Filozofia małych kroków

Series Zapiski emigracyjne paźd 12, 2016 at 2:32 pm

Zawsze miał smykałkę do biznesu. I trochę szczęścia. Pierwsze, całkiem poważne, pieniądze zarobił jako szesnastolatek, handlując w Berlinie sznurami korali, przy których chałupniczo pracowały dzieciaki z częstochowskiego sąsiedztwa. Historia jego emigracji to zadziwiający splot przypadków, dobrych ludzi i ciężkiej pracy. Krzysztof emigrować z Polski na stałe nie planował, ale los zdecydował inaczej.

IMG_50609 grudnia ‘81 z trzema kumplami wyjeżdża na handel do Turcji. Żaden z nich nie podejrzewa, że cztery dni później wybuchnie stan wojenny. Jest świeżo po ślubie cywilnym, Basia zostaje w Polsce, nie wydano jej jeszcze paszportu na nowe nazwisko. Zwiedzają Istambuł, sprzedają, co przywieźli, Krzysztof kupuje żonie kożuch. Jeszcze stary Turek, woła ich do swojego sklepu, natarczywy, nagabując, a oni nie chcą już przecież niczego kupować, chcą na lotnisko, do domu. „Chodź, chodź!” woła po polsku, machając energicznie rękami. W sklepie zawalonym wszelakim towarem, mały telewizor, w telewizorze czołgi, Jaruzelski, wojna?.  Nie mają przy sobie żadnych pieniędzy, ani pomysłu, co dalej robić, ale jednego są pewni – powrót do kraju nie wchodzi w grę. Nie chcą prosić o azyl, ani zostawać w biednej Turcji, próbują aplikować o wizę do Niemiec – Krzysztof już wcześniej pracował na Zachodzie,zasmakował lepszego życia. Ogrom dylematów. Przypadek, a może przeznaczenie chce, że któregoś dnia, idąc ulicą i głośno zastanawiając się co dalej, zostają zaczepieni przez przechodzącego akurat Polaka.

Trafiają do Adampolu, małej wioski, oddalonej od Istambułu o trzydzieści kilometrów, nazywanej też Polonezköy, której sołtysem jest brat napotkanego przechodnia. Jest wigilijny wieczór, sołtys zaprasza do stołu. Szybko rozchodzi się wieść, że przyjechali polscy inżynierowie. Ludzie otwierają swoje gościnne progi, chłopaki reperują, co trzeba, jest dużo muzyki i biesiadowania. Dzięki kontaktom z pewnym bogatym Turkiem, któremu podczas hucznej imprezy naprawiają ogrzewanie, udaje im się potem niespodziewanie szybko dotrzeć do Niemiec. Choć łatwo nie jest. Krzysztof o wizę tranzytową prosi w konsulacie w każdy piątek, przez dwa i pół miesiąca, mówiąc urzędnikowi, że chcą się dostać przez Niemcy do Szwecji. Urzędnik uparcie odmawia, Krzysztof uparcie prosi. W końcu się udaje. Chcą jechać autostopem, ale znajomy Turek, oferuje przelot swoją prywatną linią lotniczą, przewożącą sezonowych pracowników.  Pieniędzy starcza na jeden bilet, leci ich trzech. We Frankfurcie lądują  mając w kieszeni sto marek – podarunek od siostry zakonnej z Polonezköy. Na autobus do Hamburga za mało, ale znów się udaje – kierowca zabiera całą trójkę za połowę posiadanej przez nich kwoty. W Hamburgu już łatwiej, bo Krzysztof ma tu znajomości i układy. Pracuje legalnie montując  systemy grzewcze i nadzorując całą ekipę , próbuje ściągnąć do siebie żonę. Niemcom się nie podoba to, ile zarabia, że ma dobrą pozycję – niemiecki urząd pracy grozi właścicielowi firmy karą finansową, jeśli natychmiast nie zwolni Polaka. Pracuje więc dla niego przez jakiś czas na czarno, zaczyna się jednak rozglądać za możliwością dalszej emigracji;  za dużo jest dyskryminacji Polaków w Niemczech, nie chce na tej nienawiści budować nowego życia.  Żonie nie chcą dać wizy, a komunistyczny rząd blokuje sprawy paszportowe, wyrzucają ją też w międzyczasie ze studiów, z aplikacji sędziowskiej, bo nie chce zgodzić się na rozwód z systemowym wywrotowcem.

O decyzji niepowrotu Krzysztof opowiada: Wielu ludzi w tamtych czasach nie wytrzymywało presji, z jednej strony bali się wracać do Polski, z drugiej brak nadziei i rozłąka z rodziną popychały ich nawet do samobójstwa. Znałem Zachód, znałem życie poza Żelazną Kurtyną, chciałem lepszego bytu. Od dziecka mam jaskrę, wiedziałem, że kolejne operacje i specjalistyczne leczenie w tamtej Polsce nie byłyby możliwe. Zawsze też kochałem podróże, na które bardzo ciężko było wtedy zarobić. Emigracją zajmowała się w Niemczech Fundacja Raphael. Do wyboru była Australia, Nowa Zelandia, Kanada i USA, w zależności od kwalifikacji. Dla mnie jedyną opcją była Kanada, ze względu na darmowe leczenie i OHIP.

Jakaś siła musiała nad nim czuwać. Trzy razy próbują z chłopakami dostać się ukradkiem, nocą na statki płynące za ocean. Kiedy za trzecim razem się nie udaje – rezygnują.  Zawiadomienie o rozmowie kwalifikacyjnej przychodzi  do pokoju hotelu pracowniczego, w którym mieszka, dzień po wyznaczonym terminie. Drzwi Fundacji zastaje zamknięte, zostawia wiadomość z nazwiskami, dane kontaktowe. Nikt się nie odzywa. Dowiadują się jednak od znajomych o drugim etapie rozmów w kanadyjskiej ambasadzie. Jadą na wariata. Urzędniczka nie może znaleźć na liście ich nazwisk, patrzy krzywo, bo brudni są potwornie, po drodze nawalił im samochód. Krzysztof kilkakrotnie podchodził do okienka prosząc, żeby jeszcze raz dokładnie sprawdziła listę, kobieta wpada w coraz większy gniew, w końcu ze złością rzuca kartkami o blat stołu. Kartki się rozsypują – na ostatniej, tylnej stronie widnieją dopisane ołówkiem ich nazwiska. Co dziesiąta osoba dostaje prawo wyjazdu, a znajomość angielskiego jest kluczowa. Chłopcy są ostatni w kolejce, wszyscy dostają zielone światło do Kanady w trybie express.

Dwa tygodnie później, w grudniu ’83 lądują w Toronto. W lipcu, w końcu, po dwóch i pół roku, zobaczyłem żonę. Zanim jednak przyjechała trzeba było jakoś się zorganizować. Znaleźć mieszkanie, pracę, kupić telefon, zrobić prawo jazdy. Dostawaliśmy od rządu 32$ miesięcznie, na początek musiało wystarczyć. Nie chciałem iść od razu do pracy, jak inni emigranci. Wiedziałem już, że zostanę w Kanadzie, postanowiłem się rozejrzeć, zastanowić, co w ogóle chcę robić w nowym kraju – opowiada.

Zapisuje się nanajwyższy możliwy kurs TOEFL. Pracy szuka przez Toronto Star, jako hydraulik. Rynek się właśnie ruszył, zaczyna się boom w budownictwie, jest duże zapotrzebowanie na fachowców. Zaczyna u Włocha w Gardina Plumbing, od stawki 5$ za godzinę. Po pół roku idzie na bezrobocie, bo zimą nie ma zleceń. Źle wypełnia aplikację o zasiłek i w ten sposób przez kilka kolejnych tygodni zostają praktycznie bez  pieniędzy. Zdarzało mi się jechać przez pół Toronto, żeby od kolegi pożyczyć dwie dychy na chleb i masło. Pierwszy raz nie było co do garnka włożyć – dziś wspominają tamte czasy z uśmiechem.

Późną wiosną wraca do pracy do Włocha, zakłada firmę, kończy szkołę zawodową, żąda podwyżki, a ostatecznie godzi się na stawkę nie godzinową, a od podłączonego urządzenia. Strzał w dziesiątkę. Ma już swój sprzęt, ekipę, pełną kontrolę, pracują na akord, szybko, efektywnie. Na subdivision idzie im błyskawicznie, łapie kolejne kontrakty, powstają nowe osiedla, pracy jest mnóstwo. Robią po sześć domów dziennie, zarabia nawet i po cztery tysiące tygodniowo, naprawdę duże pieniądze. Robi wymagane licencje, zaczyna pracować dla samego siebie, zleceń nie brakuje. Dla Chińczyków z Hong Kongu robi kondominia – do dziś przyjaźnię się z jednym, który wprowadził mnie do biznesu. Dzięki tym kontaktom szybko spłaciłem dom.

Do wszystkiego dochodzi pracą i uporem. Małymi krokami. Trafia w niszę, trafia na dobrych ludzi. W czasach recesji dostaje kontrakt w CIBC, robią po kilka banków dziennie. Ale też trzy razy staje pod ścianą – nieraz się nacinałem na nieuczciwych zleceniodawców, zdarzało się, że taki znikał, nie wywiązywał się z umowy, nie płacił, firmy bankrutowały, czeki wracały bez pokrycia. Jedną renowację domu zrobiłem w całości na Visę. Ale tak bywa w biznesie. Dziś jego firma świetnie prosperuje, robią całą wykończeniówkę. Osiągnął sukces, wykształcił dwie córki, jeździ z żoną po świecie. Wciąż ma w sobie skromność, energię i spryt szesnastoletniego handlarza koralikami.

Kaja Cyganik

 Jeśli chcesz opowiedzieć nam o własnych przygodach emigracyjnych skontaktuj się ze mną e-mailowo: [email protected]