Nasz Mistrz Świata czyli kolarstwo po polsku

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne list 18, 2016 at 9:40 am

Kolarstwo trenował od najmłodszych lat i choć dorosłe życie emigranta odsunęło na jakiś czas miłość do dwóch kółek na dalszy plan, Krzysztof Kurzawiński wrócił do swojej dyscypliny w wielkim stylu.

14595701_10153876157351821_6559487891538286160_n

Spotykamy się w Bike Zone przy Dundas i Cawthra, gdzie na co dzień pracuje Krzysztof. Na wystawie tęczowa koszulka złotego medalisty, na ścianie kilkanaście kolejnych i jeszcze więcej medali. Od ilości rowerów dostaję zawrotu głowy. Reprezentant Kanady właśnie zdobył kolejne mistrzostwo.

Kaja Cyganik: Z Manchesteru w Anglii przywiozłeś niedawno Grand Prix Mistrzostw Świata w kolarstwie torowym klasy masters (50+). Ciężko było?

Krzysztof Kurzawiński: Zawody tego typu odbywają się co rok i udział w nich biorą głównie byli zawodowcy. Poziom jest bardzo wysoki, średnia wyszła 50km/h – dziadki zasuwają jeszcze. Do finału zakwalifikowało się 24 zawodników. Zawody odbywały się w systemie punktowym, który polega na tym, że co dziesięć okrążeń czterech pierwszych zawodników zbiera punkty. Dodatkowe, podwójne, zbiera się za zdublowanie, czyli dojście do zawodników poprzedniego okrążenia. 60 okrążeń to 20 km trasy, ale bywają i dłuższe. Podczas takich zawodów musisz dobrze znać technikę jazdy, mądrze wszystko rozegrać, wiedzieć kiedy pracować, kiedy odpuścić, przyspieszyć, złapać punkty. Zdobyłem najwięcej punktów, udało mi się wyprzedzić najlepszego na świecie zawodnika amerykańskiego, zdobyłem złoto. W kolarskim świecie to ważny, duży wynik. A ja miałem dwie operacje na serce i w ogóle nie powinienem się ścigać :-). Kiedy wróciłem cały mój team mnie witał na lotnisku, kwiaty były, szampan, limuzyna – jak po Mistrzostwach Świata być powinno.

12832306_1123556504344885_3147523103409964460_nKC: Wielokrotnie wygrywałeś wyścigi w różnych zakątkach świata. Jak się zaczęła Twoja kolarska kariera?
Krzysztof Kurzawiński: Urodziłem się w Łodzi, zaczynałem we Włókniarzu jako dwunastolatek w młodzikach, pod okiem mistrzów świata. Całe życie jeździłem na rowerze, to była moja pasja i praca, mieszkałem zresztą ledwo kilometr od welodromu. W juniorach byłem najmłodszym zawodnikiem kadry narodowej w kolarstwie szosowym i torowym. Zacząłem jeździć po różnych zawodach, stawałem na podium w Bułgarii, Czechach i byłej Jugosławii. A potem, na początku lat 80. zostałem powołany do programu olimpijskiego, miałem jechać na letnie igrzyska do Los Angeles w 1984, bo już wtedy specjalizowałem się w punktowym kolarstwie torowym. Nie pojechałem, bo był bojkot, poza tym władza nie chciała mnie puścić, bo moja siostra mieszkała już wtedy za granicą. Rok później drużyna, którą trenowałem zdobyła II miejsce w Mistrzostwach Świata, a ja chwilę potem wyjechałem do Niemiec, gdzie trenowałem przez dwa lata na szosie. Zacząłem też starać się o wyjazd do Kanady.

KC: Po przyjeździe do Kanady natychmiast wskoczyłeś na siodełko?
Krzysztof Kurzawiński: Wręcz przeciwnie. Trzeba było zarabiać na rodzinę, więc przesiadłem się za kierownicę trucka. Zapomniałem o kolarstwie na lata. Kiedy dzieci dorosły, starszy syn zaczął jeździć, a ja postanowiłem mu pomóc. Wróciła dawna pasja, zacząłem go trenować, wygrywał różne zawody, dostał się do kadry Kanady. I przestał jeździć. Miał 17 lat, lubił poimprezować, nie wytrzymał ciśnienia. Mnie ta cała sytuacja bardzo mocno zmotywowała. Zrzuciłem 25 kg, bo już grubas byłem. On przestał jeździć, ja zacząłem. Młodszego syna też doprowadziłem do kadry narodowej i on też zrezygnował, założył własny biznes, ale dla mnie już nie było odwrotu. Nagle się okazało, że ojciec trener, który zawsze stał na chodniku, umie świetnie jeździć na rowerze. Przyszły pierwsze wygrane, złoty medal w Mistrzostwach Kanady, treningi z Kanadyjczykami, w konsekwencji czego dziesięć lat temu powstał klub. Pracę truckera straciłem przez wypadek – jechałem rowerem, wjechała we mnie jakaś kobieta, byłem cały połamany. Cztery lata nie jeździłem też na rowerze. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dziś robię to, co lubię. Zawsze o tym marzyłem. Jechałem całą noc truckiem do Las Vegas, patrzyłem na ludzi pijących poranną kawę i zawsze im zazdrościłem, bo nigdy nie miałem na taką kawę czasu.

14724652_1324419077582079_8758620248053507941_n

KC: Kilka dni temu wróciłeś z Meksyku. I znowu sukces…
Krzysztof Kurzawiński: W Meksyku odbywały się zawody Pan Am Games. I faktycznie, wygrałem niemal wszystko, co było możliwe. Nikt w historii kolarstwa nie przywiózł jeszcze tyle złota z jednych zawodów. Ścigałem się na różne dystanse, w różnych kategoriach. Wcześniej były Mistrzostwa Pan Am w Puerto Rico, w Portugalii złapałem gumę, wielokrotnie stawałem na podium w Kanadzie.

KC: Wspomniałeś swój team, wspomniałeś o klubie. Kurzawiński to nie tylko zawodnik, prawda?
Krzysztof Kurzawiński: Obok pracy w Bike Zone prowadzę też swój klub rowerowy – WIN Cycling Centre. Codziennie robimy treningi w trzech grupach zaawansowania. Powiedzmy, że nie masz pojęcia o kolarstwie, więc przydzielimy cię do grupy C – jedziemy 20km/h, robimy około 25 km dziennie, rekreacyjnie, ot taka przejażdżka na kaweczkę. To najwolniejsza grupa, idealna dla tych, którzy chcą zgubić wagę, poprawić kondycję fizyczną. W grupie jest łatwiej się zmobilizować, wszyscy jadą razem, czekają na siebie, nikt nie zostaje w tyle. Uczymy się techniki jazdy. W grupie B są bardziej zaawansowani, grupa A to niemal zawodowcy. Nie ważne czy ktoś ma dwadzieścia, sześćdziesiąt czy sto pięćdziesiąt lat – każdy może przyjechać, spróbować swoich sił. Nigdy nie jest za późno, żeby zadbać o swoją kondycję. Mamy swoje stałe trasy, trenuję z grupami dwa razy dziennie, nie ma wymówek i taryfy ulgowej. Teraz akurat rano jeździmy na rowerach górskich, wieczorami biegamy, wprowadzam też powoli zimowe treningi na sali, gdzie trenujemy m.in spinning, są ciężary, sauna, basen. Mamy w sumie cztery grupy – szosowe, torowe, triatlon i mountainbike.

13962604_536482429883961_9110132804566924994_n (1)

KC: Przekonujesz, że każdy może trenować w WIN Cycling Centre. Polacy lubią takie wyzwania?
Krzysztof Kurzawiński: Polacy lubią jeździć, ale większość trenuje w pojedynkę. Mam sporo Włochów, Węgrów, zawodników z Jamajki. Podstawowe członkostwo (dwa treningi tygodniowo) to 60$ na rok, żadne w sumie pieniądze. Dla członków klubu mamy zniżki na rowery i sprzęt. Bardzo dbamy nie tylko o najlepszy poziom nauki, ale też o bezpieczeństwo – za grupą jedzie podświetlony samochód, więc tyły zawsze mamy zabezpieczone. Mam dużo doświadczenia z zawodowej kadry jeszcze z Polski i moim zamysłem było stworzenie tu, w Mississaudze, klubu rowerowego dla wszystkich, ale na prawdziwie profesjonalnym poziomie. Poza tym to zawsze fajna integracja, możliwość poznania nowych ludzi – mamy raz w miesiącu spotkania czysto towarzyskie, bo od pięciu lat Fregata zaprasza nas na kolacje. Wspiera nas też Erin Mills Limousines, polska firma, która zawsze nam użycza autobusu, jak jedziemy na krajowe zawody. To oni odebrali mnie z lotniska, gdy wracałem z mistrzostwem z Anglii.

KC: Z nazwiska zrobiłeś markę. KurzaWINski pojawia się na koszulkach, rowerowych gadżetach. Skąd taki pomysł?
Krzysztof Kurzawiński: A to jeszcze z czasów, kiedy moi synowie trenowali kolarstwo. „Win” bardzo wyraźnie brzmiało w próbach właściwego wymówienia naszego nazwiska. Powstało fajne, kreatywne logo, nazwa klubu też się stąd wzięła. Nasi klubowi rowerzyści jeżdżą w odpowiednich strojach, wszyscy wyglądają jak zawodowcy. Wciąż szukamy sponsorów. W Bike Zone stworzyłem swoją strefę, bo obok ekspozycji trofeów, mam maszynę do espresso, wygodne fotele, a przede wszystkim ogromny wybór rowerów.

KC: Trenujesz także zawodowców?
Krzysztof Kurzawiński: Tak, oczywiście. Jestem zatrudniony na pół etatu na welodromie Canadian National Track w Milton, gdzie uczę ludzi z Masters Racing Team jeździć na torze. Poza tym trenuję prywatnie zawodników przygotowujących się do różnych wyścigów.

KC: Pomysłów Ci nie brakuje…
Krzysztof Kurzawiński: Myślę intensywnie o Olimpiadzie w Nowej Zelandii w 2017. Są Mistrzostwa Świata w Los Angeles i Pan Am Games w Chile. Potem już chyba przestanę się ścigać. Chciałbym otworzyć swoje studio, najlepiej z małą kawiarnią, bo na razie wynajmuję tylko przestrzeń na treningi w klubie fitness przy Erin Mills. Współczesna technologia sprawia, że nawet trening stacjonarny może być fascynujący. Rower wpina się na specjalne rolki, podłącza nowoczesne urządzenie i jedziesz, a na ekranie telewizora przez tobą wyświetla się cała, ładna graficznie trasa, ścigasz się z innymi zawodnikami zalogowanymi on-line z zupełnie innych miejsc. Coś jak internetowa gra w jeżdżenie na rowerze, tyle że pedałujesz naprawę. W ten sposób można regularnie trenować samemu w domu, ale to rzadko zdaje egzamin, bo często mamy słomiany zapał do takich pomysłów. Sporo ludzi pyta o grupy dziecięce, myślę, że fajnie by było taką stworzyć. Organizuję też obozy szkoleniowe, najczęściej na Kubie, Dominikanie, w Hiszpanii, myślę o Polsce, o Chile. I w sumie taki mam pomysł na emeryturę, żeby uciec trochę od tutejszych zim, pomieszkiwać na Karaibach i tylko przyjmować kolejne turnusy. Ale do emerytury jeszcze daleka droga.

Rejestracja na zimowe treningi, informacje o klubie, programach i grupach oraz więcej zdjęć: www.wincyclingcentre.com

Kontakt z Krzysztofem Kurzawińskim: [email protected] lub telefonicznie 416-629-1917.
Na hasło „Wiadomości” w Bike Zone czeka 10% zniżki przy zakupie nowego roweru. Wystarczy zgłosić się do Krzysztofa.

14469719_559775350888002_8047179387767349119_n