Zanim napiszemy tę książkę…

Series Zapiski emigracyjne paźd 17, 2016 at 1:03 pm

Michał robił niemal wszystko. Pracował w północnej Albercie i Arktyce biorąc udział w badaniach geofizycznych, jeździł na truckach, kopał złoto i miedź, a od ponad dwudziestu lat prowadzi własną firmę budowlaną. Jako pierwszy doprowadził polski jacht to stałego lądu Antarktydy. Przejechał rowerem trasę Toronto – Vancouver, podróżował po Europie i Afryce, samochodem terenowym pokonał północną Saharę i część Azji. Jest instruktorem i egzaminatorem narciarskim w Ontario (level 3), kapitanem jachtowym żeglugi wielkiej, podróżnikiem, zapalony motocyklistą, myśliwym i wielkim koneserem życia. Jego losy to materiał na książkę…. która właśnie powstaje.

krokodylZima. Bezwzględna i mroźna. Wiatr plącze się po brukowanych ulicach starego Montrealu, podrywa tumany śniegu, skacze do gardeł jak wygłodzony wilk. Kumple, z którymi rżnął w karty na kasę całą młodość, żulia odrapanych kamienicznych podworców, warszawska łobuzeria, kombinatorzy, złodzieje i spekulanci, smutne ladacznice, cały ten półświatek, który go w pewnej mierze wychował i zahartował – został za oceanem. Ma szesnaście lat i pięć dolarów w kieszeni. Tamta fortuna, którą zrobili na konikowaniu biletami do kina, dawno się gdzieś rozmyła. Na „Rio Bravo” i „Dwóch Koltach” zarobił więcej niż doktór w przeciągu roku. Znali Panią Zosię, kasjerkę, a to tak, jakby znali samego boga. Pani Zosia odpalała dobre miejscówki, bilety szły jak woda, dwa za stówkę, podczas gdy w regularnej sprzedaży pojedyncze chodziły za siedemnaście złotych.  Tamtego życia, wypełnionego dziewczynami w miniówach tak krótkich, że ledwo zasłaniały majtki, przyspieszonymi oddechami ciemnych bram, zlanego alkoholem, też już nie ma. Tamto życie, szkoła jaką dostał załatwiając koks na opał, opiekując się młodszymi siostrami, borykając się z niełatwą codziennością, w której zabrakło rodziców, samodzielność wyuczona przez wszystkie młode lata pozwolą mu przetrwać.

Jest koniec listopada ’69, gdy wychodzi z lotniska Dorval w nieznaną, potężniejącą w oczach, obcą przestrzeń nocy. Próbuje złapać autostop, ale nikt nawet nie zwalnia. Z hukiem i ostrzegawczym piskiem klaksonu mijają go trucki. Rusza w drogę pieszo. Nie zna nikogo. Nie zna angielskiego. Francuskiego też nie. Burczy mu w brzuchu. Miasto przytłacza ogromem, feerią świateł, nieustannym ruchem. Przy St.Catherines, głównej ulicy Montrealu, przy której dziś, w lokalach przyjaznych gejom, lesbijkom i transwestytom, tętni nocne życie towarzyskie, w oknie słabo oświetlonej kuchni, jakiś mężczyzna gotuje spagetti. Gęsta para unosi się znad garnka, osiada na szybie. Mógłby przysiąc, że czuje zapach świeżych pomidorów, podsmażonej cebuli i skwierczącego na patelni mięsa. Mróz drapie w przełyku, gdy głośno połyka ślinę próbując zapomnieć o coraz mocniej doskwierającym głodzie. Ten głód zapamięta do końca życia. Głód, smutek i dojmującą samotność w tłumie obcych ludzi. Po dwudziestu kilometrach marszu trafia na dworzec kolejowy.  – Może być – myśli, rozglądając się po brudnej poczekalni, pełnej śpiących po kątach Indian. – Gdzieś się tu kimnę na ławce. Zasypiając Michał przyrzeka sobie, że nigdy w życiu nie będzie już bez kasy.

O świcie nowy, nieznany świat wcale nie prezentuje się lepiej, ale pewien pomysł rodzi się w rozczochranej głowie. Zauważa, że Indianie, nie zważając na to, czy podróżny sobie ich pomocy życzy czy nie, bez pardonu łapią za każdą walizkę i niosą do pociągu, za co dostają, może i wymuszone, ale zawsze jakieś drobne. Mieszka na dworcu cały kolejny tydzień robiąc to samo. Nosi walizki, zbiera ćwierćdolarówki, śpi na ławce. Wieczorami, ze słownikiem w ręku, próbuje nawiązywać pierwsze rozmowy. Słowa rwą się, chrzęszczą, szeleszczą, brzmią sucho i chropowato, jakoś jednak udaje mu się dogadać z jednym z Indian. Ten wybiera się pociągiem przez cały interior na zachód Kanady i zamierza kilkudniową podróż odbyć na gapę. Opuszczają Montreal razem. Rozczarowanie dławi – właśnie upadł i roztrzaskał się na przemarzniętej na kość ziemi młodzieńczy mit legendarnej Ameryki. Pieniądze nie leżą na ulicach. Ludzie inni, dziwni jacyś, zamknięci w sobie, okutani w grube płaszcze, kobiety w długich, powłóczystych sukniach, nie ma z kim, bo i jak, pogadać. Miało być El Dorado, a jest głód, chłód i pustka.

Wygląda poważniej niż wskazuje metryka. Ubranie wciąż wygląda jeszcze w miarę elegancko, jasna karnacja i blond włosy wyraźnie kontrastują z kruczą czernią większości pasażerów. Nikt by go nie wziął za włóczęgę, bardziej za zagubionego przybysza, zbłąkanego poszukiwacza przygód. Patrzy w umykającą za oknami, niekończącą się biel. To przecież głód przygody zesłał go na to pustkowie. Nie względy ekonomiczne, nie bunt czy nienawiść do systemu. Ciekawość. Potrzeba poznania, słabość do wszystkiego co nowe, nieodkryte, odległe i tajemnicze. Pociąg staje czasami na dłużej w tej przerażającej bieli, pasażerowie walcząc z monotonią organizują bitwy na śnieżne kule. Po trzech dniach, bez biletu, bo konduktora zawsze jakoś udawało się wywieść w pole, na jednej kanapce, bo jakże wydać te zarobione na noszeniu walizek pieniądze, Michał dojeżdża do Edmonton.

Dworzec kolejowy w Edmonton maleńki, arktyczne powietrze utrudnia oddychanie. Zima rekordowo okrutna – przez dwadzieścia sześć dni z rzędu temperatura utrzymuje się dwadzieścia stopni poniżej zera. Dziura wygrzebana zakrzywionym pazurem w tłustej od ropy naftowej ziemi. W liczącym lekko ponad czterysta tysięcy obywateli mieście jest jeden szczególny, którego Michał bardzo chce odnaleźć. Ojciec. Z dworca trafia jednak prosto na komisariat policji. Nie zna adresu, nie ma za bardzo jak wtopić się w tłum. W areszcie siedzi ustawowe 24 godziny. Siedzi z Indianami. Indianie nie mają pióropuszy ani wojennych barw. Nie są piękni ani dumni. I w żaden sposób nie przypominają westernowych bohaterów. Indianie są brudni, obszarpani, przepici i skacowani. Bezzębne mordy mają poobijane, wzrok mętny, zawieszony w nieświeżej, spoconej przestrzeni niewielkiej celi. Degeneracja. Gaśnie kolejna skra marzenia. Z pierdla wysyłają go do Armii Zbawienia. Dostaje porządne, ciepłe ubranie, wolontariusz pomaga odszukać ojca.  – Przywitał mnie niezwykle serdecznie. Miał żonę prawie w moim wieku, ciut może starszą. Szybko się okazało, że tej jego żonie przyszła na mnie ochota. Następnego dnia już wiedziałem, że długo u nich nie zabawię. Że nic z nas nie będzie, że nie da się nadrobić tych wszystkich straconych lat, że za duża powstała między nami przepaść  – wspomina. I postanawia wyruszyć dalej, znaleźć sobie jakąś robotę, oswoić ten dziki, ogromny, nieprzyjazny kraj.

Kaja Cyganik