Teresa od spraw beznadziejnych

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne grud 3, 2016 at 10:19 pm

Życie dało jej porządnie w kość, Teresa Wierzbicka nigdy się jednak nie poddała. Ludzie do niej lgną, przychodzą jak do spowiednika. Jej energia elektryzuje, a działalność charytatywna jest dla wielu prawdziwą inspiracją.

Wszędzie jej było pełno. Niewysoka, szczupła, pełna niespożytej pasji – żagle, spływy kajakowe, pływanie, rowery, jazda konna, lekka atletyka, tańce, zimą narty, bujne, barwne życie towarzyskie. Wodę oswoiła w najbardziej ekstremalnych aspektach – do dziś ma jeden z rekordów Polski w schodzeniu w odmęty. Jako płetwonurek spacerowała po hipnotycznym dnie Morskiego Oka na głębokości 54 metrów, nurkowała pod lodem na Wiśle w okolicach Płocka. Życie nie oszczędziło jej cierpień i smutku, bo przecież musi być balans. Ojciec umierał jej na rękach, wdową została w wieku dwudziestu jeden lat, kiedy jej pierwszy mąż zmarł nagle na wylew.

10557070_981330318563900_337835590822749795_o

Teresa Wierzbicka, Teresa Lipowska, Konsul Generalny RP Grzegorz Morawski

Zawsze były we trzy – Mamulka, odważna, mądra, wieloletnia działaczka podziemia AK, o umyśle niezwykle otwartym i lotnym, która na Sadybie, przy finansowej pomocy krewnych z USA, zbudowała rodzinny, ciepły dom; Ona i jej młodsza siostra Ela. Teresa pracowała przez wiele lat w Ministerstwie Rolnictwa, w dziale opracowań badań rolniczych. Ela wyjechała z Polski w ’70. w konsekwencji czego Teresa natychmiast straciła pracę i obie z mamą przez lata nie miały szans na otrzymanie paszportów i jakąkolwiek podróż, chociażby do krajów Demoludu. Przyrzekła sobie wtedy, że nigdy z Polski nie wyjedzie.

Emigracja nie była więc ani oczekiwana ani specjalnie chciana. Nie była spełnieniem marzenia o ucieczce w łap reżimu, potrzebą poszukiwania przygód, odkrywania nowych miejsc. Wyjechała do Kanady, w której od lat mieszkała Ela, bo w Polsce nie mogła znaleźć sobie już miejsca, kiedy po dramatycznej walce z rakiem trzustki, odszedł jej ukochany mąż Jasiek. Edward Dziewoński, założyciel kabaretu Dudek, znajomy rodziny i jej wielki przyjaciel powiedział wtedy – „wiesz stara, jedź do tej Kanady, znajdź sobie bogatego Kanadyjczyka polskiego pochodzenia i bądź szczęśliwa”. Wyjechała za pozwoleniem władz w ’89, uprzednio sprzedawszy wszystko co posiadała – mieszkanie, samochód, większość mebli. Znów zamieszkały we trzy, w tym samym budynku, nad samym jeziorem. Nigdy w Kanadzie nie zaznała pełni szczęścia. „Uważam, że ten kraj jest cudowny dla emigrantów, ale moje serce zostało w Polsce” – przyznaje. A jednak szybko, zamiast popadać w szare beznadzieje i nostalgie, jak to ona, odnalazła się w nowej rzeczywistości. Przyleciała w lutym, a już w czerwcu została powołana przez Wujca i Lityńskiego jako mąż zaufania do pierwszych, częściowo wolnych wyborów w historii Polski po II WŚ. Pracowała w banku w dziale dokumentacji metodą mikrofilmu, potem siedem lat w Polskim Konsulacie, gdzie przeszła przez wszystkie działy od paszportowego przez prawny po administracyjny. Od samego początku, bo ledwo dwa tygodnie po przybyciu do Toronto, angażowała się w pracę społeczną, a ta właśnie w pewnym sensie stała się motywem przewodnim jej życia na emigracji. Ela była wtedy dyrektorem Biura Pomocy Emigrantom, więc Teresa zaczęła od pomocy siostrze. W 1995 Kongres Polonii Kanadyjskiej wyróżnił ją brązową odznaką, w uznaniu na pracę społeczną. W 2009 otrzymała odznakę honorową „Zasłużony Dla Kultury Polskiej”. W szufladzie, w eleganckim pudełku, trzyma Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczpospolitej Polskiej oraz odznaczenie 20 Years 2013 Volunteer Service Award. Jest przewodniczącą Ogniwa 15 Federacji Polek w Kanadzie.

Odkąd pamięta, miała szerokie kontakty w środowiskach artystycznych. Kontakty, których początki sięgają czasów powojennych, kiedy to jej mama zorganizowała na Sadybie teatr amatorski. Sama wzięła udział w dwóch spektaklach, miała dryg to recytacji. Wielu twórców, ludzi sceny i estrady poznała dzięki swojemu drugiemu mężowi, aktorowi. Pomimo upływu czasu, pomimo emigracji, Teresa wiele z tych kontaktów utrzymuje i pielęgnuje do dziś. Zachowała też niezwykłą łatwość nawiązywania przyjaźni z artystami młodego pokolenia. Nie znosi ustawicznego narzekania, rozmów o niczym i ludzkiej zawiści. Jest jak sufler – nikt jej nie widzi, nikt nie zdaje sobie sprawy z wagi jej roli, a to dzięki niej aktorzy czują się komfortowo. Dużo (i od samego początku) pomaga Maestro Andrzejowi Rozbickiemu – opiekuje się polskimi wykonawcami, gdy przylatują na październikowe koncerty w Living Art Centre, ułatwia komunikację z artystami, z którymi od lat jest na przyjacielskiej stopie.

10989322_981329981897267_2995534266597359861_o

Zdrowie jej się kruszy, od kilku lat leczy się onkologicznie. Została sama. Ela odeszła latem 2005, mamulka kilka lat wcześniej. Ogrom miłości, który nosi w sercu oddaje porzuconym, niechcianym, upośledzonym dzieciom z ośrodka Stowarzyszenia Pielęgniarsko – Opiekuńczego „Z Ufnością w Trzecie Tysiąclecie” w Częstochowie, o którym dowiedziała się od Justyny Steczkowskiej i Tereski Lipowskiej, znanej polskiej publiczności głównie z serialu „M jak Miłość”. Udało jej się ostatnio uzbierać osiem tysięcy dolarów. Kwota pozwoliła na kupno i instalację niezbędnego agregatu prądotwórczego. Często lata do Polski, nieustannie walczy o sponsorów (wielu jest z nią od lat), co roku w czerwcu, przy życzliwym wsparciu – jak określa Teresa – wszystkich pracowników Konsulatu, a także całych rodzin oddanych wolontariuszy, organizuje w Konsulacie RP „Wianki” – imprezę, z której dochód przeznacza na cele charytatywne. Woli kupić lub sfinansować coś konkretnego, niż przekazywać żywą gotówkę. Wcześniej sekundowała Fundacji „Mam marzenie”, ale nie podobała jej się polityka finansowa organizacji. Myśli już o scenariuszu kolejnej edycji „Wianków”, choć do czerwca jeszcze długa, zimowa droga. Wie, że zebrane środki przekaże Adamowi Woronowiczowi, aktorowi, który wcielił się m.in w rolę księdza Popiełuszki, a który pomaga białostockiemu szpitalowi leczącemu dzieci z porażeniem mózgowym. Zdarzają się przypadki bezinteresownej, anonimowej pomocy, gesty wsparcia, których się nie spodziewa, a które roztkliwiają i napędzają do dalszego działania. Ludzie jej ufają, dzieją się małe cuda, a ona sama inspiruje innych do drobnych, charytatywnych odruchów, topi lód w zatwardziałych sercach. Przy tym jest uparta, zaradna, bezkompromisowa i nie boi się mówić prawdy prosto w oczy, co wielu ludziom nie zawsze pasuje. „Praca społeczna to wieczne żebranie. Prosić też trzeba umieć” – uśmiecha się Teresa. „Moje życie jest tak dramatyczne, że innej metody na nie niż radość tak naprawdę nie ma. Kiedyś pewien człowiek powiedział mi, że gdy odchodzi ktoś, kogo kochasz, nie ważne czy to matka, mężczyzna, czy przyjaciel, musisz natychmiast ulokować swoje uczucia gdzieś indziej, znaleźć kogoś lub coś, w co możesz przelać całą osieroconą miłość, której nagle nie masz już komu dać. Wydawało mi się to wtedy zupełnie niemożliwe. Dziś wiem, że miał rację. Przeżyłam wiele wspaniałych chwil, radości i zwycięstw, więc jakże mogłabym się teraz poddać. Gdzieś przeczytałam, że cudzy ból nie sięga twojego serca, staram się więc zawsze szukać pozytywnych stron, działać, nie użalać się nad sobą.”

Lubi samotność w nienachalnym towarzystwie natury. Z przyjemnością wędkuje, ostatniego lata złapała 8,5 kg szczupaka. Przyznaje, że największy błąd, jaki notorycznie zdarza się jej popełniać, to szukanie winy w sobie – „Wystarczy, że ktoś się do mnie za długo nie odzywa, pochłonięty swoimi sprawami, a mnie się od razu wydaje, że to moja wina, że może niechcący go uraziłam”. Wierzy w dobro – im więcej daje, tym więcej go otrzymuje. I nie zatrzymuje tego dobra dla siebie – zbiera, niesie i rozsiewa tam, gdzie najbardziej go brakuje.

Kaja Cyganik