Przetańczyć życie

Polacy w Kanadzie Zapiski emigracyjne luty 15, 2017 at 11:31 pm

Do baletu trafił przypadkiem, do Kanady z wyboru, na szczyt – dzięki ciężkiej pracy, uporowi i miłości do sztuki. Piotr Stańczyk jest jednym z głównych solistów National Ballet of Canada i jedynym Polakiem, który po tej stronie Oceanu Atlantyckiego zaszedł tak wysoko. 

Piotr Stanczyk. Photo by Karolina Kuras

Piotr Stanczyk.
Photo by Karolina Kuras

W “National Post” napisano o nim “Stańczyk to tancerz o niezwykłym talencie komediowym i dramatycznym”. Za kolejne role zbierał najlepsze recenzje w “New York Times”, “New Yorker”, Brytyjskich “The Sun”i “Daily Mail”, „Toronto Star” czy „Los Angeles Times”. W 2003 (za rolę Jaguara w “The Firebird”) otrzymał nagrodę William Marrié Award for Dramatic Excellence; w 2012 prestiżową Rolex Dancers First Award. Występował gościnne w Operze Wiedeńskiej, na Międzynarodowym Festiwalu Baletowym w Miami na Florydzie, na Galach w Vancouver i Houston oraz na Charleston Ballet & Brott Music Festival. O tym jak trafił do baletu, czym jest dla niego taniec i ile kosztowała go droga kariery opowiada czystą, ładną polszczyzną, choć przyznaje jednocześnie, że od niemal dwudziestu lat komunikuje się głównie po angielsku.

Kaja Cyganik: Piotr, skąd w ogóle pomysł, żeby tańczyć w balecie?
Piotr Stańczyk: Czysty przypadek. Byłem sportowcem, chodziłem do szkoły sportowej, trenowałem zawodowo pływanie, grałem w piłkę nożną, siatkówkę i koszykówkę. Pływacy są wysocy, mnie niski wzrost nie pozwolił ostatecznie kontynuować tej kariery. Mam 180 cm, na pływanie to za mało. Rodzice wysłali mnie, podobnie jak wcześniej moją siostrę, do Państwowej Szkoły Baletowej w Poznaniu, skąd pochodzę. Trenowałem siedem lat. Początkowo wcale mi się tam nie podobało. Przyszedłem z klasy, w której było 28 chłopaków i 4 dziewczyny, a główny nacisk kładziono na wyniki sportowe, do szkoły, w której było 30 dziewczyn i 4 chłopaków, i wszystko kręciło się wyłącznie wokół tańca. W nastoletnim wieku balet każdemu facetowi wydaje się mało męskim zajęciem. Pierwszy rok był koszmarny, nie trawiłem zupełnie tego klimatu. Potem zmienił się nam prowadzący nauczyciel, a ja zacząłem dojrzewać, patrzeć na balet z innej perspektywy – nie czysto artystycznej, a z tej atletycznej, trudnej, wymagającej nieustannego treningu i samozaparcia. Miłość do tańca rozwijała się powoli, stopniowo budowała, była powolnym, pięknym odkrywaniem Sztuki. Moją największą inspiracją był Mikhail Baryshnikov, potrafiłem godzinami oglądać taśmy VHS z nagraniami jego występów. Po czterech latach wiedziałem już na pewno, że to jest to, czego chcę. To, co będę robił w życiu.

KC: Mało który nastolatek ma taki komfort…
Piotr Stańczyk: Tak. Czuję się bardzo szczęśliwy jako człowiek, że w tak młodym wieku odkryłem, co chcę robić w życiu. Taka świadomość daje dobry początek, bo koncentrujesz się na jednej konkretnej pasji, nie rozmieniasz na drobne. Uciekałem z lekcji, żeby tylko iść na taniec. Kiedy byłem nastolatkiem nie było jeszcze internetu, tych wszystkich elektronicznych gadżetów, nic nie rozpraszało mojej uwagi. Liczył się tylko balet. Dziś młodzieży jest znacznie trudniej skoncentrować się na czymkolwiek, dostają mnóstwo bodźców, społeczeństwo jest zupełnie inaczej skonstruowane. Moja generacja była chyba ostatnią, której stosunkowo łatwo było wybrać drogę życiowej kariery, dziś jest tyle możliwości, ze naprawdę ciężko się zdecydować, odnaleźć.

KC: Mogłeś robić karierę w Europie. Jak trafiłeś do Kanady?
Piotr Stańczyk: Przyjechałem w październiki 1997, jako siedemnastolatek, świeżo po szkole baletowej. Miałem dużo szczęścia, bo mój ojciec dostał wizę do Kanady, mógł zabrać ze sobą jedną osobę, zaproponował wspólny wyjazd. Byłem młody i ciekawy świata, nie miałem nic do stracenia, rodzice w międzyczasie się rozwiedli. Jestem z rocznika, który jeszcze bardzo dobrze pamięta komunę, zawsze chciałem się stamtąd wyrwać. Wylądowaliśmy w Vancouver. Przez kilka miesięcy pracowałem z Ballet BC, zrobiłem z nimi jedno przedstawienie, poznałem ludzi z branży, zaproponowano mi, abym dołączył do zespołu Teatru Wielkiego w Toronto. Przeprowadziłem się i wszystko powoli zaczęło się rozwijać. Nie miałem nigdy wątpliwości, że scena to moje miejsce.

Skylar Campbell, Heather Ogden and Piotr Stanczyk in Pinocchio. Photo by Karolina Kuras.

Skylar Campbell, Heather Ogden and Piotr Stanczyk in Pinocchio.
Photo by Karolina Kuras.

KC: Przetańczyłeś w National Ballet of Canada prawie dwadzieścia lat. Dziesięć w zespole i dziesięć jako główny solista. Co uważasz za swój największy sukces?

Piotr Stańczyk: Wiesz, to dla mnie bardzo personalne pytanie. Ale ok, powiem ci. Kiedy przyjechaliśmy z ojcem do Kanady, po trzech miesiącach nie mieliśmy żadnych pieniędzy. Przestałem chodzić do szkoły, gdzie kontynuowałem lekcje tańca, bo nie miałem kasy na metro. Zdarzało się, że mieliśmy jedną puszkę fasoli za 79 centów na cały dzień, do podziału na dwóch. Nie znaliśmy za bardzo języka, nie wiedzieliśmy o istnieniu banków żywności (food banks). Przez jakiś czas właściwie głodowaliśmy w tym Vancouver. Teraz, po dwudziestu latach pracy, spełnił się mój American Dream – mam własny dom, samochód, fajną dziewczynę, robię to, co kocham i to jest właśnie dla mnie największym osiągnięciem. Przyjechałem z niczym, a dziś, dzięki własnej, ciężkiej pracy, sporo osiągnąłem i żyję jak człowiek.

KC: Masz jakąś ulubioną rolę?
Piotr Stańczyk: Nie mam żadnych ulubionych ról, te sympatie i preferencje zmieniają się w czasie, ewoluują razem z moim własnym, artystycznym rozwojem. Wciąż odkrywam, lubię rolę dramatyczne, takie które stanowią dla mnie wyzwanie, budzą nowe emocje, pozwalają odkryć rzeczy, o których istnieniu nie wiedziałem. Nie myślę o tym co lubię, co jest moją ulubioną formą czy rolą, staram się zachować otwarty umysł, patrzeć poza horyzont. Ostatnio wcieliłem się w postań Oniegina, jedną z tych, które zawsze najbardziej chciałem zatańczyć. W tej chwili pracujemy nad „Pionokiem”, sztuką bardziej teatralną niż stricte taneczną, z choreografią Brytyjczyka WillaTucketta. Sporo będzie dialogów, aktorstwa, zapowiada się dobre przedstawienie. Piękno sztuki polega na tym, że zawsze jest w niej coś nowego do odkrycia.

KC: Jak wygląda Twój zwykły dzień? Miewasz wolny czas dla siebie?
Piotr Stańczyk: Kiedy mamy próby, pracuję zazwyczaj od 9:30am do 7pm z godzinną przerwą. Codziennie, przez kilka tygodni. Wszystkie detale muszą być idealnie dopracowane. Nad „Pinokiem” będziemy pracować pewnie w sumie koło ośmiu tygodni. Nasz sezon zaczyna się w sierpniu, próby trwają przez dwa miesiące, w październiku wyjeżdżamy na jakieś tournée, zazwyczaj do Stanów, od listopada gramy u siebie w Four Seasons Centre for the Performing Arts, grudzień jest zawsze najtrudniejszy, bo wystawiamy w sumie dwadzieścia osiem przedstawień „Dziadka do orzechów”. Dłuższą przerwę mamy w zasadzie tylko od 1 do 7 stycznia, a potem na lato – czerwiec i lipiec. Z wolnym czasem więc kiepsko. A nawet jak się zdarzy, to wtedy idę na siłownię albo jeżdżę na rowerze. Charakter mojej pracy jest niezwykle wymagający. Nie mogę mieć żadnych przerw, żeby nie wypaść z formy. Młodsi tancerze mogą sobie czasem poluzować, ja już nie. Jeśli danego dnia nie trenuję w studio, muszę zrobić 75-100 km na rowerze, żeby utrzymać nogi w odpowiedniej kondycji. Do tego dochodzą masaże, ścisła kontrola diety, odpowiednia ilość snu. Chcąc utrzymać się na dobrym poziomie nie mam innego wyjścia. Moja praca jest moim życiem, a wszystko w moim życiu jest związane z pracą. Każdy tancerz ci to powie. Ale robię to co kocham i to, co zawsze chciałem robić. Nie potrafię żyć bez sztuki.

Piotr Stanczyk in Pinocchio. Photo by Karolina Kuras.

Piotr Stanczyk in Pinocchio.
Photo by Karolina Kuras.

KC: Twoje plany na przyszłość?
Piotr Stańczyk: Za trzy lata będę przechodził na emeryturę. Fizycznie czuję się świetnie i pewnie mógłbym jeszcze potańczyć, ale zacząłem szukać czegoś nowego. W zasadzie na scenie przetańczyłem już wszystkie role, na jakich mi zależało, czuję się spełniony. Nie tak dawno ze zdumieniem odkryłem w sobie pasję do uczenia tańca; ten kierunek będzie najprawdopodobniej moją nową drogą. Uczenie baletu jest jak rzeźbienie w ciałach, wymaga specyficznych umiejętności. Od jakiegoś czasu uczę w szkole baletowej i mam nadzieję, że z całym doświadczeniem, jakie zebrałem przez wszystkie lata, będę kiedyś wybitnym nauczycielem. Chciałbym też spróbować swoich sił w teatrze.

Piotr Stańczyk, w ciągu dwudziestu lat kariery baletowej na kanadyjskiej scenie, wcielił się w wiele znakomitych ról. Tańczył m.in w „Jeziorze łabędzim”, „Śpiącej Królewnie”, „Romeo i Julii”, „Don Kichocie”, „Giselle”, „Przygodach Alicji w Krainie Czarów”, „Dziadku do orzechów”, „Hamlecie”czy „Onieginie”. Między 11-24 marca zobaczyć będzie go można w nowej sztuce National Ballet of Canada – „Pinokio”. Bilety do kupienia na: http://national.ballet.ca

Kaja Cyganik

Jeśli chcesz opowiedzieć nam o własnych przygodach emigracyjnych skontaktuj się ze mną e-mailowo: [email protected]

Piotr Stanczyk in The Winter’s Tale. Photo by Karolina Kuras.

Piotr Stanczyk in The Winter’s Tale.
Photo by Karolina Kuras.

SLE+2015+18+(300small)

Piotr Stanczyk in rehearsal for The Sleeping Beauty. Photo by Karolina Kuras.