Poznali się dzięki Franciszkowi

Polacy w Kanadzie Top News lip 27, 2016 at 12:30 pm

zz papiez1W ciągu dwóch lat przed ŚDM straciłam babcię, moje zdrowie podupadło, bałam się wychodzić z domu, miałam ciągłe stany lękowe – opowiada Katarzyna Cuvilier, Polka mieszkająca dziś w Kanadzie… Jej niesamowitą historię opisała w Interii Justyna Mastalerz.

31-latka uczestniczyła w Światowych Dniach Młodzieży w Rio de Janeiro w 2013 roku. Po niezwykłych doświadczeniach ze spotkania młodych w Ameryce Południowej, wybrała się na ŚDM do Krakowa. – Niesamowite, że minęły zaledwie trzy lata, a moje życie tak diametralnie się odmieniło – dodaje.

Kiedy 28-letnia wówczas Kasia otrzymała propozycję wyjazdu do Rio, nie potrafiła wyobrazić sobie tak długiej podróży. Na kilka miesięcy przed pielgrzymką młodych nie była w stanie wyjść z domu, bo walczyła ze stanami lękowymi. Wspomina, że całymi dniami potrafiła jedynie bezczynnie leżeć w łóżku, bojąc się wyjść chociażby do pobliskiego sklepu.

- Bałam się tak długiego lotu, tropikalnych chorób. Tego, że Rio jest jednym z bardziej niebezpiecznych miast na świecie - wspomina dni przed wyjazdem. - Nie znałam też nikogo, kto miał tam polecieć, oprócz księdza, który był naszym opiekunem.

W końcu musiała jednak podjąć decyzję, czy wsiądzie do samolotu do Rio, by spotkać się na drugiej półkuli z młodymi ludźmi z całego świata i papieżem Franciszkiem.

ŚDM w Rio

ŚDM w Rio

- Postanowiłam się pomodlić. Otworzyłam książkę z cytatami z Pisma Świętego na każdy dzień i akurat w tym dniu cytatem było hasło Dni Młodzieży w Brazylii: “Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” - Kasia wspomina dzień, w którym postanowiła wyjechać na ŚDM 2013. - Wiedziałam, że nie ma sensu się dłużej zastanawiać. Po prostu musiałam jechać.

Do podróży podeszła zawodowo. Przeczytała dużo przewodników, zaopatrzyła się w środki przeciw komarom, moskitierę, przewiewne ubrania z długim rękawem i lekki śpiwór.

Po długim locie, z przesiadką w Portugalii, polska grupa trafiła do miejscowości Aparecida, gdzie znajduje się Sanktuarium Matki Bożej z Aparecidy – świętej patronki Brazylii.

- Zakwaterowano nas w małym, przyjemnym hotelu. Pamiętam, że pierwszą noc spędziłam pod moskitierą, bo bałam się komarów i malarii. Dzisiaj chce mi się śmiać, gdy o tym pomyślę. Była to pierwsza i ostatnia noc pod moskitierą - mówi Kasia i dodaje: - W końcu pojechałam tam po to, by pozbyć się lęków i bardziej zaufać Bogu.

Przez tydzień Kasia mieszkała w hotelu razem z oblacką młodzieżą z całego świata, z którą uczestniczyła w katechezach i spotkaniach integracyjnych. Po tygodniu grupa musiała jednak przenieść się w inne miejsce. Właśnie wtedy znów wkradł się w myśli Kasi lęk i niepokój. 31-latka wspomina o strachu przed zakwaterowaniem w brazylijskich fawelach – dzielnicach ubóstwa zamieszkiwanych przez najbiedniejszą ludność.

- Dużo czytałam o tym, jak może być tam niebezpiecznie. Bałam się, bo w niektórych fawelach władzę sprawują gangi, a policja nie ma tam wstępu - mówi Kasia.

Kiedy dotarła wraz z grupą na miejsce kolejnego zakwaterowania, padał deszcz, a uliczki dookoła były małe, ciemne i przerażające.

- Gdy dotarliśmy do naszej parafii, zapytaliśmy jedną z wolontariuszek, czy to jest fawela? Odpowiedziała: “tak, ale taka z mniejszą przestępczością”. Nie wiem, dlaczego, ale w tamtym momencie tylko się uśmiechnęłam się i… przestałam się bać - wspomina dziś z rozbawieniem.

Wiedziała jednak, że nie może powiedzieć mamie, gdzie została zakwaterowana.

- Za bardzo by się martwiła. Wspomniałam jej tylko, że mieszkamy u sympatycznej, pomocnej rodziny.

A ta – jak mówi Kasia – okazała się wspaniała. Codziennie przygotowywała grupie kolacje, a wieczory spędzali na wspólnej modlitwie, nauce samby, tańcach i śpiewie.

zz papiez2Kasia zauważyła Dylana podczas jednego z posiłków. Jak wspomina, “od razu poczuła, że musi go poznać”, choć przez myśl nie przeszłoby jej wtedy, by spotkać w Rio miłość życia.

- Któregoś dnia stałam sama przed hotelem. Dylan siedział na ławce. Postanowiłam podejść i przedstawić się. Z daleka zauważyłam, że tak, jak ja, gra na perkusji, bo wybijał rytm rękami na kolanach. Robi tak większość perkusistów - Kasia z uśmiechem wspomina pierwszą rozmowę z Dylanem.

Kolejnego dnia Kasia i Dylan odnaleźli się w bawiącym się tłumie. Spędzili cały wieczór razem, rozmawiając i grając na gitarze.

- Gdy Dylan objął mnie po raz pierwszy, pamiętam, że poczułam się “jak w domu” - mówi ze wzruszeniem Kasia. - Niestety, musieliśmy się rozstać, bo kanadyjska grupa Dylana jechała do Rio innym autobusem. Dylan nie miał ze sobą telefonu, ale mimo to mieliśmy nadzieję, że jakoś uda nam się jeszcze zobaczyć – wspomina.

- Kilka dni przed wyjazdem miałam problemy z plecami. Mój dysk się wysunął i nie mogłam zbyt dużo chodzić, ani nosić nic ciężkiego w czasie ŚDM. Plecy bolały, a ja bardzo chciałam iść na drogę krzyżową - Kasia przypomina sobie przeciwności losu.

Właśnie wtedy zaczęła się w Brazylii gorąco modlić. - Płakałam, łzy leciały mi z oczu, aż nagle… ból zniknął - wspomina, wciąż nie dowierzając.  - Do końca wyjazdu plecy już nie bolały.

Nie wie też, jakim “cudem” rozumiała wszystkie katechezy po portugalsku. Zna tylko hiszpański, a ten różni się od języka Brazylijczyków. - Pomimo to byłam w stanie tłumaczyć niektóre fragmenty przemówień dla części grupy - mówi o “osobistych cudach” z nieskrywaną radością.

Na Światowych Dniach Młodzieży w Rio de Janeiro, na plaży Copacabana, na nocne czuwanie z papieżem Franciszkiem czekało 3,5 mln ludzi. Kasia wspomina, że niektórzy rozkładali karimaty już kilka przecznic przed plażą.

- Z nadzieją podbiegaliśmy do każdej flagi, Dylan do polskiej, ja do kanadyjskiej, ale znalezienie się w 3,5-milionowym tłumie graniczyło z cudem - dodaje. Jak się okazało, kolejnym, który się spełnił.

Kasia i Dylan zauważyli się tuż przed czuwaniem pod hotelem “Windsor” – najwyższym przy Copacabanie.

- Szliśmy z grupą w stronę hotelu. Zobaczyłam Dylana po drugiej stronie i jak w zwolnionym tempie w romantycznej komedii wybiegliśmy ku sobie i wpadliśmy sobie w ramiona. Nie mogłam uwierzyć w to, że udało się nam raz jeszcze spotkać – mówi wzruszona. - Pamiętam, że powiedziałam do niego: “już mnie nigdy nie zostawiaj”.

Dziś, po trzech latach od wydarzeń w Rio, Kasia i Dylan znów są obecni na Światowych Dniach Młodzieży. Do Krakowa przyjechali w obrączkach.

- Niesamowite, że minęły zaledwie trzy lata, a moje życie tak diametralnie się odmieniło - przyznaje.

Mówią jednym głosem, że Bóg podarował im siebie. W Krakowie chcą prosić o jeszcze jeden dar – zdrowe potomstwo – małego Franciszka albo Franciszkę.