Z dobrą falą

Polacy w Kanadzie Zapiski emigracyjne sty 6, 2017 at 3:39 pm

Ma ciepły głos, w którym szumią morskie fale. Tworzy, koncertuje, organizuje imprezy muzyczne, z niegasnącą pasją pływa po morzach i oceanach. Skromny, nauczony pokory w sztormach i szkwałach, nieśmiało jakby uśmiechnięty – Arek Wlizło jest barwną osobowością polonijnego życia kulturalnego.

Był jedną z pierwszych postaci, które poznałam ponad osiem lat temu, po moim przyjeździe do Kanady. Choć w zasadzie nie… najpierw poznałam jego muzykę, a dopiero potem samego Arka. Gdzieś wpadła mi w ucho piosenka „Dokąd”, a słowa refrenu „Dokąd mnie poniesie nadchodzący szkwał? W jakim porcie zagram znów? Kto mi będzie piwo lał? Jaki kolor oczu oczaruje mnie? Jaki sztorm mnie złoży na ich dnie?” towarzyszyły mi potem przez lata we wszelkich życiowych peregrynacjach.

K

Arek Wlizło muzykę i żeglarstwo ma we krwi, jak przystało na chłopaka z Mazur. Urodził się i dorastał w Drygałach, całkiem pokaźnej wsi, choć może „maleńka wioska” brzmiałaby romantyczniej, między Ełkiem, Piszem a Orzyszem. Muzyczne szlify zdobywał na polskiej scenie country początku lat 90., bo piosenka żeglarska ledwo co wtedy raczkowała. Zaczynał od ognisk na polach kempingowych w Mrągowie – w ciągu dni trwania pikniku country polowali z kolegami na najlepsze miejsca tuż za ogrodzeniem, bo bilety na imprezę były nie na ich kieszenie; wieczorami grywali dla samych siebie, a do ogniskowego kręgu często przysiadali się artyści występujący na festiwalowej scenie. Tak poznał Krzysztofa Daukszewicza, Tomasza Szweda, Pawła Bączkowskiego, muzyków z Dżemu czy Michała Lonstara, z którym miał okazję zagrać kilka koncertów podczas jednej z tras koncertowych po Polsce. Piknik Country miał wtedy jeszcze tę niepowtarzalną, nieskomercjalizowaną atmosferę. W 1990 w Drygałach otworzył pub „Keja”, który prowadził przez kolejnych pięć lat, a pierwszym zespołem, który zagrał na niewielkiej scenie był, mało komu wtedy jeszcze znany, Carrantuohill – późniejsza polska gwiazda muzyki celtyckiej. Kiedy Arek otwierał „Keję”, inną knajpę w Ełku otwierał jego dobry kumpel Tadeusz, którego brat był prezesem browarów w Żywcu. Piwo Żywiec, będące w tamtych czasach na Mazurach towarem bardzo ekskluzywnym, pojawiło się nagle w obu knajpach – zimne, spienione, prosto z kegi. Keja szybko stała się głównym miejscem spotkań muzyczno-towarzyskich w regionie – bywali tu lokalni dygnitarze, burmistrz, zaglądali stróże prawa. Obok pubu, w sezonie letnim, Arek nadzorował sieć pól namiotowych, wydzierżawionych od nadleśnictwa. Ogrodził teren, postawił toalety i małe kioski z podstawowymi artykułami żywnościowymi, doprowadził wodę pitną, wyznaczył miejsca na ogniska. Dobrze to wszystko działało.

Za ocean trafił nieprzypadkowo, bo od lat mieszkał tu jego ojciec. Przyjechał więc zimą 1995, na pół roku, zarobić trochę pieniędzy, pospłacać zadłużenia w Polsce – „Kiedy otwierałem knajpę miałem na nią pomysł, ale nie miałem żadnych środków finansowych. To były czasy pozyskiwania kredytów przez znajomości, udałem się więc do znajomego dyrektora banku, który po prostu zapytał ‘To ile chcesz? Dwadzieścia tysięcy? Dobra, to ja ci pożyczę dwadzieścia pięć, pięć mi od razu przelejesz na prywatne konto, a resztę sobie wydasz na co będziesz chciał. A może więcej chcesz?’ Więcej nie chciałem. Pech chciał, że nadszedł czas mocnej dewaluacji złotego i pożyczkę, którą wziąłem na trzydzieści parę procent kilka miesięcy później musiałem spłacać już na dziewięćdziesiąt procent. Zapętliłem się”. Nie planował zostawać w Kanadzie na stałe, w Polsce przecież dobrze się działo, biznes się kręcił, muzy sprzyjały – trzeba było wracać na letni sezon. „Wiesz, jak to jest” – uśmiecha się Arek – „Chcesz rozbawić Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach”. Na Mazury wrócił dopiero po sześciu latach. Nie po to, by cokolwiek odgruzowywać i budować od nowa, a odwiedzić rodzinę, i przy okazji, na zaproszenie Jurka Porębskiego, zagrać na festiwalu szantowym w Giżycku. I tak latami, już jako artysta z Kanady, wielokrotnie bywał gościem na różnych imprezach szantowych w Polsce, wypracował sobie skromną pozycję w świecie piosenek morza.

Jako nowy emigrant grywał na festiwalach religijnych w Mississauga, czy w ramach Szuflady, inicjatywy muzycznej, którą ponad 20 lat temu zainicjował Jacek Janowski. Czasy były inne i głód muzyki chyba większy, bo w Centrum JPII co miesiąc dawali koncerty dla pełnej sali. Zaczynał Kabaret Pod Bańką, piosenki wędrowne śpiewała Krysia Lisiecka, występował Adam Burak, Marian Kamiński, Ola Turkiewicz (prywatnie przyrodnia siostra Arka, z którą także koncertował), artyści niezależni, pełni pasji. Podobną, a może i większą rzecz, udało powtórzyć się potem w Grimsby, podczas Pierwszego Zlotu Żeglarskiego, organizowanego w nieistniejącym już Domu Polskim przez Klub Żeglarski „Zawisza Czarny” z Hamilton. Na zimowe szantowanie przyjechało wtedy grubo ponad 300 osób – takie było zapotrzebowanie, inna była Polonia.

Z samym klubem Arek związany jest niemal od początku istnienia i to pod jego auspicjami po raz pierwszy wyszedł w pełne morze – wcześniej żeglował po mazurskich i ontaryjskich jeziorach, z „Zawiszą Czarnym” wziął udział w regatach dookoła wyspy Antigua. Wiatr powiał w żagle, rejs szedł za rejsem, Arek opłynął Przylądek Horn, praktycznie każdego roku kilkakrotnie wychodzi w morze. „Zawisza Czarny” to dla niego nie tylko klub, a przede wszystkim sam żaglowiec – „Moja znajomość z Zawiszą Czarnym zaczęła się chyba w 2003 roku i szybko przerodziła się w wielką miłość. Płynąłem wtedy z Waldkiem Mieczkowskim w rejs muzyków, ludzi wydawać by się mogło nie do okiełznania. Ten statek ma niezwykłą duszę, ale też ma coś, czego nie ma żaden inny polski żaglowiec. Ma kubryk. Miejsce spotkań, wspólnych posiłków, a także sypialnia całej załogi. Na Zawiszę według karty bezpieczeństwa można zaokrętować 44 osoby i wszystkie, łącznie z ewentualnymi gośćmi z innego jachtu napotkanego w jakimś porcie, zmieszczą się w tym kubryku. Zawisza łączy ludzi, jest poza tym największym skautowskim żaglowcem na świecie. Przeżyłem na nim kilka porządnych sztormów, pływałem w naprawdę trudnych warunkach – marznące deszcze, oblodzony pokład, – wiele mnie nauczył. Żeglowanie, a przede wszystkim wszelkie sytuacje nieprzewidywalne i groźne są najlepszą lekcją pokory, której tak bardzo dziś brakuje, nie tylko wśród żeglarzy, ale generalnie wśród ludzi” – z nostalgią opowiada Arek, pierwszy oficer Zawiszy Czarnego. „Średnio udaje mi się spędzić 3 miesiące w roku na wodzie, a 9 w pracy, ale chciałbym te proporcje w najbliższej przyszłości zamienić miejscami. Prowadzę firmę remontowo-budowlaną, którą coraz sprawniej zarządza mój syn Maciek. Nauczyłem się mu nie przeszkadzać – nie wtrącam się, nie próbuję robić po swojemu, raczej staram się pomagać. ”

Przez lata organizował Festiwal Szantowy „Z Morza w Krainę Łagodności”, gdzie gościli najwięksi artyści żeglarskiej sceny muzycznej z Polski – Jerzy Porębski, Andrzej Korycki z Dominiką Żukowską, Marek Szurawski, Mirek Koval Kowalewski czy Waldemar Mieczkowski. Po dziś dzień, każdego roku, w połowie kwietnia, zaprasza miłośników szant na mniejsze koncerty do restauracji Orbit. Coraz trudniej namówić mu jednak kolegów i przyjaciół szantymenów na granie w Mississauga, bo w Polsce mnożą im się koncerty, różne inne zajęcia i projekty, a już też siły i woli czasami brakuje na zamorskie wojaże. Sam Arek nieustannie tworzy i koncertuje: przed Bożym Narodzeniem zagrał, niezwykle ciepło przyjęty, solowy koncert świąteczny w Chicago, kolejny szykuje się w Nowym Jorku. Jego największym muzycznym guru jest czeski bard Jaromir Nohawica, a że miał okazję poznać mistrza osobiście, śpiewa również coraz częściej (za zgodą i przyzwoleniem autora) piosenki z jego repertuaru. Chciałby zorganizować jesienią koncert Nohawicy w Toronto. Wydał do tej pory dwie płyty CD, głównie z autorskim materiałem. Prywatnie od lat blisko przyjaźni się z Andrzejem Koryckim. Bywa, że grają wspólne koncerty, bywa, że razem żeglują, a Arek zawsze wkurza się, gdy Andrzej, zapominając o rękawiczkach, niszczy ręce przy ciągnięciu lin. I oby nie złapała go jakaś flauta, oby nie osiadł na mieliźnie, bo jest jednym z niewielu, który nie obniża lotów, który uparcie chce wciąż robić rzeczy piękne i wartościowe.

Kaja Cyganik