Piękno i dobro, czyli sztuka przez duże „S”

Series Zapiski emigracyjne paźd 6, 2016 at 12:01 pm

Ze sceną przyjaźni się od zawsze. Kiedy miał cztery lata mama zapisała go do Pałacu Kultury i Nauki na zajęcia z choreografii, zaczął więc klasycznie, baletowo. Chwilę później trafił do Gawędy – reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Związku Harcerstwa Polskiego. Wrażliwości artystycznej, szacunku dla słowa mówionego, marzeń oraz umiejętności i talentów, które latami rozwijał, nie zdławiła ani komuna, ani gorzkie początki emigracji. Krzysztof nie tylko przetrwał, ale szeroko rozwinął skrzydła i dziś, dzięki jego poświęceniu, pracy i ogromnej pasji, możemy tu, za oceanem, setki mil od ziemi ojców, niemal na co dzień obcować w największymi dziełami literatury polskiej i światowej.

Miał szczęście do autorytetów i mentorów, którzy kształtowali jego charakter i wrażliwość, zaszczepili w nim niegasnącą miłość do sztuki i piękna. Szefem Gawędy był wtedy Dh. Andrzej Kieruzalski, członek Szarych Szeregów, aktywny uczestnik Powstania Warszawskiego, człowiek o niezwykłym zacięciu pedagogicznym i bardzo ludzkim podejściu do dzieci. Mały Krzysio większość swoich szczenięcych lat przepląsał w Gawędzie, a że iskry bożej mu nie brakowało – szybko zaczęli go zauważać reżyserzy (jak chociażby Stanisław Jędryka) znanych wtedy seriali telewizyjnych. Kilkakrotnie brał udział w zdjęciach próbnych, wygrał ogólnopolski casting do głównej roli męskiej Dudusia Fąfarskiego w „Podróży za jeden uśmiech” oraz „Stawiam na Tolka Banana”. Nie znajdziecie jednak jego nazwiska na planszach końcowych, Krzysiek bowiem w żadnej z tych produkcji nie wziął udziału. Na własne życzenie. Pochłonięty artystycznym życiem na walizkach, o którym wielu na początku lat 70. mogło jedynie pomarzyć, jako jeden z głównych filarów, lojalnie, zamiast na plan filmowy, pojechał z Gawędą na festiwal do Paryża, a chwilę potem do Kopenhagi. Gdyby wybrał inaczej, nie machnął ręką na wygrane zdjęcia próbne, jego dalsza kariera, życie, a co za tym idzie – teraźniejszość – wyglądałyby dziś prawdopodobnie zupełnie inaczej. Próby, wyjazdy, koncerty i festiwale były mu całym światem, codzienność ogniskowała się wokół estrady. Sam jeszcze wtedy nie widział czy chce być aktorem, piosenkarzem czy piłkarzem, aż któregoś dnia trafił do kabaretu ZAKR, prowadzonego przez Ludwika Klekowa, w którym aż roiło się od znakomitych nazwisk. Kiedy zostałem przyjęty jako statystujący, adaptujący się do zawodu aktor, kiedy powiedziano mi, że rokuję nadzieję dla scen i że to jest to, co powinienem robić, Wojciech Jaruzelski postanowił zmienić bieg mojej kariery. Ogłoszono stan wojenny, zamknięto teatry, kabarety, wszystko co działo się na scenie, telewizja, były bojkotowane. Środowisko aktorskie było wtedy bardzo prawicowe, możliwości na zrobienie kariery, rozwój, jakąś działalność artystyczną – znikome. Jak powiedział Miłosz – to było unicestwienie nadziei – wspomina Krzysztof.
Szukając innych dróg zaczął uczyć się języków obcych, myślał o wyjeździe do Niemiec, ale że nie bardzo było jak – postanowił spróbować sił w zespole, który swojej działalności artystycznej, pomimo zmian politycznych, nie zawiesił. I tak trafił do Karolina na przesłuchania do Mazowsza. Tyle, że się spóźnił, bo castingi odbywały się we wrześniu, spośród 1500 kandydatów wybierano dwudziestu, z których połowa wykruszała się po miesiącu. Szczęście mu sprzyjało, bo nie tylko dostał się do zespołu dwa miesiące po ogólnopolskich przesłuchaniach, a dodatkowo trafił jeszcze pod skrzydła kolejnego niezwykłego człowieka, fantastycznej pianistki, akompaniatorki, korepetytorki chóru Wandy Ruśkiewicz, która swojego czasu akompaniowała obu braciom Kiepurom. Po okresie próbnym podpisał kontrakt i zaczęła się ciężka praca w największej polskiej fabryce folkloru – od 9 rano do 4 po południu solfeż, choreografia, balet klasyczny, emisja głosu, śpiew indywidualny i chóralny, nauka całego, jakże bogatego repertuaru, a potem wiele lat wspólnych wyjazdów, festiwali i koncertów w różnych zakątkach świata. Co więc skłoniło Krzysztofa do wyjazdu?
- Zachciało mi się wolności. Nigdy nie wierzyłem w to, że komuna upadnie. Jeżdżąc po świecie obserwowałem, jak żyje się w innych krajach, byłem też chyba trochę zmęczony – ¾ życia spędziłem przecież na walizkach. Potrafiłem przez trzy lata we własnym mieszkaniu nie zmienić choinki. Po ośmiu latach kariery w Mazowszu wyjechałem do Niemiec na wakacje. I zostałem. Dzwonili do mnie potem jeszcze przez jakiś czas, ale wiedziałem, że nie wrócę. Popełniłem jednak duży błąd, bo nie wykorzystałem do końca swoich możliwości – z tak ustawionym, rozgrzanym głosem, miałem szansę śpiewać w chórze operze hamburskiej, kontynuować karierę. Zmęczenie artystycznym życiem wzięło jednak górę, potrzebowałem przerwy i tak zacząłem pracę w ekskluzywnym hotelu w milionerskiej dzielnicy, gdzie przeszedłem całą drogę od mycia podłóg do stanowiska asystenta głównego managera. Lubiłem tę pracę, ciągły kontakt z ludźmi. Gośćmi często byli wybitni muzycy, śpiewacy i aktorzy z całej Europy, zarabiałem świetne pieniądze i pewnie mógłbym w tej branży zrobić nawet niezłą karierę. Niestety, w związku z normalizacją życia społeczno-politycznego w Polsce, Niemcy nie chciały przedłużyć mojej wizy, i tak, po dwóch latach, zaaplikowałem o wizę do Kanady.

scan0004
A mógł wtedy wrócić do Polski, na scenę, do swojego artystycznego świata, bo głowę miał pełną nowych pomysłów. Być może byłby dziś równie znany jak Janusz Józefowicz. Na decyzji znów zaważyła niewiara w to, że w ojczyźnie cokolwiek zmieni się na lepsze – Kiszczak, Jaruzelski, najwięksi zdrajcy przy Okrągłym Stole, generalicja, Służby Bezpieczeństwa – śmierdziało po staremu, a Kanada pachniała przecież tak pięknie żywicą, wolnością i nieznanym. W Toronto zaczynał jak wszyscy, od pracy w fabryce i przy renowacjach. Moje pierwsze wrażenia były wyjątkowo przygnębiające. Po latach spędzonych w Niemczech, miałem wrażenie, że mają się do Kanady jak Izba Lordów do izby wytrzeźwień. Jakość życia nieporównywalna. Był ’89, trzeba było jakoś przetrwać, utrzymać rodzinę. Przez pierwsze miesiące, a może i lata życia tutaj chodziłem jak w oparach absurdu, czekając jedynie na paszport kanadyjski, by wrócić do Europy, już jako obywatel świata. Kiedy ostatecznie, po krótkiej wizycie w Niemczech, zdecydowałem się zostać w Kanadzie, obudziła się we mnie, ze zdwojoną siłą, tęsknota za sceną. Zacząłem szukać dla siebie miejsca. I trafił swój na swego. Krzysztof poznał Macieja Jaśkiewicza, u którego chwilę potem śpiewał w chórze Musica Antiqua, wykonując coraz częściej partie solowe, współpracował z Toronto Sinfonietta, występował z Olą Turkiewicz w kwartecie ‘Betlehem”, na stałe związał się z Salonem Muzyki i Teatru Marii Nowotarskiej i Polskim Teatrem Muzycznym prowadzonym przez Michała Kuleczkę. Wreszcie miał czym nakarmić swoje muzy i tęsknoty, zaczął się spełniać jako śpiewający aktor na scenie tak polonijnej, jak i rodzimej, bo z niektórymi spektaklami jeździli do USA i do Polski. Dwa miesiące temu spektaklem opartym na tekstach ks. Twardowskiego otwierali festiwal Cracovia Sacra, poprzedzający przyjazd Papieża Franciszka. Co ważne, artystyczna działalność Krzysztofa nie ogranicza się wyłącznie do środowiska polonijnego. Współpracował również z filmem kanadyjskim i amerykańskim, zagrał m.in kilka ról w produkcjach historyczno- dokumentalnych, zrealizowanych dla History Channel.
15 lat temu zajął się impresariatem. Internet jeszcze raczkował, nie było YouTube, publiczność była głodna kultury. Związał się z Polskim Centrum Kultury i po dziś dzień organizuje tam imprezy szalenie ciekawe i artystycznie wartościowe. Jego ukochanym dzieckiem są Czwartkowe Wieczory Teatralne. Zaczęło się skromnie, trwać miało kilka miesięcy, może rok, tymczasem w styczniu mija 14 lat, odkąd w kawiarni, na dużym ekranie, Krzysztof prezentuje największe dzieła światowej literatury. Część nagrań pochodzi z jego prywatnej, przebogatej kolekcji, nowości dostaje od przyjaciół i znajomych reżyserów, aktorów czy producentów. Siłą czwartkowych spotkań z Teatrem Telewizji jest cała oprawa, jaką Krzysztof serwuje widzom – są niezliczone anegdoty, opowieści z kuluarów i planów filmowych, jest żywy spektakl jednego aktora, jako wprowadzenie do właściwej sztuki. Jest wspólne przeżywanie. A jest co przeżywać, bo często spektakle są dobierane odpowiednio do kolejnych świąt czy wydarzeń, tak patriotycznych, jak i duchowych.
Jego kolejną nietuzinkową inicjatywą są, entuzjastycznie przyjmowane  przez publiczność,  koncerty  z cyklu “Friday Night Music”, w których prezentuje znakomitych kanadyjskich, amerykańskich i europejskich muzyków. Koncerty odbywają się na dużej scenie Centrum JPII – lada moment dwudziesta edycja. Do tej pory wystąpiło tu wielu wybitnych muzyków, którzy grali m.in ze Stingiem, Steve Wonderem, Davidem Bowie czy Rolling Stones. Obcowanie z żywą kulturą budzi znacznie więcej emocji, dostarcza głębszych, niezapomnianych przeżyć, niż, często kiepskiej jakości, nagrania z YouTube – podkreśla Krzysztof. Apeluję do wszystkich, żebyście Państwo uczestniczyli w żywej kulturze, korzystali z tego, co macie na wyciągnięcie ręki. Za naprawdę niewielkie pieniądze możecie przeżywać naprawdę Wielką Sztukę.
Kiedy rozmawiamy przy kawie, w przeciągu godziny telefon dzwoni mu kilkakrotnie, odbiera, żartując, że to Roman Polański. Każde z połączeń to pytanie o spektakl „Kolacja dla Głupca”, który zobaczymy 16 października w Rose Theatre w Brampton. Mimo iż do wystawienia sztuki został prawie miesiąc, miejsca rozchodzą się błyskawicznie. Spektakl teatru Ateneum grany jest od 15 lat, wystawiono prawie 900 spektakli. Pytam go według jakiego klucza dobiera repertuar.
- Według najlepszego, czyli wg. własnego gustu – odpowiada z uśmiechem – wszystkie sztuki oglądam osobiście, wszystkie muszą mi się podobać. Jak dotąd to niezawodny klucz, bo otwiera wszystkim chętnym drzwi do świata pełnego dobra i piękna.

Kaja Cyganik

Chcesz podzielić się z nami historią swojej emigracji? Napisz do mnie: [email protected]