Zawodnik fair play

Polacy w Kanadzie Zapiski emigracyjne list 10, 2016 at 5:40 pm

Przez piętnaście lat trenował kanadyjską kadrę lekkoatletyczną. Dzięki sportowej karierze zwiedził większą część świata. Dziś Bogdan Poprawski prowadzi własną agencję handlu nieruchomościami, ale wciąż większość wolnego czasu angażuje w działalność sportową. 

Bogdan_s_pictureChorzowianin wychowany w Lesznie, przez najdłuższy okres życia przedemigracyjnego związany z Poznaniem. W jego żyłach płynie krew niemieckich i węgierskich, a w dalszej linii azjatyckich, przodków. Sport zawsze był dla niego esencją istnienia – już jako czternastoletni dzieciak wywalczył rekord Polski w pchnięciu kulą. Trenował sam. Czytał książki, uczył się, ćwiczył, aż został reprezentantem Polski juniorów bez udziału żadnego trenera. Dziś patrząc na te młodzieńcze osiągnięcia z perspektywy niemal pięćdziesięciu lat (i ogromnego doświadczenia trenerskiego) widzi swój sukces, bo rzadko się przecież zdarza, by ktoś bez żadnej profesjonalnej pomocy, jedynie własnym uporem i pracą, doszedł tak daleko. Jako osiemnastoletni chłopak, w ’66 pojechał na pierwsze zawody do Włoch, w tym samym roku wziął udział w Mistrzostwach Europy w Odessie, potem były Niemcy Zachodnie – zobaczył inny świat, gdzieś w głowie pojawiła się pierwsza myśl o wielkim świecie, a że duszę miał zawsze niespokojną, można było przewidzieć, że długo miejsca w Poznaniu nie zagrzeje. A jednak w ’70 skończył Wyższą Szkołę Wychowania Fizycznego – „Sport mnie zawsze interesował, bo w sporcie liczą się wyniki i nie potrzeba robić żadnych układów” – mówi. „Po studiach zostałem na uczelni jako asystent, zacząłem też pracę jako trener lekkiej atletyki. Moja kariera zawodnicza szybko się skończyła, bo nawalił mi kręgosłup”.

Trenerem od początku był dobrym, miał własne doświadczenia z dzieciństwa, zawsze się kręcił w czołówce, a i koledzy trenerzy pomogli. „To trochę tak, jak w stajni. Wszystkie konie w stadzie jak idą, to idą szybko, a jak jeden sam idzie, to się męczy”. Lata 60. i 70., na które ludzie zazwyczaj narzekają, on wspomina z rozrzewnieniem, bo takiego życia i takich warunków do sportu nie miał już nigdy później – „Dla sportu to był dobry okres, liczyła się propaganda, dobre wyniki w sporcie zawsze pomagały klasie rządzącej. Tak jest zresztą i teraz”. W 1975 zrobił doktorat z teorii sportu. W 80’ pojechał jako asystent na olimpiadę do Moskwy. Wtedy jeszcze wrócił, ale z kolejnego wyjazdu do Austrii, gdzie załatwił sobie pracę, przez nieprzewidziany zbieg okoliczności, zamiast do Polski, poleciał z rodziną do Kanady. „Przyjechaliśmy o miesiąc za późno albo o dziewięć miesięcy za wcześnie. W marcu ’81 przestano przyjmować Polaków do pracy, a w grudniu, po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, znowu zaczęli. Trafiliśmy na ten jałowy okres, do wyboru było albo wracać, albo jechać gdzieś dalej – USA, Kanada, Australia, RPA. Padło na Kanadę” – wspomina. Wylądowali w Montrealu, gdzie Bogdan z miejsca zaczął się rozglądać za jakąś pracą związaną ze sportem. Szefem Związku Lekkiej Atletyki był wtedy Polak, Gerard Mach, który trenował wszystkich rekordzistów z lat 60’ – Irenę Szewińską czy Andrzeja Badeńskiego. Bogdan został u niego pełnoetatowym trenerem. Uniwersytet Torontoński otwierał właśnie Ośrodek Przygotowań Olimpijskich (Track and Field High Performance Centre) – tam, jako trener lekkoatletycznej kadry kanadyjskiej, przepracował piętnaście lat. Prowadził też specjalistyczne treningi trenerów w różnych zakątkach świata. Był na wszystkich ważniejszych imprezach sportowych: na Igrzyskach Wspólnoty Brytyjskiej w Szkocji (86’), Nowej Zelandii (90’) i Kanadzie (94’), na Mistrzostwach Świata we Włoszech (87’), Japonii (91’), Niemczech (93’) i Grecji (97’), a jako trener kadry olimpijskiej Kanady na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Seulu (88’) i Barcelonie (92’). Jeden z jego zawodników zdobył w Seulu brązowy medal. Dwóch Niemców, którzy stanęli wyżej na podium, złapano później na dopingu. Na dopingu złapano też wtedy kanadyjskiego sprintera Bena Johnsona, w konsekwencji czego Bogdan, w obawie, że wszystkich trenerów wyrzucą z pracy, zajął się na pół etatu handlem nieruchomościami w Re/Max West Realty Inc., i tym samym wytyczył sobie nową ścieżkę zawodową. Wszystko co dobre skończyło się bowiem w 1997, gdy ze względu na cięcia budżetowe, zwolniono wszystkich ośmiu trenerów, lekarzy, masażystów i rehabilitantów, a ośrodek szkoleniowy zlikwidowano. Trenował potem jeszcze prywatnie lekkoatletów z kanadyjskiej czołówki (dziś większość zawodników trenuje w USA), ale coraz bardziej zaczął się angażować w pracę w nieruchomościach, zrobił kursy z real estate w George Brown College i mortgages w Seneca Collage, założył własną firmę Spencer Group Inc. Realty Brokerage.

10171250_824109547633168_1162385466669076525_n“Dla mnie tak w sporcie, jak i w życiu: albo się znam i sam robię, albo się nie znam i daję robić komuś innemu. Na nieruchomościach znałem się już na tyle dobrze, że wolałem pracować sam. Najlepsze wyniki zawsze miałem, gdy czemuś poświęcałem się w stu procentach. Albo sport, albo real estate. Pół na pół za bardzo nie działało. W biznesie real estate to jest fajne, że spotykasz ludzi z całego świata, próbujesz ich zrozumieć. Nagle się okazuje, że wcale nie musi być tak, jak my uważamy – krzyż, Matka Boska, Dzień Zaduszny. W innych kulturach tego nie ma, musisz się otworzyć, przestawić na inne myślenie. Tu się trzeba wtopić ”. Zatrudnia spory zespół, lubi pracować z młodymi ludźmi, ma mnóstwo energii, rozmowy o emeryturach, wnuczkach i chorobach zupełnie go nie interesują. Anegdotami na spotkaniach towarzyskich sypie jak z rękawa, bo ze swoimi zawodnikami widział i przeżył wiele zabawnych i zaskakujących sytuacji. Jak te, kiedy podczas kolejnych przyjęć towarzyszących zawodom sportowym, spotykał monarchów różnych krajów – Alberta księcia Monako (w Barcelonie i kilka lat później w Atenach), brytyjską rodzinę królewską na zamku w Edynburgu (nawet pożartował z Księciem Karolem), księżniczce Annie skarżyli się na deszczową pogodę i za krótkie łóżka, Królową Elżbietę widywał na Igrzyskach Wspólnoty Brytyjskiej. Wielu jego przyjaciół z młodości, z boiska, wiele osób którym bezinteresownie pomógł, jest dziś na wysokich stanowiskach, jak chociażby pewien Japończyk, którego kadrą opiekował się kilka dni w Kanadzie – dziś szef japońskiego związku lekkiej atletyki. Takie kontakty, czyste, poza układami, bywają pomocne. Pomagać zawsze lubił, jest działaczem społecznym, piastował funkcję wiceprezydenta Canada-Poland Chamber of Commerce, był członkiem Ontario Trillium Foundation, przyznającej wsparcie finansowe lokalnym inicjatywom społecznym, a jego działalność została nagrodzona w 2010 roku Ontario Volunteer Service Award.

Dziś regularnie czytuje „Przegląd Sportowy” i działy sportowe największych polskich i kanadyjskich gazet codziennych w wydaniach internetowych. Lubi być na bieżąco. Wielokrotnie komentował zmagania olimpijskie dla wielokulturowej telewizji Omni, od lat pisze o sporcie na naszych łamach. Od trzech lat zarządza klubem piłkarskim Lakeshore United w Mississauga. Poza sportem, dla własnej przyjemności, grywa jazz. I tu też towarzyszy mu dziwna umiejętność wpadania na znanych ludzi – „Zbłądziłem kiedyś po konferencji w korytarzach York University. Usłyszałem piękne jazzowe brzmienia, wchodzę do audytorium, a tam pusto, tylko Oscar Peterson siedzi przy fortepianie i gra. Był wtedy dziekanem wydziału muzycznego na Yorku. Usiadłem i słucham. Zauważył mnie, zapytał czy mi się podoba i czy gram. Zagraliśmy razem, na cztery ręce „Summertime” – nigdy tak dobrze jazzu nie grałem”. Muzykę ma we krwi, bo u niego w rodzinie wszyscy grali na jakichś instrumentach. Jeszcze w Polsce grał w kapeli w szkole średniej, a potem, już w czasach studenckich, ze Sławkiem Iwasiukiem założyli razem w Poznaniu w 67’ big bitowy zespół Nokaut. Na świat patrzy optymistycznie i zdroworozsądkowo. Należy do tego wymierającego gatunku ludzi, z którymi można pogadać o polityce, sztuce i sporcie, pożartować, wypić piwo, zjeść śledzia i zadumać się nad tym dokąd zmierza świat.

Kaja Cyganik

1384078_824109784299811_2781410760998494074_n