Polowanie na niedźwiedzia

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne grud 15, 2016 at 2:20 pm

Na emigracji przyjął się od razu, bez poczucia straty i wykorzenienia. Może dlatego, że przeprowadzki miał we krwi od dziecka. Może dlatego, że Kanadą był już wtedy urzeczony na dobre. Marek Mańkowski nad biurkiem, koło skóry własnoręcznie upolowanego niedźwiedzia, powiesił portret Królowej Elżbiety. Tu jest jego dom.

ostatnie 548

Urodził się w Słupsku, gdzie spędził kilkanaście pierwszych lat życia. Potem zaczęły się przeprowadzki i peregrynacje trwające właściwie do dziś. Płock, Otwock, Jabłonna, Olsztyn, Warszawa… Pierwszą prawdziwą tęsknotę przeżył opuszczając rodzinny Słupsk, każda kolejna zmiana przychodziła mu łatwiej, bardziej naturalnie, aż zupełnie przywykł.

Po studiach na Politechnice Warszawskiej (skończył wydział samochodów i maszyn rolniczych) pracował krótką chwilę w wyuczonym zawodzie. Sprzedawał samochody w Polmozbycie, ciężko jednak było z pracy państwowej utrzymać rodzinę. Ożenił się młodo, w wieku 20 lat, chwilę potem na świat przyszedł jego jedyny syn Marcin. Został krawcem samoukiem, rozgryzł tajniki szycia, otworzył własną firmę. Dwa lata szył koszule kowbojskie dla dzieci na zatrzaski, które w Polsce były wtedy absolutną rzadkością – „Miałem niemałą satysfakcję, gdy kiedyś zobaczyłem te koszule na bazarze Różyckiego. Ktoś musiał je wykupywać ze sklepów i sprzedawać dalej po wyższej cenie” – wspomina. Czasami jeszcze siada do maszyny. Swojej żonie uszył niedawno zimowe futro, z pasją oddaje się także pracy w skórze: zrobił okładkę na e-book’a i piękny futerał na myśliwską strzelbę. Wtedy w Polsce, w latach 70. zamienił w końcu maszynę do szycia na niewielki warsztat stolarski i razem z kumplem zaczęli projektować i produkować pomoce szkolne dla klas nauczania początkowego (1-3). Marek rozwoził je potem Fiatem 126p po zbiorczych szkołach gminnych. „Trudno uwierzyć, ale byłem w każdej gminie w Polsce. Nie ma drogi, którą nie jechałem, nie ma orbisowskiego hotelu, w którym nie nocowałem. Przejeżdżałem około 100 tys kilometrów rocznie, Maluchem, przy wzroście 186 cm. Co rok kupowałem nowy silnik. Z oryginalnego samochodu po czterech latach została tylko tylna kanapa, wszystkie inne części, łącznie z karoserią, musiałem wymienić. Dobrze nam szło. Takie pomoce naukowe były wtedy w Polsce na wagę złota, każda szkoła chciała je mieć, szły jak ciepłe bułeczki. Wracając po tygodniu z trasy mogłem kupić pół Malucha. Zdarzyło się jednak tak, że pojechałem w 1980 na trzy miesiące w odwiedziny do siostry i zachorowałem na Kanadę. W Polsce pachniało wtedy wolnością, coraz głośniej mówiono o „Solidarności”, pełen optymizmu złożyłem więc aplikację o papiery emigracyjne dla całej rodziny w Ambasadzie Kanadyjskiej”.

Na początku stycznia 82’ cała trójka dostała bez problemu status landed immigrant. Problem pojawił się jednak przy kwestii paszportowej, spóźnili się miesiąc, panował już stan wojenny i nawet osobista wizyta u wice-minister spraw zagranicznych nic nie dała. Usłyszał, że póki jest w stanie produkcyjnym z Polski nie wyjedzie. Wyszedł trzaskając wielkimi dębowymi drzwiami, mrucząc pod nosem, że na komuchów pracować nie będzie. I tak minęło pięć lat. „Wiedziałem, że nigdzie nie wyjedziemy, wróciłem do biznesu. Kupiliśmy w dwie rodziny, za bezcen, siedlisko Lobkajny na Warmii, między Olsztynem a Ostródą, w gminie Łukta, gospodarstwo, którego PGR chciał się pozbyć. 110 hektarów w środku niczego. Mieszkaliśmy tam trzy lata, do momentu emigracji, i ten czas wspominam jak trzy lata nieustannych wakacji”.

W ’86 spotkał przypadkowo w barze kolegę z dawnych licealnych lat, który, jak się przy wódce okazało, pracował dla SB. Obiecał załatwić paszporty za bajońską na tamte czasy kwotę $200 od osoby, pod warunkiem ponownej przeprowadzki do Otwocka – miejsca zameldowania. Paszporty, na poczet swingowanej wycieczki do Włoch, faktycznie dostali. Do Wenecji, gdzie mieli oficjalnie dotrzeć, nie dojechali nigdy. Przez Czechosłowację, Niemcy i szwajcarskie Alpy trafili w prawdzie do Włoch, ale miejscem docelowym podróży był obóz dla uchodźców w Latinie, skąd mieli nadzieję wyemigrować do Kanady. Sama podróż była nie lada przygodą, bo Marek, głodny piękna i przestrzeni, wybierał drogi najtrudniejsze, ledwo przejezdne, górskie i strome, gdzie na zapomnianych przejściach granicznych nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi. Ten głód w pewnych sensie ich uratował, bo gdy w Latinie okazało się, że program emigracyjny jest chwilowo zamknięty i ktoś poradził wracać do Niemiec by prosić o pomoc polskiego księdza, już w Karlsruhe niemiecki urzędnik nie mógł się nadziwić jak to się stało, że na pojedynczej wizie tranzytowej wjechali do Niemiec trzeci raz. „W Niemczech przeżyliśmy pierwszy szok – ja, bo do tej pory wiedziałem tyle, że dobry Niemiec do martwy Niemiec, a tu na każdym kroku spotykaliśmy się z uprzejmością i bezinteresowną pomocą, a żona – bo w sklepie znalazła piwo i banany”. W zbiorczym obozie dla uchodźców w Ulm spędzili ponad rok. Największym kulturowym szokiem było zderzenie z Arabami; trudne do tego stopnia, że w ramach odwetu po serii niesnasek i solidarnej interwencji w sytuacji zagrożenia życia jednej z polskich kobiet, jeden z Arabów podpalił drewniane baraki, w których mieszkali, barykadując oponentów w pokojach. Szczęśliwie uszli z życiem. W Kanadzie wylądowali w końcu we wrześniu ’88.

KONIE 005

Marek miał czterysta dolarów w kieszeni, siostrę, która na początku pomogła się zorganizować i mnóstwo optymizmu. Do pracy poszedł „od zaraz”, celowo wybierając firmę kanadyjską – „Mój angielski był bardzo kulawy, wiedziałem, że jak pójdę pracować z Polakami, nigdy nie nauczę się języka. Miałem szczęście, poznałem Billa, starszego już człowieka, który wziął sobie za punkt honoru nauczyć mnie angielskiego. Trzy miesiące później miałem interwiev o pracę w Princess Margaret Hospital w dziale konserwacji, którą dostałem. Przepracowałem tam w sumie dziewięć lat, większość jako inżynier zmianowy. W tym samym szpitalu zatrudnienie znalazła moja żona. Trzy lata po przylocie do Kanady kupiliśmy pierwszy dom ”. Po reorganizacji i zwolnieniach zdecydował się na wypowiedzenie, wziął roczną odprawkę i postanowił wrócić do wyuczonego fachu, a zarazem największego hobby – stolarki. W międzyczasie zwiedzał Ontario, złapał myśliwskiego bakcyla, stworzył Polsko-Kanadyjski Klub Myśliwski, który istnieje do dzisiaj, rozwiódł się, zaczął opisywać swoje leśne przygody w „Gazecie”. Pracę dostał jednak nie w stolarni, a w niewielkiej firmie EMS (Energy Management Systems). A tu trafił mu się projekt-marzenie: instalacja światłowodów przez całą Kanadę od wschodniego do zachodniego wybrzeża i zakładanie systemów zabezpieczających w podstacjach, głównie poza dużymi ośrodkami miejskimi, w głuszy. Przejechał więc kilkakrotnie cały kraj – dostał rosyjskiego programistę, zwoje cieniutkich przewodów, komputer, siekierę, piłę łańcuchową, karabin i terenowy samochód. „Nie ma piękniejszego kraju niż Kanada, naprawdę warto ten ogrom zobaczyć.” Po dwóch latach kontrakt wygasł, a Marek wrócił w końcu do stolarki. Założył firmę, robił wykończeniówkę i meble na zamówienie do bogatych willi w Kanadzie, USA i na Bermudach.

Kolejna burza zmian nadciągnęła z odejściem dziewczyny – nie mogąc za bardzo znaleźć sobie miejsca, kierowany impulsem, wszedł do polskiego biura podróży i kupił bilet do Warszawy na następny dzień. Po siedemnastu latach po raz pierwszy miał odwiedzić Polskę. „Byłem zaszokowany jak się Polska zmieniła, a ta podróż była inspiracją do kolejnych artykułów. Współpracowałem wtedy z „Gazetą ”, wcześniej pisałem dla „Nowego Dziennika”, znałem się z Elą Wolską, czasami robiliśmy wspólne projekty – ja pisałem o Polakach na emigracji, tak jak ty teraz, a Ela robiła o nich programy. Od niej dowiedziałem się o Forum Mediów Polonijnych. Był 2003, kiedy pojechałem na to spotkanie pierwszy raz, na Pomorze…” – łapie nas nostalgia, wypadamy z toru wywiadu, wchodzimy w sferę wspomnień i czasów, które bezpowrotnie minęły.

WAWA POLOWANIE 109

„Mimo tych wszystkich pozytywnych spotkań i nowych znajomości, wciąż zdołowany rozstaniem, w 2005 postanowiłem wyjechać daleko, a daleko to było Calgary. Miałem tam dobrego kolegę, wiedziałem, że wszędzie dam sobie radę. Spakowałem wszystko, co miałem i ruszyłem w drogę – los chciał, że przez różne życiowe perypetie – w towarzystwie czterech kobiet.” W Calgary, rok przed gospodarczym boomem, ceny domów były relatywnie niskie – dzięki kontaktom z polskiego kościoła wynajęli czterosypialniowy dom z ogrodem i kominkiem za $800. O miejscach i ludziach z prerii pisał do magazynu „W drodze”, „Gońca” i „Głosu Polskiego”, drukowała go polska „Agora”.

Obecną żonę poznał w Polsce, w 2007. Zanim przyjechał z nią i jej córką do Kanady, postanowił wrócić do Polski „na stałe”, spróbować życia w ojczyźnie od nowa. Nie wypaliło – ślady tego, co wkurzało go za komuny – kolesiostwa, układzików, niedbałości i oszustw – wciąż były za bardzo widoczne. W Calgary wzięli ślub i mieszkali jeszcze trzy lata. O kolejnej przeprowadzce zdecydowało to, że w Ontario łatwiej jest się zaadaptować świeżym emigrantom, a Marek, urodzony nad morzem, tęsknił za wielką wodą. Wrócili do Mississauga. Dziś, najczęściej w niedzielne poranki, w swojej ulubionej francuskiej kawiarni, pisze książkę. Poluje, drukuje regularnie w „Gazecie”, robi piękne meble na zamówienie. Każdy świt wita podczas spacerów z Belwederem, psem przygarniętym ze schroniska. Nie planuje kolejnej przeprowadzki, ale z Markiem to nigdy tak naprawdę nie wiadomo…

Kaja Cyganik