Wolność kochać i rozumieć

Polacy w Kanadzie Zapiski emigracyjne list 4, 2016 at 3:47 pm

Życie nauczyło go samodzielności, nieustępliwości i odwagi. Leszek Kociuba wyemigrował w poszukiwaniu wolności i lepszego bytu dla swojej rodziny. Droga z lubelskiego Jaszczowa do Kanady była jednak długa, wyboista i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji.

Widzę go z daleka. Lekko przygarbiony, posuwa się powoli, wspierając na składanym chodziku. Spotkaliśmy się kilka lat temu na stokach narciarskich w Killington. Sporo  się od tamtego czasu zmieniło. Siadamy w niewielkiej bibliotece jednego z Centrów Seniora w Etobicoke, gdzie czasami zagląda na jogę. Mówienie sprawia mu pewną trudność, nie wszystkie zgłoski sprawnie przechodzą przez struny głosowe. W oczach ten sam zawadiacki, głodny życia i przygód ognik, który rozświetlał labirynt emigracyjnych ścieżek.

Szybko wydoroślał. Miał 14 lat, kiedy  w maleńkim Jaszczowie, przez zaniedbanie lekarza, chwilę po operacji wyrostka robaczkowego, zmarła jego matka. Osierociła czwórkę dzieci. Przez rok nie mógł się pozbierać, blizna na sercu została do dziś. Skóra mu stwardniała, zhardział, nauczył się nieustępliwości i uporu, które potem pozwoliły mu wyjść obronną ręką ze wszystkich życiowych perypetii. Dziś dochodzi do wniosku, że w niektórych sytuacjach trzeba było odpuścić. Nie odpuszczał nigdy. Z trudem próbował się odnaleźć . W  technikum elektrycznym w Lublinie. Jako półsierota zamieszkał w sierocińcu (pełniącym poniekąd rolę internatu), a rosnąca potrzeba niezależności zmusiła go do podjęcia pierwszych prac zarobkowych i kontynuowania nauki w technikum wieczorowym. Odebrał ciężką lekcję samodzielności.

Na kolejne lata związał się z Wrocławiem, gdzie wyjechał za głosem serca, goniąc szczenięce marzenia o sympatii z podstawówki; uciekając przed wojskiem. Z pierwszych uniesień nie wyniknęło nic poważnego, ale Leszek obronił tytuł inżyniera elektryka na Politechnice Wrocławskiej, a potem założył rodzinę. Studiując wieczorowo pracował w Hutmenie w dziale postępu technicznego. W tym okresie również odnalazł w Sudetach swoją ogromną pasję – narciarstwo zjazdowe. Latem na Jawie 175 zwiedzał Polskę z plecakiem i namiotem, chwilę potem przesiadł się do Mikrusa. Zafascynowany automatyką szukał pracy związanej z tą dziedziną – doświadczenia nabrał przy uruchamianiu elektrowni Patnów koło Konina. Automatykę w Elektrociepłowni na warszawskim Żeraniu startował z grupą montażową, wracając co wieczór do ciężarnej żony. Córka urodziła im się Gdyni, kiedy pracował w elektrociepłowni przy Stoczni Gdańskiej. Potem były Kozienice, następna przeprowadzka i posmak kolejnych rozczarowań – inżynierowie w latach 70. zarabiali 1/3 tego, co zwykli robotnicy, a uprzywilejowani byli jedynie ci, którzy zdecydowali zapisać się do PZPR i współpracowali z UB. Nigdy się na to nie zdecydował, bo wierzył, że za parę groszy nie warto być „pieskiem, szczekającym na swoich”.

W którymś międzyczasie tych peregrynacji za chlebem zrodziła się w Leszkowej głowie myśl o zagranicy. Dojrzewała kilka lat i zaowocowała w 78’, kiedy to wyjechał samotnie na dwuletni kontrakt do Zambii, wierząc, że po powrocie zapewni rodzinie lepszy byt. Początkowo, wielokrotnie i bezskutecznie, próbował załatwić legalne pozwolenie na pracę przez Polservice – jedyny wtedy urząd takie pozwolenia wydający (nie bez udziału słonego haraczu). Ostatecznie wyjechał dzięki znajomościom, na rocznym paszporcie turystycznym, a pobyt na kolejny rok, wymagany przez kontrakt, przedłużył mu polski konsul z Tanzanii. Wydawać by się mogło, że sprawa jest czysta. Niestety, zaraz po powrocie, okazało się, że władza ludowa patrzy na całą kwestię zgoła odmiennie. Nie wybaczono mu, że przed wyjazdem nie poszedł na układ z SB, nie dogadał się. Nagle w bolesny sposób dotarło do niego, w jakim żyje kraju. Zabrano mu paszport, obiecano nigdy nie wydać kolejnego. Problemy się piętrzyły, w papierach miał nieciekawie, a „pan z czerwonym nosem” zawsze wiedział, co jest dla niego lepsze. Założył własną firmę, kupił maszyny, ale nawet do Niemiec po niezbędne części, pomimo formalnego poparcia Cechu Rzemieślniczego we Wrocławiu,  nie miał szans wyjechać.

Pękł, gdy wprowadzono stan wojenny. Zaczął kombinować, jak wyjechać z Polski na stałe. Było kilka opcji oficjalnych rządowych, zagranicznych kontraktów. Tylko te możliwości powstrzymały go przed ucieczką z autobusu w Wiedniu, gdzie udał się na samotną, krótką wycieczkę, otrzymawszy w końcu jakimś cudem paszport z „łaski władców”. Dzięki starym znajomościom zambijskim i zarobionym tam dolarom, znajomości technicznego angielskiego oraz łapówce wysokości miesięcznych zarobków wyjechał do Iraku. Zależało mu, bo tylko tam, po półrocznym pobycie, mógł zaprosić na wizytę rodzinę. W Bagdadzie, wraz z innymi polskimi elektrykami  i mechanikami  sprawdzał wydajność i wydawał ekspertyzy systemów chłodzących, zakładanych przez  firmę hinduską na zlecenie Arabów. 85’ był szalonym rokiem, wypełnionym po ostatnie dni lękiem, desperacją i rosnącym zaczynem tajemnic. Plan emigracji, misterny i ryzykowny, początki wziął w Ambasadzie Kanadyjskiej w Bagdadzie, gdzie Leszek trafił na chęć pomocy i dobrą wolę Mary Kennedy. Wszystkie miasta, które zaznaczył w aplikacji emigracyjnej, leżały nad wodą – drugą jego wielką pasją było żeglarstwo i w nowej ojczyźnie temu właśnie planował poświęcić wolny czas. Przy ambasadzie nie było wydziału imigracyjnego, po wizy do Kanady dla całego rodziny musiał więc jechać do Kuwejtu. Żeby dostać się do Kuwejtu załatwić musiał kolejną wizę. Przy tym bilety lotnicze postanowił kupić po cenach czarnorynkowych, te rządowe(oferowane przez Kanadę) były trzykrotnie droższe. W obozie pracy kontraktowej, gdzie zamieszkał, roiło się od szpiegów, a Leszek, który przez chwilę prowadził lokalny bar, lubił sobie strzelić kielicha i ponarzekać na system, był na cenzurowanym u wyjątkowo podejrzliwego esbeckiego porucznika. Denuncjacja groziła natychmiastową deportacją do Polski i kolejnymi represjami ze strony władzy ludowej. Sprzyjało mu szczęście, pomógł zaufany przyjaciel. Kiedy kontrakt się skończył, zabrakło miesiąca do odbioru wszystkich papierów emigracyjnych do Kanady. Udało mu się wyprosić kilkutygodniowy pobyt turystyczny i w odpowiednim czasie, z całą rodziną, wybrał się oficjalnie w podróż powrotną do Polski, z międzylądowaniem w Londynie(to też wyprosił u zwierzchników, przy poparciu nieocenionej Mary Kennedy). Londyn był furtką, którą wymknęli się do Kanady. Kiedy prawda wyszła na jaw, porucznik z czerwonym nosem, który pilnował porządku w irackim obozie , został karnie wyrzucony ze stanowiska.

Wylądowali na początku mroźnego stycznia 1986 z trzema walizkami pełnymi letnich ubrań i rozpierającym pierś poczuciem odzyskanej wolności. Wszystko zaczynał od początku, znajdując pierwsze zatrudnienie w niewielkiej pizzerii. Uparł się jednak, że będzie pracował  w wyuczonym zawodzie. Zrobił licencję elektryka, próbował nostryfikować wrocławski dyplom, jednak jego doświadczenie z Polski, Zambii i Iraku nie miało w Ontario większego znaczenia. A jednak kolejne lata, do samej emerytury przepracował jako elektryk.

Oszczędności nie miał, ale za pieniądze pożyczone z Gminy Żydowskiej kupił pierwszą żaglówkę. Znaczną część kanadyjskiego życia spędził na jeziorach i morzach (trzy lata mieszkał na łajbie na południowo-wschodnich wodach wybrzeża USA). W córce ( potem i w zięciu) zaszczepił miłość do wiatru i wody, zaraził ją także pasją narciarstwa, a wspólne zainteresowania pozwoliły im stworzyć piękną, mocną więź, którą pielęgnują do dzisiaj. Ma dwoje wnuków, wychowanych w polskiej atmosferze i kulturze, świetnie mówiących i piszących po polsku, zakochanych w żaglach. Z żoną rozstał się wiele lat temu. Do dziś utrzymują poprawne, koleżeńskie kontakty. Samotność przyszła w parze z pogarszającym się stanem zdrowie – trzy lata temu zaczął mu dokuczać lekkie problemy z równowagą i niedowład w nogach. Ciężko mu pogodzić się z zaistniałą sytuacją. Brakuje mu nart, żaglówki, aktywnego trybu życia. „Czasem myślę, że to grzech narzekać, takie miałem przecież ciekawe, pełne przygód życie. A jednak izoluję się od ludzi, bo się wstydzę, boję ich reakcji. Nie umiem się jeszcze oswoić ze starszym wiekiem z niedołężnością. Szukam sobie nowych zajęć, ćwiczę umysł, szukam pozytywnych stron, żeby nie myśleć ciągle o zaistniałej sytuacji, bo to mnie dobija. Poszukuję także znajomości z ludźmi, którzy mają jakąś pasję i chcieliby się nią podzielić. Lubię grać w szachy, mimo, że jestem jeszcze początkujący. Najbardziej męczy mnie fakt, że moje negatywne nastawienie do świata i otoczenia martwi moją córkę Kasię, a ona przecież robi, co może, żeby mi pomóc. Postanowiłem to w końcu zmienić”  - opowiada.

parkSwoje wspomnienia spisał w wordzie już jakiś czas temu. Znalazłam tam adnotację: „W moim odczuciu, jest to szczególnie ważne dla nas, żyjących w zastępczej Ojczyźnie. We własnym „domu”, bardziej utrwalają się przekazy ustne”. Słowa, które otwierają kolejny temat-rzekę: potrzebę mówienia, snucia opowieści, gawędzenia, podczas gdy nikt tak naprawdę nie ma ani czasu, ani ochoty słuchać… Inspiracją zapisania własnego losu była śmierć bliskiego przyjaciela, która bardzo dosadnie uświadomiła Leszkowi, że nikt nie zna dnia, godziny ani miejsca, w których nasza ziemska wędrówka dobiegnie końca. I że pragnień nie powinno odkładać na kiedyś, bo kiedyś może nigdy nie przyjść.  Leszek chętnie nawiąże nowe znajomości z osobami gotowymi podzielić się swoimi pasjami, towarzystwem i wolnym czasem – [email protected]

Kaja Cyganik

Chcesz podzielić się z nami historią swojej emigracji? Napisz  bezpośrednio do mnie: [email protected] lub do rekakcji: [email protected]