Nazywali go Marynarz…

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne paźd 24, 2016 at 5:35 pm

O jego przyjeździe do Kanady krążą niestworzone historie. Jak w przeciągu niemal półwiecza obrosnąć pnączem legendy? Nawet Sylwester nie bardzo wie, bo przecież nie on doprawiał i dobarwiał własne losy. To ludzie gadali…

IMG_5406W progu witają mnie dwa chude, średniej wielkości psy do złudzenia przypominające te bezpańskie, które wielokrotnie widywałam w Ameryce Południowej i Centralnej. A z Kuby je przywiozłem – uśmiecha się Sylwek. To co, mam ci opowiedzieć skąd się tu wziąłem? Wyciąga z półki album fotograficzny – jest wycinek z prasy i zdjęcie z sądu,  kiedy czekał na ogłoszenie werdyktu o swoim kanadyjskim być albo nie być, są stare, lekko już pożółkłe zdjęcia jego dziadków, wujka, którego zabili komuniści, legitymacja szkolna, kanadyjski banknot studolarowy  jeszcze sprzed II WŚ, pocztówki z krajów, które odwiedził. Sporo, bo podróżować lubi. Na ścianie, za szkłem, biało-czarne, poruszone, zdjęcie ze szkoły morskiej.  Historia jego emigracji krąży w Polonii od lat, ewoluuje, nabiera coraz ostrzejszych barw. Jedni mówią, że w desperacji wyskoczył do wody w porcie w Halifaxie, inni, że policja goniła go potem z karabinami po nabrzeżu, ktoś znów dodaje, że został tylko dzięki łasce ówczesnego premiera Pierre’a Trudeau.  Chcesz poznać prawdę, zapytaj u źródeł…

Urodził się w Ostrowcu Świętokrzyskim. W Świnoujściu skończył Zasadniczą Szkołę Rybołówstwa  Dalekomorskiego. Znalazł zatrudnienie w Przedsiębiorstwie Dalekomorskich i Usług Rybackich Gryf, które stało się szybko symbolem potęgi szczecińskiego rybołówstwa dalekomorskiego, wprowadzając na rynek paprykarz szczeciński. Pływał na dużych kutrach, tzw. rufowcach, znacznie bezpieczniejszych od burtowców, łupinek, które wysyłano na połowy na Morze Północne. Praca była fajna, nie bardzo wymagająca, robili 4/8 godzin, po segregacji ryba szła pod pokład do przetwórni.  Żarcie jak w najlepszej restauracji, zarobki niezłe, bo dwudziestoletni chłopak po czterech, pięciu miesiącach pracy zarabiał nawet i 250 tys zł. Na taką sumę, pod koniec lat 60’ niektórzy musieli tyrać kilka lat. Dodatkowym profitem były dewizy  - dolar na dzień – można się było tanio obkupić w Szwecji, potem u siebie pohandlować, jeszcze zarobić co nieco. Tyle, że wszyscy straszliwie pili. 80-90% rybaków przepijało pensje w portowych barach, stawiając wszystkim chętnym, sporo szło na dziewczyny – niektórzy po czterech dniach imprezowania znów zostawali bez grosza przy duszy. Dziś już nie ma takich kutrów. Ryb też coraz mniej.

IMG_5408Zanim weszli do portu w Halifaxie, spędzili na wodzie trzy miesiące. Na lądzie zostało ich czterech . Sylwek miał 19 lat. Wahał się, zastanawiał, nikogo tu przecież nie znał, ale starsi koledzy doradzali – zostań, młody jesteś, poradzisz sobie, tu cię reumatyzm zje na tych wodach, a tak to jeszcze milionerem zostaniesz. Był ’68, rząd kanadyjski przyjmował wtedy polskich rybaków, a wielu schodziło na ląd w portach Nowej Fundlandii czy Nowej Szkocji i nigdy nie wracało już ani na statek, ani na Stary Kontynent. Bez większej konspiracji, a jednak, dla niepoznaki, w środku chłodnej, październikowej nocy, z dwudziestoma dolarami w kieszeni, zapukał do drzwi portowego biura emigracyjnego. Umiał powiedzieć tyle co Polish fisherman, sailor, Canada. Trzech innych kolegów z jego statku już siedziało w środku. Kapitan domagał się rozmowy, nie w smak mu było wracać do Polski z przerzedzoną załogą. Odmówili. Nikt nikogo z karabinem nie gonił, ale zamiast wizy i pozwolenia na pobyt dostali deportację.  Pierre Trudeau nie ruszył palcem w ich sprawie, za to na wysokości zadania stanęła kanadyjska i amerykańska Polonia. W „Związkowcu”, „Głosie Polskim” i „Gwieździe Polarnej” apelowano o pomoc, solidarnie zebrano fundusze na adwokata . Sąd odbył się w Ottawie. W gazecie relacjonującej przebieg procesu napisano  „Sylwester powiedział, że weźmie każdą pracę, jeśli tylko będzie mógł pozostać w Kanadzie”, przy okazji zupełnie przekręcając jego nazwisko. Po trzech tygodniach od zakończonego procesu dostali papiery. Kanada stanęła otworem.

IMG_5411Mógł zostać w Halifaxie, bo poznał kanadyjską rodzinę, która oferowała mu darmowy wikt i opierunek. Przynajmniej angielski bym sobie wyszlifował, ale wstydziłem się, słabo rozumiałem ich akcent  - wzdycha. Potem jeszcze dwa lata listy do mnie pisali – przyjeżdżaj anytime. Ułożyło się inaczej. Przyjechał do Toronto. Pływał przez pełny rok po jeziorach i choć zarabiał świetne pieniądze, szybko znudziła go monotonia. Z Tunder Bay do Bay Como, systemem Wielkich Jezior, transportowali żyto, a z powrotem zabierali pyłek żelazny do Hamilton i hut stali w USA. Przesiadł się za kierownicę trucka. Rozwoził towar po Ontario, montowali kasy pancerne w nowo otwartych bankach. Od trzydziestu pięciu lat prowadzi własny biznes – wstawia okna, instaluje sidingi. Dzięki bezpośrednim kontaktom z branżą  inwestował w nieruchomości. Kiedyś ceny w GTA były normalne, za dwusypialniowe mieszkanie z garażem płaciło się 37 tys., za kawalerkę 18 tys. Dziś Sylwek pracuje mniej, czasami bierze jeszcze jakieś zlecenia, renowacje, ale woli spędzać czas na jodze, na spotkaniach z przyjaciółmi, a przede wszystkim – tańcząc salsę, której nauczyli go Kubańczycy w Hawanie. Na tyle, że czasami pomaga uczyć instruktorom prowadzącym lekcje salsy w Trinity Church przy Bloor&Spadina. Co zarobi, wydaje na podróże. Często wraca na Kubę, w tym roku był w Chinach i w Polsce, skąd samochodem ze znajomymi pojechali do Portugalii. Cieszy się życiem. Skromny, uśmiechnięty, pracowity. Tak ładnie obrośnięty własną legendą.

Kaja Cyganik

Chcesz podzielić się z nami historią swojej emigracji? Napisz  bezpośrednio do mnie: kaja.cyganik@gmail.com lub do rekakcji: redakcja@wiadomo.com