Przychodzi baba do lekarza…

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne marz 6, 2017 at 5:47 pm

W hinduskim forcie Amber nieopodal miasta Jaipur jeździliśmy razem na słoniu, na filipińskiej wyspie Boracay lataliśmy na jednej paralotni, a  wodospady Iguazu na granicy Argentyny i Brazylii podziwialiśmy z pokładu helikoptera. 

DSC_0091Nie pozwolił mi samej z lokalnymi przewodnikami wypłynąć nocą na Amazonkę – dołączył i dwie godziny później razem kupowaliśmy rum, podany z okna drewnianej chaty na palach, schowanej w tropikalnych zaroślach i meandrach  rzeki. Przejechaliśmy koleją transsyberyjską z Moskwy do Irkucka i dalej do Ułan Bator. Jeździliśmy na nartach w Vermont i uczyliśmy się tańczyć tango w Buenos Aires. Na Bali umieraliśmy ze śmiechu po koktajlu na magicznych grzybkach. Na przestrzeni kilku lat doktor Jakubowski stał się moim ulubionym kompanem podróży. Nikt tak jak on nie sypie dowcipami z rękawa, nikt nie ma tyle klasy i przedwojennej kindersztuby. Ucieszyłam się, kiedy zgodził się, pomimo płynących ze skromności obaw, opowiedzieć mi historię swojej emigracji. I wcale nie zdziwił mnie jej powód, bo niby chodziło o względy ekonomiczne, a w rzeczywistości zwyciężyła ciekawość świata. Bo jak inaczej wytłumaczyć dobrowolny wyjazd na roczny kontrakt do nigeryjskiego Lagosu w późnych latach 70’, który rozrósł się do sześciu lat spędzonych w Czarnej Afryce?

Urodził się w polskim jeszcze Lwowie, przed wybuchem II wojny światowej. Tradycje medyczne w rodzinie krążyły od pokoleń, bo już Jurkowy pradziad Saturnin Jakubowski, zesłany w późniejszych latach, po upadku Powstania Styczniowego, na Syberię, uwzględniony w „Słowniku polskich lekarzy XIX w.”, skończył studia medyczne w Moskwie. Jurek skończył ortopedię na Akademii Medycznej w Łodzi, zrobił doktorat, pracował na uczelni jako adiunkt. Nigdy, pomimo nacisków z góry, nie zapisał do partii. Na karierze naukowej mu nie zależało, ciągnęło go w świat.

Afryka dzika, dawno odkryta
Po dwóch latach toru przeszkód w załatwianiu niezbędnych formalności, z końcem września 77’ cała rodzina Jakubowskich – Jurek, Hanka, jedenastoletnia Agnieszka i dziewięcioletni Grzegorz opuścili siermiężną, szarą polską rzeczywistość PRL-u, udając się w zupełnie nieznane strony świata, gdzie, jak twierdziły dzieci ”na pewno mają lepszy papier toaletowy”. Wyobrażenia szybko okazały się prawdą – Nigeria przeżywała właśnie boom naftowy, a mnogość, wysoka jakość i ogólna dostępność produktów z całego świata zadziwiały. „Wylądowaliśmy, otworzyły się drzwi i uderzyła w nas fala gorącego, niezwykle wilgotnego powietrza, mieszanka zapachu wiecznie palących się śmieci, spalin, gnijących w lagunach wodorostów i czegoś, co przypominało mydliny, zupełnie jak w staroświeckiej pralni” – wspomina Jurek. 9 milionowe miasto, ówczesna stolica kraju, Lagos, wiecznie spowite żółtą, lepką mgłą, z czerwoną kulą słońca, zawieszoną nisko na niebie, do dziś zajmuje jedno z czołowych miejsc w rankingu najbardziej niebezpiecznych miast naszej planety. „Mieliśmy do wyboru dwa miejsca – Kadunę na północy Nigerii i pracę na tamtejszym uniwersytecie lub Lagos właśnie. Ta druga opcja przeważyła, chcieliśmy odpocząć od studentów, zwabiła nas bliskość oceanu. Kontrakty konsultantów dawały nam dużo przywilejów, dobre płace, stanowiska niemal ministerialne, warunki życia na wysokim poziomie, pożyczkę na dwa samochody, którą spłacał nam co miesiąc „dodatek komunikacyjny”, więc w zasadzie auta mieliśmy za darmo. Nasze pierwsze doświadczenia były jednak nieciekawe – rudera bez światła, klimatyzacji, dziurawe moskitiery, wieczny, uliczny hałas. Chcieliśmy nawet wynosić się do Kaduny, ale wtedy szpital zakwaterował nas w luksusowym hotelu na zamieszkałej przez zamożną elitę wyspie Ikoyi. Własne mieszkanie dostaliśmy po siedmiu miesiącach, zamieszkaliśmy w „murzyńskiej dzielnicy”, a dzieciaki z sąsiedztwa przybiegały i pocierały skórę naszych dzieci, sprawdzając czy nie jest pomalowana. Wołali na nas „Oyinbo”, co znaczy „człowiek bez skóry”. Paradoksalnie dużą zaletą życia w tej dzielnicy było większe bezpieczeństwo, niż w tych zamieszkałych przez obcokrajowców, bo okoliczni przestępcy mieli zasady i nie napadali na swoich sąsiadów. Agnieszka i Grzegorz byli jedynymi białymi dziećmi w szkole.

Trzykrotnie, na wniosek dyrektora szpitala, a był to największy szpital ortopedyczny w Afryce Zachodniej, Centrum Światowej Organizacji Zdrowia ONZ, przedłużano nam kontrakt. Hanka pracowała wtedy jako konsultant dermatolog-wenerolog w szpitalu wojskowym Yaba, miała bardzo mocną pozycję i mnóstwo pacjentów, także rodaków na kontraktach, nękanych przez choroby tropikalne. Była jedyną białą kobietą w tej klinice. Ja pracowałem jako konsultant chirurg ortopeda, pomagałem przy pacjentach w klinice urazowej, bywałem wzywany do wypadków, gdzie częste problemy stanowiły rany zadane maczetą, czy postrzałowe, blok operacyjny był dobrze wyposażony, chociaż zdarzało się, że zabieg kończyliśmy przy latarce. Po suficie pełzały jaszczurki, kiedyś znaleźliśmy martwego szczura, który zginął porażony prądem przegryzając kabel od aparatury rentgenowskiej, ale pomimo takich warunków infekcje były rzadkością. Początkowo byłem jedynym Europejczykiem, pracowałem z Filipińczykami, Hindusami i lekarzami z Ghany, po trzech latach mojego kontraktu do zespołu dołączyli dwaj słowaccy ortopedzi i jeden Bułgar. Tworzyliśmy zgrany zespół, taki „od skalpela do kieliszka”. Problemy, z którymi się borykaliśmy, zaczynały się od tych komunikacyjnych (W Nigerii oficjalnym językiem jest angielski, ale także, obok trzech głównych: Yoruba, Hausa i Ibo, istnieje kilkaset innych narzeczy), a kończyły na zalanych w porze deszczowej ulicach, co utrudniało dojazd do szpitala, strajkach nigeryjskich lekarzy i próbach zrozumienia oraz dostosowania się do nowej rzeczywistości. Z biegiem czasu nauczyliśmy się sprawnie poruszać w labiryncie urzędów, zrozumieliśmy, że w tym kraju tylko ryby nie biorą, przestały robić na nas wrażenie przerwy w dostawach prądu i wody, piątkowe egzekucje bandytów na miejskiej plaży, którą w każdą niedzielę odwiedzali rodacy Polacy, zwłoki na drogach szybkiego ruchu, komunikacyjny chaos, a nawet i prawo podatkowe, dla którego mogłem mieć dwie żony i czworo dzieci, a Hanka mogłaby być wdową. Nauczyliśmy się nie wtrącać w lokalne konflikty, nie ingerować, nie reagować, a sprawy z upierdliwą policją załatwialiśmy przepisując witaminy na potencję, o które panowie zawsze prosili, dowiedziawszy się, że pracujemy jako lekarze dla rządu i armii. Co ciekawe, witaminy działały. Spaliśmy w moskitierach, walcząc z potencjalną malarią mieszanką dżinu z tonikiem, bo branie leków anymalarycznych przez tyle lat zupełnie nie miało sensu. Nikt z nas nigdy nie cierpiał z powodu biegunki, tak powszechnej w tropikach, mimo że nieraz jadaliśmy to, co tubylcy, woda nie zawsze była przegotowana, jarzyny i owoce moczyliśmy w płynie odkażającym, a chleb opiekało się nad ogniem. Praca w Nigerii otworzyła nam też możliwość podróżowania – po każdych 18 miesiącach pracy należało się nam 105 dni urlopu i bilety lotnicze dla całej rodziny w klasie biznes, które zresztą zawsze zamienialiśmy na zwykłe. Dzięki temu, że nigdy nie byliśmy partyjni, zostaliśmy wybrani jako przedstawiciele komitetu powitalnego papieża Jana Pawła II, który odwiedził Lagos w 82’. O wyjeździe z Nigerii zdecydowały pogłoski o planowanym przewrocie wojskowym, niestabilna sytuacja polityczna i chęć zapewnienia dzieciom lepszej przyszłości”.

Welcome to Canada, eh?
Los lekarzy przyjeżdżających do Kanady wcale nie był bajką, przypominał raczej nagłe zderzenie z betonową ścianą zupełnie nowej rzeczywistości. „Gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka, nie zdecydowalibyśmy się na dalszą emigrację do tego kraju. Początkowo myślałem o Stanach Zjednoczonych, pojechaliśmy nawet na krótki rekonesans, ale proces załatwiania stałego pobytu i pozwolenia na pracę wydawał się nam za długi. W Australii lekarzy mieli wtedy nadmiar, emigrantom dokuczało bezrobocie. Złożyliśmy papiery do Kanady. Przyjechaliśmy 1 czerwca 1983 jako niezależni emigranci, z własną gotówką na start, w urzędzie przydzielono nas do London, gdzie zupełnie się nam nie spodobało, więc ostatecznie stanęło na Toronto. Nie wiedzieliśmy jeszcze jak bardzo przyda się nam bezwzględna, afrykańska szkoła odporności na stres i przeciwności życiowe. Żeby w ogóle dostać się do systemu nie wystarczała nostryfikacja dyplomu i lata doświadczenia w pracy zawodowej – trzeba było zdać evaluating exam, test z wiedzy medycznej, który zdawali absolwenci medycyny po ostatnim roku studiów. Pierwszy raz spotkaliśmy się z testami wielokrotnego wyboru – setki pytań bez możliwości przedyskutowania tematu z egzaminatorem. Hanka zdała za drugim razem, ja za trzecim. Po siedemnastu latach praktyki ortopedycznej musiałem się wszystkiego uczyć od nowa” – wspomina Jurek. Początkowo pracował w fabryce elektronicznej przy taśmie montażowej, później jako kurier woził przesyłki do firm prawniczych, a potem, chcąc poznać kanadyjskie szpitale, zatrudnił się jako salowy. Woził pacjentów na wózkach na operacje i pod prysznic, golił do zabiegów, Hanka myła narzędzia chirurgiczne – degradacja stanowisk dramatyczna, narastająca frustracja, ale innej drogi nie było. Kilku jego kolegów nie wytrzymało, wrócili do Polski. Zdany egzamin nie gwarantował ani pracy, ani obowiązkowego, dwuletniego stażu, który był konieczny do rozpoczęcia praktyki lekarskiej. Jako lekarze emigranci w średnim wieku mieli marne szanse, ponadto wszędzie mówiono im grzecznie, acz dosadnie, że lekarzy jest nadmiar. Po dwóch latach szukania możliwości stażu doszli do wniosku, że jeśli nie da się wejść do hermetycznego systemu drzwiami, spróbują tylnym oknem. Jurek znalazł pracę na ortopedii w St. Joseph Hospital w Toronto jako clinical reserach fellow, która miała polegać na badaniach naukowych dotyczących urazów barku – w rzeczywistości była ciężką harówką z pacjentami za $300 miesięcznie. Pojawiło się jednak nikłe światełko w tunelu – dostał licencję edukacyjną, zaczął w końcu pracować jako lekarz – długie dyżury w szpitalu, nocne wezwania i nowe wyzwania, mógł wreszcie pokazać do potrafi. Po roku dostał się na bezpłatny staż. Znacznie odstawał wiekiem od innych lekarzy stażystów, jedną z jego koleżanek okazała się była studentka sprzed lat, którą uczył na łódzkiej akademii. Hanka przeszła podobną ścieżkę w St. Michael’s Hospital. Po dwóch latach stażu oboje zdali egzamin na licencje lekarskie, dyplomy odebrali w 1988, pięć lat po przyjeździe do Kanady. Udało się wyjść z tunelu, choć na ponowne robienie specjalizacji było już za późno.

Siedemnaście lat przepracował w istniejącej do dziś MCI walk-in clinic, jeździł na dyżury lekarskie do fabryk i zakładów pracy, przez dziesięć lat w Trillum Hospital w Mississauga, jako neurosurgical associate, pracował na neurochirurgii. Hanka została lekarzem rodzinnym, cenionym przez pacjentów za empatię i szerokie poradnictwo. Jurek na emeryturę przeszedł w 2006, trzy lata później zmarła mu żona. Dzieciom ułożyło się, tak jak pragnęli rodzice wyjeżdżając z Nigerii. Agnieszka skończyła prawo, Grzegorz poszedł w ślady ojca, dziś pracuje w branży medycznej w Singapurze.
Doktor Jakubowski nie zwolnił tempa, żyje pełną parą – zimą (a i czasami latem w Andach) jeździ na nartach, wiosną przesiada się na rower, podróżuje po świecie, do dziś utrzymuje rozległe kontakty towarzyskie z kolegami z dawnych czasów.

Kaja Cyganik

Jeśli chcesz opowiedzieć nam o własnych przygodach emigracyjnych skontaktuj się ze mną e-mailowo: [email protected]

DSC_0874 DSC_0819 DSC_0394 Pacyfik 1205_800x600