odwrócił się już, by odejść, gdy nagle z wnętrza żeremi dotarł do niego cichy odgłos – drżący, płaczliwy głosik. Znieruchomiał. Anahareo usłyszała go także.

“Takie same, jak nasze.“ – powiedziała. Zupełnie takie same.”

Pędem zawrócił do sideł. Odłamał gruby sopel lodu i wraził go w rozwarte szczęki. Nie zamienili ani jednego słowa. Zebrali żelaza i ruszyli do domu.

Od tej chwili całkowicie porzucił traperstwo.

zz grey4Spoglądał teraz na otaczający go świat oczyma uważnego obserwatora i świat ten dostarczał fascynujących wrażeń. Zima nie była zbyt sroga i zwierzęta przejawiały dużą aktywność. Anahareo zaprzyjaźniła się z piżmowcem, który często odwiedzał przeręblę do czerpania wody. Otrzymał on imię Falstaff i z czasem zaczął przychodzić na wołanie po zanoszony przez nią poczęstunek. Oprócz niego zadomowiły się przy ich chacie dwie wiewiórki, tuziny ptactwa, czatującego nieustannie na bezpłatny obiad i młody jelonek, który oswoił się tak, że paradował spokojnie pod ścianami domu, nie przejawiając najmniejszych obaw na widok kręcących się ludzi. Dzięki tej menażerii odludne miejsce zdawało się tętnić życiem, a przy tym czuli się pełnoprawnymi obywatelami futrzastej i pierzastej społeczności.

Mimo zajęć, dni były monotonne. Dla zabicia dłużącego się czasu zaczęli wspólnie czytać magazyny zaprenumerowane w Anglii i wkrótce stało się to ich główną rozrywką. Znajdowało się w nich sporo artykułów poświęconych tematyce przyrodniczej. W czasie tej lektury Archie często dopisywał na marginesach komentarze na temat nieścisłości informacji, popierając uwagi zaczerpniętymi z doświadczenia spostrzeżeniami. Po pewnym czasie zaczął też spisywać wspomnienia z dawnych dni, zapomniane już prawie historie, zdarzenia i stare baśnie opowiadane przez Anahareo. Bawili się przy tym znakomicie, czytając wielokrotnie powstałe kroniki, nanosząc poprawki i uzupełnienia, dopisując objaśnienia i przepisując całość od nowa. Powstał z tego artykuł liczący około 8 tysięcy słów. Starannie zapakowali go razem z 50 fotografiami do paczki i Archie odbył marsz do miasteczka, aby wysłać ją do ekskluzywnego wydawnictwa „Country Life” w Anglii.

Anahareo

Anahareo

W czasie czterdziestomilowego spaceru można wiele przemyśleć. W drodze powrotnej zaczęła w nim kiełkować myśl, że jego plany nabierają realnych kształtów. Już nie żałował spontanicznego spuszczenia sideł. Decyzja była ostateczna i nieodwołalna. Bobry, wiewiórki, ptaki, piżmowiec, młody jelonek – wszystkie stworzenia, wśród których spędził ostatnie miesiące, stanowiły fascynujące studium. Żywe były daleko zabawniejsze niż martwe, więc niewykluczone, że pisanie o nich przyniesie o wiele więcej, niż były warte ich nieszczęsne skóry. Zdawał sobie sprawę, że tak radykalna zmiana wymaga więcej, aniżeli tylko doraźnej odwagi, ale doszedł do wniosku, że “jeśli człowiek wierzy, iż jest zdolny zrealizować swoje zamierzenia, uczyni wszystko, na co go stać, oddając się temu całym sercem, i wytrwa, może osiągnąć niemal każdy rozsądny cel.“ (Grey Owl; Pilgrims of The Wild)

Zbliżały się święta. Dotychczas zawsze był zbyt zajęty łowami, by świętować Boże Narodzenie; ograniczał się do nie zabijania w tym dniu. Teraz, będąc “ojcem rodziny“, postanowił, że uczczą je radośnie. Efekt kilkudniowych wysiłków był imponujący. Ściany chaty ozdobiły własnoręcznie wykonane dekoracje, a w Wigilię w rogu izby postawili choinkę. Na jej gałązkach zawisły kawałki jabłek, cukierki i trochę łakoci ze stołu. Bobry przyglądały się tym ceremoniom bez szczególnego entuzjazmu, ale wkrótce przybiegły, zwabione zapachem smakołyków i zabrały się za poczęstunek. Anahareo i Archie zasiedli przy stole i, jedząc, patrzyli na nie. Rozkoszując się nastrojem tego wieczoru, wznieśli toast za oszczędzoną rodzinę bobrów po drugiej stronie jeziora, za zaprzyjaźnionego piżmowca, wszystkie ptaki i czworonogi, za McGinnisa i McGinty, i za dobrego Francuza z Cabano, który podarował im wino.

Krótko po świętach zawitał do nich dawny przyjaciel, Indianin zwany Dave White Stone. Wczesną wiosną Archie zostawił wszystko pod jego opieką i razem z Pony wyruszył do Cabano. Na poczcie zastali czek z „Country Life” za opublikowany w magazynie artykuł “ The Falls of Silence “. Były to pierwsze pieniądze zarobione piórem. Wraz z czekiem przyszedł list od wydawcy z zapytaniem, jak postępuje pisanie. Wydawca przypominał również, iż oczekuje na więcej materiałów, oraz nadmienił, że “Falls of Silence “ odznaczają się wyjątkową wiedzą na temat życia zwierząt i umiejętnością opisywania ich psychologii. “A.S. Belaney musi być człowiekiem wykształconym i biegłym we władaniu piórem.” – dopisane było na końcu. Napełniło ich to otuchą.

zz grey13Bobry miały już prawie rok i osiągnęły wiek, w którym w naturalnych warunkach rozpoczynałyby samodzielne życie. Dave chciał podjąć pracę w tartaku w Cabano, więc zdecydowali, że na lato przeniosą się nad jezioro Touladi, gdzie zaprzyjaźniony urzędnik zaofiarował im niezamieszkaną chatę. Nazwali ją “ Half-way”, ponieważ znajdowała się po drodze do niewiadomego jeszcze miejsca, do którego podążali. W pobliżu niej, obok opuszczonych żeremi, bobry wybudowały sobie własny domek, ale zjawiały się codziennie o świcie i głośno domagały się otworzenia drzwi. Wpuszczone, wskakiwały do łóżka i usypiały, by obudzić się około południa i powrócić do własnych zajęć. Jednakże pewnego dnia pojawiły się dopiero o zmierzchu, wykazując wielkie podniecenie, po czym zawróciły ku jezioru, odpłynęły i znikły w zapadającym mroku. Przeciągły, żałosny głos, jaki dotarł do Anahareo i Archiego z ciemności, był ostatnim pożegnaniem. Nie zobaczyli ich już nigdy więcej.

Z początku kurczowo trzymali się nadziei, że „Micki” powrócą. Kiedy jednak upływały dni i nie trafili na żaden ślad, atmosfera w chacie stała się nieznośnie ciężka. Pony straszliwie zmizerniała, chodziła zapłakana i nie spała po nocach. Nie chciała nawet słyszeć o przerwaniu poszukiwań. Jeszcze dotkliwiej odczuł stratę Archie. „Micki” wpłynęły na całkowitą zmianę jego życia – myśli, dążeń i nadziei, będących motorem napędzającym wszelkie działania człowieka. Przyszłość znów wydawała mu się pozbawiona perspektyw.   Żywił przy tym uzasadnione podejrzenia, że, oswojone i pozbawione lęku przed ludźmi, stały się łatwym łupem kręcących się w okolicy myśliwych. Widząc to wszystko, pewnego dnia Dave nadmienił od niechcenia, że jemu również brakuje obecności bobrów.   Nazajutrz zaś oboje z Pony znikli z chaty. Przedarli się przez puszczę do odległych o 25 mil żeremi, gdzie Dave widział wcześniej bobry. Było to w okresie przychodzenia na świat młodych i w domku znajdowały się 4 młode. Dwoje z nich zabrali. Jedno ze szczeniąt nie przeżyło drogi. Drugie, samiczka, początkowo również nie rościło wielkich nadziei na przetrwanie, ale desperacko trzymało się życia. Łakomie piło mleko i po kilku dniach zaczęło wykazywać wzmożoną energię.

Filmowi Grey Owl i Anahareo z filmową Jelly Roll

Filmowi Grey Owl i Anahareo z filmową Jelly Roll

Archie nazwał ją Jelly Roll i w przyszłości zyskała sobie ona międzynarodową sławę. Jelly obdarzyła go głębokim przywiązaniem. W parę lat później, kiedy zachorował na zapalenie płuc i był bliski śmierci, wdrapała się na łóżko i nie opuściła go, dopóki kryzys nie minął.

Lato 1929 roku upłynęło spokojnie, ale zasoby finansowe były na wyczerpaniu. Do tej pory utrzymywali się z pieniędzy, które Archie otrzymał za artykuł wydrukowany w „Country Life”. Obecnie wydawca ponaglał go do napisania książki w oparciu o te same materiały, ale nadal nie został sporządzony żaden kontrakt. Wszystkie ichrozmowy dotyczyły teraz przyszłości. Ostatecznym celem było stworzenie sanktuarium bobrów, ale zniknięcie McGinnisa i McGinty stanowiło przestrogę, że okolice Temiscouaty nie były odpowiednim miejscem. Pozostanie tu nie miało zatem sensu.

zz grey11   Dave i Anahareo nigdy nie zrezygnowali z marzeń o znalezieniu żyły złota. Ich zapał udzielił się Archiemu i wszyscy troje zaczęli studiować mapy, zgłębiać tajniki geologii i utwierdzać się wzajemnie w przekonaniu, że, przy odrobinie szczęścia, natrafią w końcu na przysłowiowy garniec skarbów. Ich Eldorado miały stać się tereny położone na północ od Rouyn. Jelly Roll będzie się tam czuła równie dobrze, a Archie może pisać wszędzie. Jedyną trudność przedstawiało zdobycie pieniędzy na podróż. W czasie tych rozważań na scenę wkroczył ich stary przyjaciel z Cabano, Billy Graham. Czytał on niektóre szkice Greya Owla i stwierdził, że byłyby one dobrym materiałem na prelekcję. W odległości około 200 mil znajdował się modny ośrodek turystyczny, Metis-sur-Mer, znany jako Mateece, odwiedzany głównie przez zamożnych montrealczyków i Amerykanów. Jego zdaniem, bez trudu udałoby się zorganizować tam spotkanie i wygłosić wykład na temat bobrów, przedstawiając Jelly Roll jako żywy przykład tego, co można zdziałać, podchodząc do dzikich zwierząt łagodnie i z sercem.

Podróż była długa i kosztowna. Po przybyciu na miejsce, przez następne dwa tygodnie koczowali pod namiotem przez nikogo nie zauważani. Próby nawiązania kontaktów i wzmianki o ewentualnej prelekcji spotykały się z całkowitym brakiem zainteresowania. Dopiero po pewnym czasie ktoś zwrócił uwagę na “Indian z oswojonym bobrem“. Na wzmiankę o tym, przewodnicząca Klubu Pań złożyła im wizytę, przeczytała zapiski Greya Owla, przychylnie oceniła zawarte w nich myśli, po czym dała hasło do działania. Wieczorna prelekcja została zaaranżowana w Grand Hotelu Pod Metysem. O oznaczonej godzinie stawili się na miejscu. Archie był sparaliżowany tremą i czuł się, jak to potem określił, „niczym wąż, który połknął sopel lodu – zamrożony od końca do końca“. Nie wiedział jeszcze wówczas, że właśnie trafił na garniec dukatów, którego zamierzali szukać wśród skał Dalekiej Północy. Zapadła cisza. Kilkusetosobowa publiczność patrzyła na niego sceptycznie. Słuchając słowa wstępnego, oceniano, czy warto było przybyć. W miarę, jak rozwijał temat, słuchali coraz uważniej, z początku prawie wbrew własnej woli. Miał zabawny sposób przedstwiania zwierzaków – prawie jakgdyby mówił o istotach ludzkich.

Grey Owl podczas jednej ze swoich prelekcji

Grey Owl podczas jednej ze swoich prelekcji

Nagle uderzyło ich to, co zawsze podświadomie odczuwali – lekkie zakłopotanie spowodowane uczuciem wstydu za przeprowadzane na nich egzekucje i potrzebę uczynienia czegoś w tej sprawie. Nie pozwolił jednak słuchaczom na popadanie w sentymentalne rozważania. Mówił teraz o Indianach i ich naturalnej więzi ze światem lasów, skał i wód, które odwiedzającym dostarczają wakacyjnych wrażeń. Dawał praktyczne wskazówki, jak rozpalić ogień w czasie zamieci, rozpiąć zimą namiot, radzić sobie w chwilach nieprzewidzianych niebezpieczeństw, które dla amatorów mogłyby skończyć się śmiercią. Było to jego pierwsze publiczne wystąpienie i przez kilka pierwszych minut czuł się skrępowany.

Szybko jednak porwały go jego własne słowa. Indianin Grey Owl mówił o tym, co było treścią jego życia – pieśni głuszy: “My, Indianie, słyszymy ją w odgłosach burzy i w ciszy wieczoru; w porannym świergocie ptaków i w melancholijnym wołaniu nura dochodzącym z dala nocą. Faluje minorowymi kadencjami indiańskich śpiewów i nabrzmiewa głębokimi nutami organów dotykanych pieszczotliwie ręką mistrza; szemrze głosem sennych strumieni, pomrukuje szumem rwących rzek i dźwięczy nigdy nie milknącym dzwonem fal uderzających o brzegi jezior. Każda nuta z osobna i wszystkie one razem płyną z harmonii natury; przypadkiem trącone struny tworzą potężną Symfonię Nieskończoności, która rozlega się nieprzerwanym echem w korytarzach czasu.“ – powiedział na końcu. (Lovat Dickson; “Wilderness Man. The Strange Story of Grey Owl”)

Gdy zakończył, rozległy się serdeczne, długie oklaski.   Jeden ze słuchaczy powstał, wygłosił podziękowanie i powiedział, że to, co usłyszeli, nie było prelekcją lecz poematem. Słowa te spotkały się z głośnym aplauzem.   Przeprowadzona przez organizatorów zbiórka przyniosła im 700 dolarów – więcej niż kiedykolwiek przedtem posiadali jednorazowo. Prelekcja dała im znacznie więcej, aniżeli tylko doraźne uwolnienie od finansowych obaw. Dała im pewność siebie. Dotąd byli ignorowani, teraz stali się centrum uwagi. Wiele osób przychodziło zobaczyć Jelly Roll, zaś miejscowy instruktor skautów zwrócił się do Greya Owla z prośbą o wygłoszenie kilku wykładów na temat zachowania się w lesie. Przyjechali bez grosza, przez nikogo nie dostrzegani; teraz trudno im było wyjechać. Kolejne organizacje chciały, by wygłaszał prelekcje i liczne grupy wyrażały zainteresowanie planami utworzenia sanktuarium bobrów. Tymczasem Anahareo i Archie pragnęli jak najszybciej rozpocząć podróż na północ. Chcieli uciec od miejsca bolesnych wspomnień i rozpocząć nowe życie.

W 24 godziny po powrocie do Cabano obóz był już zwinięty, a bagaże – włącznie z Jelly umieszczoną w pudle z wentylacją – przeniesione na stację.   Jednakże na peronie, w czasie oczekiwania na pociąg, zaczęły ich ogarniać wątpliwości: Co będzie, jeżeli po lecie spędzonym „na dziko” Micki powrócą i nie zastaną nikogo? Najpierw Pony, a następnie Archie orzekli, że wszyscy troje nie mogą wyjechać. Micki mogą powrócić, a Jelly mogłaby nie przeżyć podróży. Poza tym, nie ma żadnej pewności, że znajdą złoto. Archie nienawidził zresztą tych poszukiwań; chciał rozpocząć pisanie książki. W końcu Pony zgodziła się pojechać z Davem i wrócić z nadejściem mrozów. Podzielili między siebie bagaże, a gdy pociąg odjechał, Archie stał samotnie na peronie ze zwiniętym namiotem, strzelbami, naczyniami do gotowania i pudłem, w którym spała beztrosko Jelly Roll. Poczuł się osamotniony, lecz nie trwało to długo. Jelly Roll instynktownie wyczuła jego przygnębienie i jakgdyby chcąc mu matkować, obróciła na niego wszystkie swoje uczucia. Była wyjątkowo inteligentnym przedstawicielem swego gatunku, przewyższając pod tym względem McGinnisa i McGinty, których zachowanie zdawało się często pozbawione sensu i celowości. „Micki” przypominały małe dzieci, którym brakuje matki. W tym samym wieku Jelly była całkowicie niezależna. Człowiek był dla niej towarzyszem – byli na równych prawach. Zdarzały się chwile, kiedy chciała, by ją szczotkować i poświęcić jej uwagę, albo układała się do snu z głową na jego kolanie, ale przez resztę czasu traktowała go jak drugiego bobra.

Nie mając canoe, musiał do oddalonego o 10 mil od Cabano obozowiska dojść pieszo. Niesienie pudła skonstruowanego z myślą o podróży pociągiem było niepodobieństwem, więc wsadził Jelly do plecaka. Pledami okręcił się dookoła, a na ramionach zawiesił naczynia do gotowania i torbę z prowiantem. Na szczycie tego ładunku, w plecaku, siedziała Jelly, rozglądając się ciekawie po okolicy, pomrukując coś do siebie i bawiąc się dla rozrywki jego długimi włosami.

Jezioro w pobliżu Elephant Mountain, nad którym Archie postanowił przezimować, zapewniało Jelly Roll wszystko, czego jej było potrzeba. Miała teraz 5 miesięcy i odzywał się w niej intynktowny impuls do przygotowania się do zimowej hibernacji. Nigdzie w pobliżu nie było innych bobrów. Około pół mili od chaty odkryła opuszczoną jamę. Przy pomocy błota, patyków i mchu nareperowała zniszczenia i wymościła wnętrze czystymi wiórami. Wszystko wskazywało na to, że będzie to jej zimowa siedziba. Jednakże pragnęła jednocześnie towarzystwa człowieka.   Początkowo opuszczała swoje legowisko po kilka razy w ciągu nocy i drapała do drzwi, żeby ją wpuścić do środka.   Kiedy jezioro pokrył lód, zamykając wejście do jej domku, Archie chodził ją odwiedzić. Wynurzała się wtedy, demonstrując zadowolenie podrygami i radosnym popiskiwaniem. Kiedy zrobiło się zbyt zimno, aby przesiadywać nad wodą, wpadł na pomysł, żeby przenosić ją w pudle do chaty. Po parogodzinnej wizycie powracała do jeziora i płynęła pod lodem z powrotem do siebie.

Grey Owl karmiący 2 osierocone młode łosie

Grey Owl karmiący 2 osierocone młode łosie

Pewnej nocy wróciła jednak do niego samodzielnie i gdy obudził się rankiem, leżała obok z głową na poduszce. Zdecydowała, że spędzi z nim zimę pod jednym dachem i zaczęła “urządzać“ chatę wedle swoich upodobań i potrzeb. Było to wydarzenie bez precedensu i napawało Archiego dumą, niemniej nie obyło się bez ostrych starć, gdyż w grę wchodziła sprzeczność interesów. Wygryzienie przez nią dziury w podłodze i kopanie tunelu pod jedną ze ścian, mające na celu przygotowanie sypialnych pomieszczeń, oraz zarzucenie części podłogi błotem, nie było Archiemu w smak i próbował protestować, ale postawiła na swoim i po wyschnięciu błota, powstał z niego deptak, łączący jej domek z dostarczonym przez Archiego galwanizowanym zbiornikiem na wodę umieszczonym w drugim otworze. Roboty budowlane nie skończyły się na tym. Żeby zapobiec przeciągom, Jelly kradła wszystko, co wpadło jej w łapy, z pledami Grey Owl włącznie. W końcu jednak doszli do porozumienia i oboje byli przygotowani do zimy – ona do zmodyfikowanych zimowych zajęć, on zaś do rozpoczęcia pisania historii swojego życia, o którą prosiło wydawnictwo „Country Life”. W książce „Pilgrims of the Wild”, którą napisał w kilka lat później, opisom utarczek z Jelly i spostrzeżeniom poczynionym podczas wspólnego z nią zimowania poświęcił cały rozdział. Nosi on tytuł „Jak Królowa i ja spędziliśmy zimę” („How the Queen and I spent the Winter”).

zz grey3Jego czas i myśli wypełniały obserwacje “Królowej“, jak żartobliwie zaczął nazywać Jelly. Był zdumiony jej zamiłowaniem do porządku i licznymi umiejętnościami. Najbardziej jednak uderzała go jej niezależność. Nie był jej “panem“, bytowali obok siebie na prawach partnerskich. Rankiem, przyglądając się jej codziennym porannym zabiegom – znoszeniu brzozowej kory i odświeżaniu legowiska – siadał przy stole i próbował pisać. Nie mógł jednak pokonać blokady, istniejącej często nawet wówczas, gdy pisarz ma już w myślach treść całej książki. Był to odwieczny problem znalezienia odpowiedniego tonu i napisania wstępu, który wzbudzi zainteresowanie czytelnika. Wprawiało go to w niepokój i frustrację, pogłębione dodatkowo obawami o Anahareo, od której od dawna nie miał wiadomości. Któregoś dnia, gdy kolejny raz zasiadł przy stole przed stertą czystych kartek papieru i nie mógł z pióra wykrzesać ani słowa, nie wytrzymał nerwowo. Zostawiwszy obóz pod opieką znajomego, na którego ziemi znajdowała się chata, załadował tobogan i wyruszył w kierunku Birch Lake z zamiarem odwiedzenia „Domu McGinnisa”, gdzie, za namową Pony, po latach przerwy znów podjął próby literackie zakończone sukcesem artykułów w „Country Life”.   Odległość wynosiła 30 mil. Idąc zamarzniętą rzeką, pokonał drogę znacznie szybciej niż poprzednio. Kiedy dotarł do opuszczonej chaty i otworzył drzwi, ujrzał w półmroku relikty szczęśliwej przeszłości. Drewniane popiersie Indiania, które własnoręcznie wyrzeźbił nożem, pokrywał kurz, a w kącie leżała przewrócona, wyschnięta choinka. Przez pewien czas siedział nieruchomo na ławie pogrążony w melancholii. Po pewnym czasie jednak przypływ wspomnień rozproszył przygnębienie i nagromadzone uczucia znalazły ujście w pisaniu. W ciągu dwóch wieczorów napisał dwa opowiadania, które stały się trzonem książki pod odzwierciedlającym jego tęsknotę za przeszłością tytułem – “The Vanishing Frontier“. Z zasobem obudzonych wspomnień powrócił do obozowiska nad Elephant Mountain Lake i zasiadł do dalszego pisania. W 4 miesiące później, 5 lutego 1930, wysłał do „Country Life” list z zawiadomieniem, iż ukończył książkę. Poprzez przyjaciół z Cabano znalazł osobę, która podjęła się przepisania całości na maszynie. 19 marca zasiadł do napisania długiego listu, z zamiarem dołączenia go do wysyłanego rękopisu.

Grey Owl nigdy nie był tak szczery, spontaniczny i bezpośredni, za jakiego pragnął uchodzić. Jego zabawny list był starannie obliczony na określony efekt – przedstawienie się wydawcy w takiej postaci, w jakiej miał go sobie przedstawić przyszły czytelnik: “W załączeniu maszynowa kopia mojego rękopisu. Żywię szczerą nadzieję, że zły układ paragrafów i błędy w interpunkcji i ortografii oraz ogólne wielkie niechlujstwo nie wzbudzą waszej niechęci do mojej książki, o ile oczywiście znajdziecie czas na jej przejrzenie… “ Robił wszystko, aby wywołać wrażenie, że rękopis wyszedł z serca puszczy, a jego autor zaledwie umie pisać.

zz grey2Sukces książki miał polegać na tym, że została ona napisana przez wywodzącego się z głuszy „mieszańca”, nie posiadającego wykształcenia i nieporadnego w sprawie przedstawienia materiałów do druku. Aby to osiągnąć, musiał wykorzenić istniejący w wyobraźni wydawcy obraz człowieka z dobrej rodziny, opisującego traperskie przygody w Kanadzie, i zastąpić go wizerunkiem Metysa, obdarzonego być może nieprzeciętną elokwencją, lecz prymitywnego. Zapewne dobrze się bawił, pisząc: “ Tak sobie myślę, że może mnie nie trzeba mówić do Pana tak osobiście, Panie Wydawco…“ (Lovat Dickson; Wilderness Man. The strange story of Grey Owl) Najistotniejszym było to, żeby jego posłanie odebrano jako głos docierający z puszczy, będący niejako głosem jej samej. W tym celu przywdział postać ciemnego Metysa, świadomego, że podjęcie się napisania książki jest z jego strony niebywałym zuchwalstwem. Raz zaszczepione wrażenie trudno wprawdzie wymazać, lecz to stanowiło najmniejszy problem. Za wszelką cenę pragnął zapewnienić książce sukces poprzez nadanie jej znamion autentyczności. “Swojej matki niestety nie znałem. Jej rolę przejęła ciotka i jej to zawdzięczam podstawowe wykształcenie, dzięki któremu mogę ubierać w słowa ducha lasu, pięknego pięknem przenikającego go życia natury, i opowiadać o tym, czego nauczyli mnie lepsi ode mnie. “ – napisał w słowie wstępnym.

W tym samym czasie Anahareo miała swoje własne przygody. Opisała je później z humorem w “Devil in Deerskins “. Wyprawa na poszukiwanie złota, na którą wybrała się z Davem, skończyła się całkowitym fiaskiem. SpóŹnili się o 28 dni. Kto inny zajął upatrzoną przez Dave’a działkę i znalazł na niej złoża kruszcu o wartości ponad 70 tys. dolarów. Fortuna przeszła im koło nosa, a próby odkrycia Eldorado pochłonęły wszystkie oszczędności. Dave, przepełniony goryczą i całkowicie załamany, powrócił do rodzinnej Doliny Ottawy, a Anahareo podjęła pracę w kopalni i pracowała w niej do chwili, gdy powszechna recesja spowodowała bankructwo przedsiębiorstwa. Dzięki temu odłożyła wystarczającą sumę pieniędzy, by opłacić podróż powrotną do Cabano. Musiała jednak poczekać do wiosennych roztopów i zjawiła się w domu dopiero w początkach czerwca.

Lato 1930 roku przyniosło dwa ważne wydarzenia: „Country Life” zaakceptowało książkę Archiego, a na scenie ich życia pojawił się Rawhide – młody dziki bóbr, który miał w przyszłości zostać oblubieńcem Jelly Roll. Przypadkiem złapał się w sidła zastawione przez Archiego na wydrę, która mogła zagrażać życiu Jelly. Archie uwolnił go bezzwłocznie, lecz bóbr miał poważnie okaleczoną łapę. Zabrał go więc do chaty, złożył uszkodzone kości i opatrzył ranę. Przez pierwszą dobę bóbr krył się w dawnym mieszkaniu Jelly, ale już następnego dnia pojawił się przed domem, nie okazując strachu, pozwolił wziąć się na ręce i przyjął ofiarowane mu jabłko. Nie wykazywał najmniejszej ochoty do ucieczki. Po dokonaniu dokładnych oględzin obozowiska, wprowadził się na dobre do dawnej siedziby Jelly, ale najwidoczniej czuł się tam samotny, bo nocą sypiał na ramieniu Archiego. Po upływie paru tygodni płat skóry, który zerwał sobie z głowy, szamocząc się w pułapce, usechł i Archie usunął go. Dokonując tej operacji, nadał mu imię Rawhide (dosł. Surowa Skóra). Kiedy o Greyu Owlu i jego bobrach zrobiło się głośno i w odludne miejsce zaczęli przybywać turyści, Francuzi z Cabano nazwali okoliczne pagórki Wzgórzami Jelly Roll, a jezioro Jeziorem Rawhide`a.

Jelly odkryła szybko, że w chacie pojawił się intruz i że sypia on w łóżku z “jej mężczyzną“. Jej zazdrość przybrała rozmiary furii. Grey Owl musiał nieustannie pilnować, by jego pacjent nie padł ofiarą zębów rozwścieczonej rywalki. Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie, gdy olbrzymi, dziki bóbr zaatakował Jelly, zadając jej głębokie rany. Walka na pewno skończyłaby się dla niej tragicznie, gdyby z odsieczą nie pośpieszył Rawhide i nie skłonił napastnika do ucieczki. Od tej chwili z wroga przeszedł do roli zalotnika i w przyszłości został ojcem potomstwa Jelly.

Chata Archiego w poblizu Cabano w Quebeku

Chata Archiego w pobliżu Cabano w Quebeku

We wrześniu zaskoczyła Archiego i Pony nagła wizyta. Wybrali się pewnego dnia na przeciwległy kraniec jeziora i, płynąc z powrotem, napotkali Jelly. Powitawszy ich, jak zwykle wdrapała się do canoe, chcąc sobie zapewnić szybką jazdę do domu. Zbliżywszy się do brzegu, ujrzeli w swoim obozowisku grupę ludzi. W jednym z przybyszów rozpoznali zaprzyjaźnionego Berniego Grahama z Cabano. Drugi, nieznany im mężczyzna, siedział na ziemi, zakładając film do kamery, zaś nad wodą stał niski osobnik w średnim wieku i lustrował ich podejrzliwie.

Kiedy canoe przybiło do brzegu, przyglądający się im nieznajomy podszedł bliżej i zapytał obcesowo: “ Które z was jest Greyem Owlem?” „Ja, bo co? “ – odparł niechętnie Archie. “Moje nazwisko brzmi Campbell.” – zaanonsował mały człowieczek z namaszczeniem. „Campbell z Parków Narodowych.“ – dodał. “Gdzie są te wasze bobry?”

W tej samej chwili zaniepokojona obecnością obcych Jelly zaczęła się przymierzać do wyskoczenia z canoe na ląd. Czyniła to zawsze bardzo niezdarnie, sprawiając wrażenie nerwowej, tłustej damy, której przyszło schodzić po drabinie. Mister Campbell był w siódmym niebie. Na widok komicznie nadąsanej „Królowej”, spuszczającej się powoli z burty canoe, zakrzyknął wielkim głosem: “ Szybko, Charlie!“   „Pstrykaj!“

Słysząc te słowa, Pony padła na kolana, osłaniając własnym ciałem Jelly Roll, a Archie chwycił nóż i skoczył do Campbella. “Uspokój się, szaleńcze!“ – wrzasnął Campbell. “Chcemy ją tylko sfotografować.“ (Lovat Dickson; Wilderness Man. The strange story of Grey Owl) “Pani Grey Owl, proszę ją puścić. Nie zrobimy jej krzywdy. “ – powiedział z przyjaznym uśmiechem do Anahareo, po czym zwrócił się uprzejmie do Archiego: “Usiądźmy i porozmawiajmy w tej sprawie.

Uwolniona z objęć Anahareo Jelly, nadal zdenerwowana i podejrzliwie nastawiona do intruzów, schroniła się w wodzie. Zataczając szerokie koła i uderzając co pewien czas energicznie ogonem o powierzchnię, zaznaczała, że zagrożenie trwa nadal i podejrzanych osobników należy mieć na oku. Campbell tymczasem wyjaśniał cel swego przybycia. Chciał nakręcić krótki film o bobrach mieszkających z człowiekiem. Miał to być film o charakterze naukowym. Na tę wiadomość w Greyu Owlu obudził się drzemiący w nim aktor. Jego zamysły były ambitniejsze, niż nakręcenie kilku rolek filmu. Chciał wykorzystać nadarzającą się szansę i stworzyć cały cykl opowieści o bobrach. Campbell przystał na to, zaaprobował jego sugestie i w rezultacie ich współpracy powstały filmy, które do dziś cieszą się takim samym zainteresowaniem, z jakim spotkała się ich premiera w 1930 roku.

C d n

 Elżbieta Szlachetka