Impresario z Ontario

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne sty 30, 2017 at 5:25 pm

Jego pradziadek przez trzydzieści parę lat pracował przy budowie kolei transkanadyjskiej. Dziadek w okresie międzywojennym przypłynął do USA na pokładzie MS Batory i wiele lat przepracował w Providence w Rhode Island. Duch Ameryki krążył w rodzinie Kornasiów od pokoleń, nic więc dziwnego, że Marka ciągnęło za Wielką Wodę. 

Wyjeżdżał wiedząc, że wyjeżdża na zawsze i ta świadomość prawdopodobnie była kluczem do szybkiego sukcesu. Nie szarpał się, nie miał wątpliwości, nie stał, jak wielu z nas, okrakiem, między starym a nowym krajem, zastanawiając się – zostać czy wracać. Do USA wyjechała starsza siostra, a Marek – im bardziej chciał na Zachód, tym bardziej nie mógł, bo konsulat amerykański uparcie odrzucał jego podanie wizowe. Młody, zdolny do pracy, służba w wojsku odhaczona, wiadomo – nie wróci. Tu akurat mieli rację, bo Marek powrotu nie planował. Zaplanował natomiast drogę naokoło, która pozwoliłaby przechytrzyć system – wizę do Kanady dostał dwa tygodnie po złożeniu podania, zaproszenie wystosował kumpel mieszkający w Vancouver, po wylądowaniu w Ontario wystarczyło podjechać do Niagara Falls, przepłynąć rzekę i dołączyć do siostry w Nowym Jorku. American Dream miał się w końcu spełnić. Do Toronto przyjechał więc z gotowym planem, dwustoma dolarami w kieszeni i ogromną determinacją. Był 1989. Nie znał tu zupełnie nikogo. Trafił jednak do Domu Emigranta przy Jane&Bloor, a że nawiózł z Polski trunków i regionalnych przysmaków, szybko przy kieliszku i kiełbasie dowiedział się od współlokatorów, jak funkcjonuje system emigracyjny w nowym kraju. Że istnieje furtka, przez którą można, przy pomocy dwóch poręczycieli „sponsorów”, dosyć szybko załatwić stały pobyt. Pojechał do Niagary, popatrzył na spienioną rzekę, chęć przepłynięcia natychmiast połknęły wiry. Kiedy, już jako kanadyjski rezydent, dotarł w końcu do siostry na Green Point, Nowy Jork okazał się ani piękny, ani atrakcyjny, ani bezpieczny – do tego stopnia, że Ronceswólka wydała się Markowi bardziej perspektywicznym miejscem na Ziemi. „Po latach, kiedy, długo po dziadku, umarła babcia, przekonaliśmy się, że te wszystkie zabiegi były zupełnie niepotrzebne. Przeglądając zabytkową kasetkę po babci, wśród zdjęć i pamiątek znaleźliśmy papiery wskazujące na to, że dziadek miał amerykański paszport, więc gdybyśmy wiedzieli i spróbowali, wszyscy w latach 80’ mogliśmy bez większych problemów dostać obywatelstwo USA. Nikt jakoś nigdy tym nie widział. Widać tak miało być” – wspomina po latach.

Zaczynał, jak niemal każdy, od pizzy i pracy na budowie, ale szybko wymyślił własny sposób na życie – zaczął organizować kiermasze książek. Był początek lat 90’, polski konsulat, dla zwykłych ludzi zamknięty na cztery spusty, kojarzony głównie z demonstracjami, strajkami głodowymi i transparentami „wpuście nasze żony”, powoli zaczął otwierać się na Polonię. „Konsulem Generalnym był wtedy Andrzej Brzozowski, przychylny ludziom i różnym inicjatywom. Pierwszy kiermasz książki zrobiliśmy więc w konsulacie. Książka była wtedy towarem chodliwym, wielu ludzi wyjechało z Polski nie mając wcześniejszych możliwości regularnego czytania, panował ogromny głód literatury, a do tego doszła jeszcze możliwość wejścia w zakazane progi, zobaczenia na własne oczy, co tam w tym konsulacie jest. Ludzie przeskakiwali przez płot, tłumy waliły drzwiami i oknami, cały parter był zastawiony książkami. Wychodzili z pełnymi siatami. Pod koniec dnia zostało nam dosłownie kilka egzemplarzy, pomimo tego, że w kolejce do kasy trzeba było odstać dobrą godzinę.” – Tak Marek zapoczątkował długoletnią tradycję objazdowej księgarni, z którą przebył całą Kanadę, od Montrealu po Vancouver, Stany Zjednoczone i Australię. „W konsulacie w Montrealu kiermasze zaczęliśmy łączyć z koncertami – śpiewała Kinga Mitrowska i Ola Turkiewicz, w okresie świątecznym rozbrzmiewały kolędy – to były naprawdę duże wydarzenia jak na tamte czasy. Taka formuła sprawdziła się też podczas kolejnych kiermaszów w Centrum Kultury JP II w Mississauga – weekendowe imprezy, występy artystyczne, nowości książkowe sprowadzane na bieżąco z Polski. Nie było jeszcze księgarń Polimexu, nie było Pegaza, Husarza, nie było więc konkurencji, a dostęp do polskich książek zdawał się mocno ograniczony. Potem załadowaliśmy książkami całą ciężarówkę i ruszyliśmy w drogę – docieraliśmy niemal wszędzie, gdzie byli Polacy, a im mniejsze miasteczko tym serdeczniej nas witano. Po Ameryce Północnej, w 1993, cztery miesiące spędziliśmy w Australii – w weekendy handlowaliśmy książkami, w tygodniu zwiedzaliśmy okolice przemieszczając się między miastami. To był dobry, dochodowy biznes, przy tamtych cenach mieliśmy nieraz po tysiąc procent przebicia, operacje gotówkowe, brak opłat za biuro. Myślałem nawet o RPA, ale wyszła akurat sprawa Walusia, polskiego emigranta, który załatwił na zlecenie jakiegoś ważnego czarnoskórego rewolucjonistę i zaczęła się nagonka na Polaków. Nie chciałem ryzykować, że mnie z tymi książkami spalą na stosie i dałem sobie spokój. W międzyczasie zacząłem organizować imprezy kulturalne i w tym kierunku poszedłem, bo kiermasze zaczynały mieć konkurencję, a potrzeba obcowania z żywą kulturą rosła. Jako pierwszy przyjechał kabaret OT.TO, z którym się w sumie bardzo zżyliśmy, bo trasy „koncertowe” robiło się wtedy przez całą Kanadę i USA, taka objazdówka zajmowała półtora, czasem dwa miesiące. Miałem tę wolność, że mogłem sobie wybierać fajnych ludzi, takich z którymi się dobrze podróżowało i imprezowało – kilkakrotnie był na przykład Bohdan Smoleń, Grzesiek Rekliński, Krzysztof Deszczyński, Marcin Smolczyk i Józek Romek. Kiedyś zimą, podczas jednej z tras, w Winnipegu zastały nas straszne mrozy. Było – 40C i bezdomni mieli prawo chronienia się w hotelach. Zajmowali pokoje, spali pokotem na korytarzach, wszędzie unosił się zapaszek niemytych ciał i indiańskich kadzideł. Wylądowaliśmy ze Smoleniem w łożu małżeńskim w kształcie serca, pokój miał lustra na suficie i intymną atmosferę. Innym razem Boguś Metz nie mógł się nadziwić suszarkom do rąk na postojach w drodze Ottawy; nie było komórek, psuły się samochody. Fajne były koncerty z Hanką Bielicką, Zbyszkiem Wodeckim, dużo się działo, kiedy przyjeżdżali artyści z „Piwnicy pod Baranami” – anegdotami Marek może sypać jak z rękawa. Przez chwilę prowadził też ze Zbyszkiem Świderskim radio śniadaniowe ZET, gdzie w weekendowych audycjach promowali koncerty, na których organizację mieli absolutny monopol.

Marek przyznaje, że robienie tego typu imprez miało w połowie lat 90’ zupełnie inny wymiar. Nie było takiej chciwości, wyjazd na tournée po Ameryce Północnej stanowił sporą atrakcję dla samych artystów, wszyscy byli nastawieni na wspólną zabawę, bardziej liczyła się satysfakcja niż kasa, bo tej wcale tak znowu dużo do podziału nie było. Więcej za to było na pewno szacunku dla publiczności, większa radość wśród Polonii z przyjazdu polskiego artysty. Ludzie przychodzili na występy, żeby bliżej poczuć tę polskość, powąchać, przytulić;, czasem przynosili prezenty, czasem coś do jedzenia – tamte wydarzenia miały znacznie głębszy wymiar, niosły ze sobą potężny ładunek ciepła, jednoczyły, budowały więzi, wzmacniały wspólnotę. Dziś kasę bierze manager, a artyści, rozpuszczeni przez stawki, jakie dostają za kilkunastominutowe występy na piknikach w polskich miastach, żądają horrendalnych sum. Mało który zespół gra pełne koncerty, niełatwo też ich namówić na przylot do Kanady, bo u siebie mają jak u Pana Boga za piecem, zleceń nie brakuje, a publiczność na bezpłatnych imprezach, finansowanych z unijnej kasy „na kulturę”, jest mniej wymagająca.

unnamed_small

Konsekwencją organizacji imprez kulturalnych była własna drukarnia. Ilość imprez i drukowania materiałów promocyjnych pochłaniała spore kwoty – „Za tysiąc plakatów płaciłem tysiąc dolarów, dziś sam za tysiąc plakatów biorę cztery stówy. Drukarstwo było wtedy sztuką, dziś straciło na prestiżu, spowszedniało, ogromnie rozwinęło się technologicznie. Każdy może sobie sam na prostych szablonach z internetu zaprojektować co chce, nie potrzeby jest już nawet profesjonalny grafik”. Nova Printing otworzył po powrocie z Australii, w 94’. Początkowo większość klienteli stanowiły polskie biznesy – sklepy, biura podróży, redakcje gazet i magazynów, dziś to w znacznej mierze zleceniodawcy innych nacji. Na przestrzeni lat rozbudowywał biznes, kupował nowe maszyny, zatrudniał kolejnych pracowników, rósł w siłę. I znów doszło do zamiany miejsc – drukarnia stała się głównym źródłem dochodu, a organizacja imprez sporadycznym hobby. Czasami jeździ jeszcze z książkami do London czy Windsor – tradycja zobowiązuje, a najwierniejsi czytelnicy czekają na niego co roku od dwudziestu lat. Ze smutkiem przyznaje, że internet i e-booki wypierają słowo drukowane, a kolejne pokolenie, nawet jeśli mówi płynnie po polsku, czytać woli w języku angielskim. W Centrum Kultury JP II kiermasze organizuje dwa razy do roku, przez Bożym Narodzeniem i przed Wielkanocą. Niektóre tytuły schodzą po dolarze – Marek woli jednak sprawić komuś radość i nic nie zarobić, niż oddać książkę na makulaturę. Może dlatego, że jego celem nie był wymiar jedynie merkantylny, a bardziej ten idealistyczny, oparty na budowaniu pomostu kulturalnego, przybliżaniu języka, kultywowaniu tradycji czytelniczych i miłości do Ojczyzny.

Roznosi go energia, lubi gdy coś się dzieje, rośnie adrenalina i nadchodzi nieprzewidywalne. Codzienna rutyna trochę go nudzi, zamierza wrócić do organizacji imprez kulturalnych – na luty zaprosił Cleo (tę od Donatana i hitu „My Słowianki”), wiosną szykuje koncert Kombi, w planach ma Perfect. Działa w Fundacji Jana Pawła II, był jednym z inicjatorów zniesienia wiz turystycznych dla Polaków podróżujących do Kanady. Rekreacyjnie gra w badmintona, od kilku lat bierze udział w Letnich Olimpiadach Polonijnych. W tym roku wybiera się na rozgrywki do Torunia, a sportową pasją, jak i zamiłowaniem do polskiej historii i literatury, zaraził syna. Nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Czuje potrzebę nieustannego tworzenia. Pozytywiści tak mają.

Kaja Cyganik