Mr. System – jest impreza

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne luty 10, 2017 at 4:39 pm

Może grali na weselu waszej córki. Może pamiętacie, jak za dawnych czasów, w greckich Souvlakach skakali po stołach. Słyszeliście ich na Ontario Place czy w Jarocinie?  Liderzy najbardziej znanego polonijnego zespołu muzycznego Mr. System – Mariusz Michalak i Mirek Wysocki – opowiadają o emigracji, sukcesach oraz nowej płycie. 

mr-system-band

Kaja Cyganik: To zacznijmy od Waszej najnowszej płyty, bo to zjawisko zupełnie niezwykłe. 

Mariusz M: Zdarzył się swoisty cud. Po niemal trzydziestu latach wspólnego grania w końcu nagraliśmy wspólną płytę. Zawsze mieliśmy ten sam dylemat – co nagrać? Piosenki spopularyzowane, wykonywane przez innych artystów, tzw. covery, do których Polonia się bawi, czy nagrać konkretną muzykę rockową, którą my najbardziej lubimy grać i zderzyć się z reakcjami odbiorców. Decyzja nie mogła zapaść wiele lat, aż w końcu nastąpił taki moment, zmotywowała nas publiczność, bo co koncert, co impreza ktoś przychodził i pytał czy mamy płytę do sprzedania. Płyty, które nagraliśmy do tej pory to były osobne, bardzo różnorodne projekty, bo i kolędy, i płyta DiVision z Anką Cyzoń, i hardrockowa płyta Mirka, a jeszcze wcześniej Kava 4. 2, ale żadna z tych produkcji nie była wynikiem współpracy całej naszej trójki – Mirka, Krzyśka i mnie, którzy tworzymy Mr. System.

KC: Dzięki publiczności wzięliście się ostro do pracy, płyta ukazała się dosłownie kilka dni temu. Co na niej znajdziemy?
Mariusz M: Płyta zaczęła się od piosenki „Jest impreza” – napisałem kawałek, który musiał być taneczny, imprezowy, bez większych aspiracji czy ambicji, porywający każdego do zabawy. Krzysiek, jak zawsze zajął się produkcją i po kilku wykonaniach tego utworu podczas grań w USA stwierdziliśmy, że coś w tym jest, bo ludzie reagowali bardzo spontanicznie, natychmiast wyrywając na parkiet. Naszym założeniem było stworzenie krążka z autorskimi piosenkami, które można puszczać na prywatkach czy weselach z DJem. Mr. System to jakby nie było zespół, który głównie gra do tańca na imprezach, wiedzieliśmy, że nie możemy zawieść publiczności. Postawiliśmy na muzykę dance, trzymając się jednak jak najdalej od nurtu polo. Są pewne standardy, których się trzymamy. Nigdy nie zagraliśmy i nie zagramy kawałków takich, jak „Majteczki w kropeczki”. Zawarte na płycie utwory mają odzwierciedlać pewien schemat imprezy – „Oczy w rytmie disco” czy „Idziemy się bawić” wywołują na parkiecie sporo zamieszania, ale już balladowe dedykacje o głębszych tekstach – wymyślona przez Krzyśka i wspólnie ze mną napisana piosenka „Kochaj tylko raz”, czy Mirka „Dla rodziców” – mają zupełnie inny ładunek emocjonalny. Na końcu dołożyliśmy jeszcze nasz „Hymn kibica”, który może w konwencji płyty nie do końca się mieści, ale jest już radiowym i polonijnym hitem. Teksty musiały być proste, przyswajalne, ale trzeba było uniknąć tak zadęcia i egzaltacji, jak i infantylizmu, poszliśmy więc w kierunku ironii. Ważne jest to, że udało nam się w końcu osiągnąć pewien muzyczny kompromis i nagrać coś wspólnie. Zapewniam, że każdy znajdzie coś dla siebie , bo to płyta różnorodna, a zarazem bardzo spójna muzycznie.

KC: Ty Mirku wolisz raczej cięższe brzmienia, a jednak dałeś się namówić do tego projektu.
Mirek W: Muszę obiektywnie powiedzieć, że moi koledzy są bardzo dobrzy w tym co robią, szczególnie jeśli chodzi o proces produkcji i nagrywania muzyki. Powiedziałbym, że są na światowym poziomie, a cały dowcip polega na tym, że świat o tym nie wie. Przyniosłem im na tę płytę dwa proste kawałki, a oni z tego zrobili naprawdę fajne utwory, idealnie oddali klimat, na jakim mi zależało. Zaprojektowałem też okładkę, projektuję nasze plakaty. Jeszcze w Polsce zajmowałem się malarstwem i rzeźbą, w Kanadzie nie miałem na to nigdy czasu, więc chociaż w ten sposób mogę się realizować w sztukach plastycznych.

KC: Nie mogę nie zapytać o początki zespołu Mr. System. Jak długo się znacie?
Mirek W: Za długo ;-) Z Mariuszem graliśmy razem jeszcze w Polsce. W 82’ na festiwalu w Jarocinie jako Playback, później EKO – Electric Kluczborg Orchestra, a w katowickim Spodku jako finaliści, wybrańcy publiczności. Nagrywaliśmy w Opolu, współpracowało się z różnymi ludźmi, dużo koncertowaliśmy po całej Polsce. Było rwanie koszul, szalone imprezy, sporo alkoholu. Dziś „w pracy”, czyli podczas grania, nie pijemy wcale.
Mariusz M: Mirek mnie wciągnął do swojego zespołu, jak miałem 15 lat. Pochodzimy z tej samej miejscowości, z Bierutowa koło Wrocławia, trudno było się minąć. Grałem od dziecka, od zespołów harcerskich, a wtedy, gdy poznałem Mirka, miałem zespół Synowie Frankensteina. Łomot okrutny, nikt nie umiał grać, ale zabawa była świetna. Zaimponował mi – długie pióra, na gitarze wymiatał, a ja dzieciak byłem. Zauważył mnie na weryfikacjach muzycznych w Domu Kultury w Oleśnicy, które wtedy musiał przejść każdy zespół, chcący występować publicznie. Zacząłem grać u niego na klawiszach w Playback i tak gramy ze sobą prawie 40 lat. Znamy się jak łyse konie.

KC: Koncerty były, kariera się rozkręcała, nagrywaliście piosenki, Wasze piosenki puszczała radiowa Trójka. Co Was skłoniło do emigracji?
Mariusz M: Względy ekonomiczne wyłącznie. W Polsce było wtedy tak, że za jedno granie nie można było nawet kupić strun do gitary. Gotowaliśmy je we wrzątku i suszyliśmy, żeby jak najdłużej zachowywały dobre brzmienie. Zakup dobrego instrumentu graniczył z cudem. Wyjechałem przez Niemcy, tam też miałem kapelę i grałem, a jak już przyjechałem do Kanady to zaraz ściągnąłem Mirka.
Mirek W: Problemy ze sprzętem w tamtej Polsce uwierały najbardziej. Gitara Gibson kosztowała wtedy ponad 1300 USD. Fortuna, nikogo nie było na taką stać. Marzyłem o Gibsonie SG na jakiej grało wtedy AC/DC. Kupiłem pole od babci mojej żony i zacząłem uprawiać tytoń. Wszyscy mi pomagali, moja rodzina, żony rodzina, sąsiedzi, i wszyscy myśleli, że może po zbiorach kupię Małego Fiata… a ja zarobione pieniądze zamieniłem na dolary i przez RFN sprowadziłem tą gitarę. Jedynie żona stanęła po mojej stronie, reszta rodziny dostała szału. Do dziś ją mam. I żonę, i gitarę. Obaj z Mariuszem jesteśmy sprzętowymi freakami, sam mam 12 gitar, wszystkie równie ważne. Krzysiek ma najlepsze bębny, jakie istnieją, o sprzecie studyjnym nie wspomnę ze względu na to, że nasze żony czytać będę ten wywiad:)

KC: Po emigracji do Kanady rock przepadł?
Mirek W: Nie do końca. Po przyjeździe zaczęliśmy grać z Kanadyjczykami. Tyle, że nam szybko zbrzydło – było dużo obietnic, włożonej pracy i czasu, a efekty mało satysfakcjonujące. Mieliśmy szansę wyjść z nowym muzycznym nurtem, bo graliśmy wtedy country rock, który był zupełnie nieznany. Gdybyśmy wytrwali, może coś by z tego było na większą skalę. Zorientowaliśmy się jednak szybko, że nie ma sensu grać po knajpach za dwa piwa i postanowiliśmy zorganizować zespół dla Polonii. Było kilka prób, złożyliśmy repertuar, z siedmiu zostało nas trzech i tak funkcjonujemy do dzisiaj. Krzyśka znaleźliśmy przez casting, szukaliśmy dobrego perkusisty, a on jest naprawdę fenomenalny, ma świetne pomysły, mało kto wie, że jeszcze w Polsce bębnił Ryśkowi Rydlowi. Komponuje, pisze teksty, jest inżynierem dźwięku i producentem, ma totalnego świra na punkcie brzmienia. W Souvlakach przy Lakeshore graliśmy jako house band przez dziesięć lat, udało nam się wylansować wśród Polonii kilka polskich przebojów, które w Polsce nigdy nie stały się super popularne. Tak było z „Ciszą” Budki Suflera. To były lata 90’ dobre czasy, restauracja pękała w szwach ludzie czekali w kolejce, żeby wejść, grałem wtedy bez koszulki, włosy rozpuszczone, makijaż, gitara bezprzewodowa, trampki i jazda po stolikach między talerzami, grając piętnastominutowe solówki. Czuliśmy się trochę jak The Beatles. Taki był Mr. System na początku, graliśmy ostrego rocka. Były takie lata, że każdą sobotę roku mieliśmy zajętą. Na Ontario Place graliśmy live jako band Piotra Szczepanika, koncertowaliśmy w klubie Parlament grupą Maanam, przy okazji przemycając własne kawałki. Roncesvalles Festival to nasz coroczny standard, niedawno doszły polskie imprezy w Mississauga np. na Celebration Square, były koncerty charytatywne, zdarzają się polskie festiwale w Stanach. Jako muzycy współpracowaliśmy z rewelacyjnymi inżynierami dźwięku, od których mnóstwo się nauczyliśmy, ludźmi, którzy pracowali z Princem, BeeGees czy Deep Purple. Na przestrzeni lat zmieniały się potrzeby rynku – ludzie woleli się bawić niż słuchać koncertów, trzeba się było jakoś dostosować, żeby mieć pracę, przeżyć. Dziś gramy głównie do tańca – sylwestry, bale okolicznościowe, wesela.

KC: Wasz największy sukces to…
Mariusz M: Na pewno wspólna płyta. Bardzo się cieszę, że się w końcu udało, bo wiesz, u nas w zespole są trzy lwy. Nie ma tak, że jedna osoba dominuje, narzuca swoje zdanie, a reszta się podporządkowuje. Mamy liberum veto, jeden powie „nie” i pomysł nie przechodzi. I oczywiście publiczność, bo jest z nami od tylu lat i dzięki niej i mamy dla kogo grać.
Mirek W: Powiem bardziej prywatnie – moje dzieci, które udało mi się wychować w muzyce. Kosma, chrześniak Mariusza, skończył dziesiątą klasę konserwatorium w klasie skrzypiec i porzucił karierę muzyczną na rzecz informatyki, ale Alicja Maria jest pianistką i znaną, cenioną sopranistką. W Mr. System jesteśmy jak stare, dobre małżeństwo – przeżyliśmy razem mnóstwo i przetrwaliśmy wszystkie sztormy.

Nową, pierwszą wspólną płytę Mr. System można kupić w księgarniach Pegaz oraz sklepie Something Special na Plazie Wisła.

Rozmawiała: Kaja Cyganik

Jeśli chcesz opowiedzieć nam o własnych przygodach emigracyjnych skontaktuj się ze mną e-mailowo: kaja.cyganik@gmail.com