If you can dream it – you can do it!

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne sty 16, 2017 at 10:55 am

Agnieszka Musiał spełniła swoje marzenia o gotowaniu, pracuje tam, gdzie „od zawsze” ją ciągnęło, a co sobie wymyśli, realizuje z uporem i konsekwencją. Wierzy, że jeśli coś potrafisz wymarzyć, to także potrafisz to osiągnąć.

Kiedyś jedna z pań stojących w kolejce w sklepie mięsnym Odra nazwała ją polską Marthą Stewart. Gdyby Agnieszka została w Małopolsce, być może prowadziła by dziś w Brzesku lub Tarnowie własną restaurację pełną regionalnych specjałów. Urodziła się w Bożęcinie Dolnym, w Tarnowie skończyła technikum gastronomiczne, usamodzielniła się, szybko dostała pracę – przyjął ją jeden z braci Roleskich, producent wędlin. Prowadziła u niego stołówkę dla pracowników zakładów mięsnych. Zauważona przez żonę brata-rywala, magnata ketchupów i majonezów, (panowie od lat nie potrafią się dogadać, o czym zresztą wie cała południowa Polska) miała zostać szefem kuchni w ich prywatnej rezydencji za bajońskie, jak na tamte czasy, pieniądze. Gdzieś jednak w głowie Agnieszki zrodził się pomysł dłuższej podróży, odwiedzin u dawno niewidzianego, starszego brata, mieszkającego w Kanadzie. Przyleciała w lutym na kilka miesięcy, została na dobre. Właściwie wymienili się miejscami – brat wrócił na stałe do Polski, ona zagnieździła się chwilowo na Roncesvalles, przeprowadzając się później jeszcze jedenaście razy. Początki nie były łatwe, choć już pierwszego dnia, stojąc na siarczystym mrozie i kurczowo trzymając się słupa, w porywistych podmuchach wiatru znad jeziora, pomyślała: ”Tak, tu mi się podoba, tu chcę zostać”. Nikogo nie znała, zaczynała od zera, a amerykańskiego dolara, którego na szczęście dała jej przed wyjazdem mama, z żalem musiała wymienić na kanadyjskiego, kiedy zabrakło jej na bilet autobusowy. Poznała dobrych ludzi, którzy w trudnych momentach wspierali ją emocjonalnie. Uczyła się prywatnie w collegu by zdobyć kanadyjskie uprawnienia, gotowała po domach, przyjmowała zlecenia na wydawanie przyjęć, pracowała w różnych restauracjach, także hotelowych, bo ciekawiło ją, jak takie życie „wygląda od kuchni”.

IMG_5628„Dostałam zatrudnienie w Novotelu, a celowałam wyżej, bo bardzo chciałam gotować dla Fairmont Hotel Royal York w Toronto. Tyle, że w takich miejscach, już na aplikacji o pracę musisz podać z czyjej rekomendacji starasz się o posadę. Bez znajomości nie ma szans” – wspomina Agnieszka. Zrobiła uprawnienia zawodowego szefa kuchni (red seal), założyła własną firmę Daily Fresh Art Personal Chef Service, prowadziła warsztaty kulinarne. „Najdłużej, bo osiem lat, byłam szefem kuchni u samotnego ojca dwóch dorastających synów. Dwa razy w tygodniu przyjeżdżałam do nich do domu, robiłam zakupy, przygotowywałam posiłki na kolejne dni. Zaprzyjaźniliśmy się, do dziś mamy kontakt, choć chłopaki wyrośli, poszli na studia i już nie potrzebują mojego kucharzenia”.
„W Wawel Villa, odkąd przyjechałam do Kanady, byłam pięć razy – jakiś magnes zawsze mnie tutaj przyciągał. Wewnętrzne przeczucie, że tu jest moje miejsce. Chciałam pomagać, działać w Polonii. Składałam podania o pracę, której akurat nie mieli, innym razem jechałam wesprzeć jakąś ich akcję charytatywną. Za czwartą próbą mogłam dostać zatrudnienie w innym departamencie, nie wzięłam – chciałam gotować. Zaczęłam wysyłać swoje resume do wszystkich domów opieki dla seniorów, z biegu właściwie dostałam się do dwóch, po rozmowach kwalifikacyjnych wybrałam placówkę przy Kennedy Rd. I już prawie zaczęłam nową pracę, kiedy przyszła informacja, że mogę dostać pół etatu jako specjalista żywienia (dietary aide) w Wawel Villa. Długo się nie zastanawiałam, choć posada szefa kuchni była od lat zajęta i wydawało się – nieosiągalna”.

Siedzimy w Starbucks, nie do końca szczęśliwe, bo przecież o ile przyjemniej byłoby w stylowej, przytulnej, krakowskiej kawiarni. Nagadać się jednak nie możemy jak miejskie kumoszki, bo (o zgrozo!) od naszego ostatniego spotkania minęło prawie siedem lat. Agnieszka prowadziła wtedy rubrykę kulinarną w „Festiwalu”, miesięczniku traktującym o zdrowym stylu życia, który mnie przyszło przez dwa lata redagować. Dzieliła się autorskimi przepisami, radziła jak urozmaicić zwykłą kolację albo zupełnie zaskoczyć gości zaproszonych na okolicznościową imprezę. To wtedy wspomniała mi po raz pierwszy o swoim pomyśle wydania książki kulinarnej z tradycyjnymi, domowymi przepisami polskich seniorów, nawiązującymi do smaków z dzieciństwa. Przymierzała się do rozmów w Copernicusie, myślała nad szatą graficzną, pełna była zapału i optymizmu. Pijemy latte, gadamy o życiu, bo przecież w ciągu tylu lat wydarzyło się mnóstwo, i gdzieś w międzyczasie Aga wyciąga z torebki książkę. Pachnie babcinymi racuchami i świeżą farbą drukarską, bo ledwo co zeszła z prasy kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. Agnieszka bowiem nie tylko dostała wymarzoną pracę na part-time w Wawel Villa, ale także możliwość zrealizowania swojego pomysłu sprzed lat. Tu też pomógł łut szczęścia – Aga wspomniała o swojej idei podczas rozmowy o pracę, gdzie okazało się, że szefowa HR stara się właśnie o rządowe dofinansowanie – grant na wydawnictwo kulturalno-kulinarne dla Wawel Villa. Stworzono dynamiczny zespół, który wspólnie, przez prawie pół roku, pracował nad tym projektem. W inicjatywie także wzięło udział trzynastu seniorów. Aby zdobyć dodatkowe fundusze na książkę dziewczyny piekły ciastka i, przy serdecznym poparciu emerytowanej burmistrzyni miasta Hazel McCallion, promowały swoją ideę na Polish Day w Mississauga. Były na polskim festiwalu na Roncesvalles, same zorganizowały piknik, zarażały energią i optymizmem. W całą akcję zaangażowały panie z kuchni, koleżanki, teściowe oraz własne dzieci; pomogli też artyści z zespołu Ludowa Nuta. Praca nad projektem zupełnie je pochłonęła, a 2016 nie było nawet czasu na krótkie wakacje.

13315311_1132916426802674_8714222843741783337_n

„W listopadzie odebrałyśmy z drukarni pierwszy nakład trzystu egzemplarzy, połowa sprzedała się właściwie od razu, zostało zaledwie kilkanaście sztuk. Idea była od początku taka, że przepisy, którymi podzielili się z nami seniorzy, są po angielsku, bo wnuki tych ludzi, trzecie pokolenie, urodzone i wychowane w Kanadzie, zazwyczaj słabo zna polski. Nazwy przepisów są dwujęzyczne. Praca nad tym projektem była niezwykle rozwijająca, bo z każdym z seniorów robiłyśmy wywiad, więc przy okazji nasłuchałyśmy się najróżniejszych historii. Czasami to płakać się chciało. Pamiętam, jak mówili – ‘dziecko, co ja ci będę o jedzeniu mówić, przecież cała moja młodość to czasy wojny, my nie mieliśmy co do garnka włożyć, a ty dziecko jakieś przepisy chcesz’. Serce się krajało, bo każdy z tych ludzi ma niezwykłą historię, a część z nich już nigdy do Polski z emigracji nie wróciło. Z pomocą seniorów i wolontariuszy stworzyłyśmy na tyłach Wawel Villa, nad przełomem rzeki, ogród warzywny, gdzie wspólnie sadziliśmy ogórki, pomidory i zioła. Cieszę się, że udało się nam wydać tę książkę, tyle w tym było radości, a przy okazji udało się nam zachować kolejny kawałek polskiej tradycji”.

14224768_10157450268885164_1239459597189770637_nWydawnictwo jest piękne, przejrzyste, okraszone fotografiami autorów przepisów, zdjęciami potraw i folkową, łowicką wycinanką. W międzyczasie trwania prac nad książką, w Wawel Villa zwolniło się miejsce szefa kuchni – wieloletnia główna szefowa odeszła na emeryturę. Pałeczkę przy garach przejęła Agnieszka. Kolejny puzzel kosmicznej układanki trafił na swoje miejsce. Lubi swoją pracę – codzienne życie w domu opieki, kalejdoskop charakterów i nieraz oryginalne pomysły jego rezydentów, bliskość drugiego człowieka, szczerość w kontaktach, życiową mądrość, nienachalną, kryjącą się po kątach. Wcześniej najbardziej zapracowana bywała z czasie przygotowań świątecznych – lepiła góry uszek i pierogów, gotowała barszcze i grzybowe, bo wiele z jej stałych klientek nie wyobrażało sobie wigilii bez Agniesinych specjałów. Prowadziła wtedy własną firmę, a na Boże Narodzenie i Wielkanoc zawsze przygotowywała ciekawe, nowoczesne menu, co roku wprowadzając małe modyfikacje i urozmaicenia. Wyrobiła sobie markę. Wymyśla przepisy, eksperymentuje, łączy smaki. Co jakiś czas dostaje oferty pracy szefa kuchni w pięknych, bogatych willach. Mogłaby zacząć budować karierę szefa-celebryty, ale póki co wciąż woli gotować dla swoich seniorów. Uwielbia kuchnię tajską, choć w podróżach kulinarnych do Azji jakoś jej nie ciągnie – w miejscu pracy ceni przede wszystkim czystość i higienę, a o te w krajach trzeciego świata niestety trudno.
W życiu Agi nie brakowało szczęśliwych zbiegów okoliczności, teoretycznie przypadkowych spotkań z różnymi ludźmi, którzy ostatecznie okazywali się kluczem do kolejnych drzwi, za którymi otwierały się nowe możliwości, wiły w horyzont ścieżki do marzeń. Z marzeniami jest tak, że co sobie wymyślisz, możesz i spełnić, o czym Agnieszka jest przekonana, bo wiele przykładów w jej życiu może to poświadczyć. „Zamarzyło mi się na początku mojego pobytu w Kanadzie, że będę mieszkać w kondominium i w nim mieszkam. Żałuję tylko po dziś dzień, że nie wymarzyłam sobie domu. Kiedyś będę bogata. Tak sobie wbiłam do głowy i wiem, że tak właśnie będzie” – śmieje się przekornie.

Kiedy pytam o tajemnicę utrzymania szczupłej sylwetki (co w jej zawodzie nie jest przecież oczywiste), przyznaje, że lubi chodzić po restauracjach, jeść, poznawać nowe smaki, ale stara się degustować, a nie napychać. Nauczyła się, że w życiu nie można tylko brać, więc daje z siebie wszystko, angażując się kolejne projekty. Ma zdroworozsądkowe podejście do życia i co chwilę nowe pomysły. Może kiedyś otworzy własną restaurację i zadziwi świat prawdziwie staropolską kuchnią, może w końcu zostanie food stylist, a może zacznie prowadzić profesjonalne warsztaty kulinarne, których program ma szczegółowo opracowany. Bo marzenia się nie spełniają – marzenia się spełnia.

Kaja Cyganik

13528667_1151536748273975_1272661084859451843_n

13335793_1132914253469558_3920968382115628135_n

13310585_1132915383469445_6278251420356480220_n

13310343_1132915050136145_532153202664075585_n