Polska – nosisz ją w sobie

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne grud 13, 2016 at 7:22 am

Urodzili się na Wołyniu, w wioskach oddalonych od siebie o zaledwie 30 km. Upłynęło jednak kilkanaście lat, zanim, po burzliwych doświadczeniach emigracyjnych, już w Kanadzie, ich ścieżki splotły się w jedną. Maria i Paweł Dubiccy od pięćdziesięciu lat tworzą i pielęgnują polski folklor. To oni założyli  Zespół Pieśni i Tańca Biały Orzeł.

Emigrantami są od tak dawna, jak dalece sięga ich pamięć. Wysiedleni podczas II WŚ z rodzinami do Niemiec, nie pamiętają dzieciństwa w Polsce. Do Kanady trafili w kwiecie wieku, ona, siedemnastoletnia w ‘55, on, o siedem lat starszy w 51’, po czterech latach życia w belgijskiej Walonii. Poznali się zimą 56’, rok później wzięli ślub. Maria, wyuczona w niemieckich szkołach krawcowa, szybko znalazła zatrudnienie. Paweł, bez zawodu i znajomości języka angielskiego, brał każdą robotę. Pięć lat przepracował u Forda, ale że monotonia linii montażowej zaczęła go nużyć, poszedł na swoje i zajął się kontraktorką. „W latach 50. w Ontario spotykaliśmy się z anglosaską dyskryminacją, słowiańskie nazwisko zatrzaskiwało drzwi na uniwersytety, mój brat wyjechał na studia do Halifaxu, został liczącym się w Kanadzie chirurgiem. Ludzie często zangielszczali swoje nazwiska, bo to, że ktoś miał pieniądze niczego nie ułatwiało. Zupełnie inne czasy”.

Biały Orzeł powstał w 1966 z czystej, nieujarzmionej potrzeby serca, a takie dzieła, prawdziwe, pełne poświęcenia, pasji i miłości, są ponadczasowe i nieśmiertelne. Pierwszą parą tancerzy byli ich znajomi, a próby odbywały się w niskiej piwnicy domu Marii i Pawła. Potem sali na próby użyczył Związek Polaków w Kanadzie, a zespół spod skrzydeł parafii Św. Stanisława po sześciu latach przeszedł pod parasol parafii św. Kazimierza. Nigdy na tej działalności nie zarabiali, częściej dokładali z własnej kieszeni. Wszystko co osiągnęli, osiągnęli własną pracą i uporem. Maria scenicznego życia liznęła jeszcze w Niemczech, Paweł w Belgii udzielał się artystycznie w zespole harcerskim. „Jesteśmy samoukami” –przyznaje Paweł. „Uczyliśmy się z książek, muzykę kopiowaliśmy z płyt winylowych, żona ma słuch absolutny, sama nauczyła się grać na skrzypcach. Dla mnie jak zespół nie tańczy mazura i poloneza, to to nie jest zespół. To najtrudniejsze i najważniejsze tańce narodowe”.

15310508_10157766784030526_1715699944_n

“Biały Orzeł” sprzed lat. Pośrodku Maria i Paweł Dubiccy.

Wysłani na kurs choreograficzny, na początku lat 70. po raz pierwszy pojechali do Polski i dopiero wtedy tak naprawdę zaczęli poznawać swoją Ojczyznę. Początkowo zespół przyjmował młodzież od 14 roku życia, dziś prowadzi także grupę dla maluchów. W domu Państwa Dubickich zawsze było gwarno – „Jak na dworcu” – śmieje się Maria – „przyjeżdżał Śląsk czy Mazowasze na występy gościnne, zawsze zapraszaliśmy do siebie, organizowaliśmy przyjęcia, młodzież przychodziła na przymiarki, drzwi się właściwie nie zamykały”. Maria swój krawiecki talent wykorzystała do szycia kostiumów. Ze starodawnych pocztówek, a potem grubych albumów przedstawiających stroje różnych regionów, odzworowywała projekty, szukała materiałów w żydowskich sklepach, kroiła, szyła od świtu do nocy. Musiały być idealne, takie jak w książce. Stroje warmińskie do suity warmińsko-mazurskiej, zupełnie wśród polskich zespołów niepopularnej, pochłonęły najwięcej czasu i pracy – w 72’ specyficzne rurki czepków zwijała na ołówku i przeszywała jedna po drugiej, regionalne hafty zamówiła u sióstr zakonnych, bez mrugnięcia okiem zapłaciła po 80 dolarów za sztukę. Na festiwalach w Polsce znawcy tematu przyznawali – macie lepsze kostiumy niż my. Pierwsze kostiumy – męskie kontusze – zamówili w Polsce dopiero w 81’ gdy ich córka będąc na rocznych studiach w Lublinie tańczyła w „Lubliniakach”. Przy rzeszowskich pojawił się problem, bo Maria chciała autentyczne stroje z atlasów, zakwestionowała odcienie fartuchów, a producenci się śmiali, że ma większe wymagania niż ktokolwiek w kraju. Tancerze Białego Orła pokazywali również na rodzimych scenach tańce rdzenne Kanady – folklor Indian i prerii, w strojach niczym nie ustępującym oryginałowi. W 1974 pisano o nich w „Toronto Star” i wtedy po raz pierwszy tutejszy mikroświat usłyszał o polskiej tradycji obchodów Świąt Wielkanocnych (wcześniej promowano głównie tradycje ukraińskie i żydowskie). Wieloletnie sukcesy Białego Orła Paweł kwituje: „Traktowaliśmy wszystkich równo. To jest zespół, więc nikogo się nie wyróżnia. Wiadomo, są lepsi, gorsi, jedni bardziej, inny mniej utalentowani, ale to nie powinno mieć znaczenia. Własnych dzieci też nigdy nie faworyzowaliśmy. Przez te wszystkie lata dbaliśmy o różnorodność, powstał repertuar oparty o suity: rzeszowską, wielkopolską, lubelską, śląską, kaszubską, warmińsko-mazurską, tańce góralskie Nowego Sącza i Zbójnicki, kanadyjski square dance, tańce indiańskie, pieśni ludowe i inscenizacje piosenek. Młodzież była bardzo zdyscyplinowana, wygrywaliśmy większość festiwali, a jako zespół polonijny dostaliśmy nawet nagrodę dziennikarzy za najlepszą polszczyznę. Nigdy nie przypuszczałem, że dotrwamy do 50-lecia i ogromnie się cieszę, że zaszliśmy tak daleko”.

W miłości do folkloru i muzyki wychowali trójkę dzieci. Dwóch synów i córka, świetnie wykształceni muzycznie, przetańczyli młodość w Białym Orle, w ślady rodziców poszły dzieci – wnuki państwa Dubickich dobrze wiedzą co to oberek, a co kujawiak, najmłodszy, piętnastoletni, do dziś jeszcze występuje na scenie. Przez trzy lata byli gospodarzami Polskiego Festiwalu na Roncesvalles, dziś zastępuje ich w tej roli córka. W Sydney w Nowej Szkocji stworzyli zespół, w którym polskiego folkloru uczyły się dzieciaki z czwartego pokolenia emigrantów, z mieszanych małżeństw, niemówiące za bardzo po polsku, zdeterminowane, zafascynowane. „To było dla nas niesamowite przeżycie. Uświadomiłem sobie wtedy, że polskość nosi się w sobie, zakorzenioną głęboko w sercu. Znałem dwa języki zanim dobrze nauczyłem się polskiego. I to nie to, że chcieliśmy robić folklor, myśmy musieli się tym zająć, bo tego łaknęły nasze dusze. Zdarza się, że żyjący na emigracji Polacy bardziej szanują, kultywują i pielęgnują polską kulturę niż rodacy w kraju. ”

Do pierwszego poważnego rozłamu doszło w 1977, kiedy najstarsza grupa, niechętna młodszym kolegom, odeszła z Białego Orła i stworzyła Zepół Pieśni i Tańca Lechowia. Dzięki pomocy państwa Dubickich powstała Radość Joy, ich wychowanek założył zespół Kujawiacy. Do drugiego rozłamu dojść może lada dzień, co niestety zaburza plany hucznych obchodów 50-lecia zespołu i galowego koncertu jubileuszowego, zaplanowane na styczeń 2017. Ogniwem zapalnym, według Państwa Dubickich, zdaje się być wieloletni kierownik artystyczny i choreograf zespołu, wychowanek „Śląska”, etnograf i muzyk, który z najbardziej doświadczonej grupy tancerzy chce stworzyć własny, zawodowy zespół, mający w niedalekiej przyszłości zacząć zarabiać na występach artystycznych. Maria i Paweł nie kryją zawodu i rozczarowania – po ponad dwudziestu latach wspaniałej współpracy coś w ich wzajemnych stosunkach ewidentnie zaczęło się psuć i sypać. „Był dla nas jak syn. Prosiliśmy na obiady, traktowaliśmy jak swojego, nie wtrącaliśmy się w jego pomysły, wychodziliśmy z założenia, że jak będzie chciał, to zapyta. Chodziliśmy na próby, pomagaliśmy przy kostiumach, a od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło, nawet w stosunku do mnie zaczął się nieładnie odnosić, potem zupełnie zerwał kontakt” – opowiada Maria, przełykając łzy, bo serce jej się kraje za każdym razem, kiedy o tej sytuacji pomyśli. „Kilka razy próbowano zniszczyć zespół, ale wierzę, że Biały Orzeł zawsze będzie lecieć w górę. Ludzie przychodzą, odchodzą, a przyszłość drzemie w najmłodszych, tych którzy chcą kontynuować polskie tradycje” – dodaje Paweł. Obecnie Biały Orzeł ma nowy zarząd, który wystarał się o to, by zespół przekształcił się w charytatywną ogranizację non-profit. W zeszły piątek wspólnie świętowali 50-lecie na bakniecie w Oasis – ogromna, szczęśliwa rodzina artystów, którzy serca mają kolorowe, jak łowickie wycinanki. Kilkanaście małżeństw poznało się na scenie, większość przetrwała do dziś.

14907218_765707400258500_6789036150878200929_n

Maria i Paweł Dubiccy współcześnie.

Kilka lat temu państwo Dubiccy sprzedali dom i przeprowadzili się do Copernicusa. Prowadzą aktywne życie, udzielają się w Klubie Seniora, w różnych zrzeszeniach i organizacjach. Maria działa w Kole Polek, śpiewa w chórze, dla zespołu, gdzie z koleżankami z Copernicusa wciąż jeszcze „chodzą” Krakowiaka, uparcie przygotowuje kostiumy, choć zdrowie jej już za bardzo na to nie pozwala. Od występów nie odwiodły jej nawet dwa złamane żebra – kiedy po koncercie pojechała na pogotowie, lekarz za głowę się złapał. W listopadzie odebrała nagrodę Brilliant Minded Women w kategorii „Maria Martini Resilience Award.” Paweł przez 20 lat był w radzie nadzorczej Copernicusa, jest członkiem Sodalicji Mariańskiej, ma świetną pamięć do dat, faktów historycznych i politycznych. Czasami grywają ze znajomymi w karty, jeżdżą na krótkie wycieczki samochodowe. Całe życie przetańczyli razem. W przyszłym roku będą obchodzić 60-lecie małżeństwa. Nigdy nie czekali na spokojną emeryturę – pełni poczucia humoru, czerpią z życia na ile starcza im sił.

Kaja Cyganik