Peter Bacler – Nasz farang

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne marz 28, 2017 at 6:26 am

Schemat jest zazwyczaj ten sam: życie w Polsce, powody oraz przebieg emigracji, nowy dom i nowe życie w Kanadzie. Ta historia jest inna, bo biegnie znacznie dalej. Wychodzi poza standardowe ramy, poza surowy, dramatycznie piękny, kanadyjski horyzont. Bo dom jest tam, gdzie twoje serce. Nawet jeśli serce postanowi się zadomowić na drugim końcu świata. 17410051_10155245042707287_942443651_n

Piotr Bacler wrócił do Toronto kilka tygodni temu, jak sam twierdzi – na wakacje. „Chciałem trochę na nartach pojeździć, a tu zima zupełnie się nie popisała”. Zostanie kilka miesięcy, bo planuje z kolegą letnią wyprawę motocyklową na Nową Fundlandię i Labrador. Trudno przewidzieć, kiedy znów wsiądzie w samolot, ale przyznaje, że ledwo wrócił do Kanady… już tęskni. Do upalnych wieczorów wypełnionych zapachami gotowanych w bocznych uliczkach posiłków, autentyzmu i otwartości, łatwości nawiązywania nowych przyjaźni, niespodziewanych zdarzeń. Do maleńkich wiosek, gdzie zyskał tytuł „naszego faranga” – w języku potocznym „obcego, wywodzącego się z kręgu kultury europejskiej”, gdzie oficjalny słownik tajlandzki (Royal Institute Dictionary z 1999), definiuje to słowo jako „osobę białej rasy”. Tajlandia potrafi bowiem oczarować każdego, pochłonąć, wciągnąć, rozkochać w sobie do granic absurdu. Pochodzi z Kalisza. Przygodę z fotografią zaczął jako pięcioletni chłopiec, od rozłożenia na części pierwsze ojcowskiego aparatu Leica, którego ten używał w codziennej pracy fotoreportera ziemi kaliskiej. Od ojca dostał lanie, a dzień później – własny, prosty aparat fotograficzny i pierwszą lekcję fotografii. Chwilę później, na lokalnym targu pełnym zwierząt domowych i handlujących wszelkimi dobrami Cyganów, powstał pierwszy autorski reportaż, który wydrukowała codzienna gazeta. W ten sposób Piotr, jeszcze przed szóstymi urodzinami, odebrał pierwsze honorarium i wszystkich kolegów z podwórka zaprosił na lody. W szkole średniej rozkręcił biznes fotografii ślubnej. We Wrocławiu skończył architekturę. Po studiach dostał mieszkanie w Kaliszu i posadę asystenta w Biurze Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków; dorabiał robiąc zdjęcia. Grzecznie podziękował za propozycję wstąpienia do PZPR. Na „czarną listę” trafił po tym, jak sprzeciwił się naciskom ze strony lokalnych władz w sprawie wyburzenia kompleksu pałacowo-parkowego, celem pozyskania materiałów na budowę przedszkola (a przy okazji kilku willi dla partyjnych dygnitarzy). Zaczęły się trudności, kolegia orzekające o wyrzuceniu z pracy, ciągła walka z systemem. W 79’ zabrał siostrę, żonę, i wyjechali na tydzień do Kopenhagi, wiedząc, że już do Polski nie wrócą. Przez Austrię udało się wyemigrować do Kanady, w czym pomogła dalsza rodzina z Winnipegu. Przez kolejnych dwadzieścia osiem lat Piotr pracował w dwóch największych biurach architektonicznych w Winnipeg – najpierw w Ikoy Architects, potem w Smith Carter Architects & Engineers Inc. Do Toronto przyjechał, bo rozpadło mu się małżeństwo. Życie nabrało rozpędu, kiedy przeszedł na emeryturę. Judy poznał w Toronto. Można by stwierdzić – przypadkiem, tyle, że przypadków podobno nie ma. Tajska prawniczka pomagała akurat jednemu z Polaków wykaraskać się z problemów, których narobił sobie w Azji. „To zazwyczaj ten sam scenariusz, pułapka w którą łapią się biali, majętni mężczyźni w starszym wieku – Amerykanie, Australijczycy, Kanadyjczycy, Anglicy, Niemcy, Holendrzy, czasem także Polacy” – opowiada Piotr. „Zauroczeni pięknem Tajlandii i Tajek, często chcą zainwestować w ziemię, dom albo biznes. Aby taką transakcję przeprowadzić legalnie, muszą wejść w związek małżeński i podzielić udziały – 49% trafia do obcokrajowca, 51% do jego tajskiej żony. Zazwyczaj taki inwestor jest już dobrze po siedemdziesiątce, a od wybranki serca dzieli go nie tylko przepaść kulturowa ale i pięćdziesiąt lat różnicy wieku. Takie historie najczęściej kończą się dramatycznie – dziewczyna po jakimś czasie sprowadza sobie do domu kochanka, przejmuje dom czy biznes, a niepotrzebnego już męża wyrzuca na ulicę. Prawnicy mają pełne ręce roboty.” 17392149_10155245156542287_1573205478_nZnajomość Judy i Piotra zaczęła się od rozmowy o fotografii, skończyła na wieloletniej, najprawdziwszej przyjaźni. W międzyczasie Piotr zaprosił Judy i jej koleżankę do Polski na Zimowe Igrzyska Polonijne w Zakopanem, w ramach rewanżu otrzymał później zaproszenie do Tajlandii. Poleciał na dwa tygodnie, został pół roku. Od pięciu lat lwią część życia spędza w Azji Południowo-Wschodniej, do Kanady wracając sporadycznie i na krótko. „Zakochałem się w tym kraju, w Khon Kaen mam strategicznie zorganizowaną bazę wypadową, a dzięki Judy i jej delegacjom miałem okazję poznać bliżej także życie Kambodży, Laosu, Wietnamu czy Indonezji. Czasem odnoszę wrażenie, że znam te kraje lepiej niż miejscowi.” W dalsze rejony kontynentu, do Indii, Nepalu czy Chin, Piotr podróżował jako operator kamery, pracując nad serią filmów dokumentalnych dla kanału turystycznego telewizji w Bangkoku. „Kanadyjska emerytura, z której tu bym ledwo przeżył, tam pozwala mi się niczym nie martwić. Wartość tych pieniędzy w Azji jest porażająco większa, więc to, czy mam jakieś zlecenie czy nie, nie ma żadnego znaczenia. W Tajlandii wszystko ma podwójną cenę, od miski zupy po płócienne spodnie na lokalnym targu. Pierwsza to „farang price” – cena dla turystów i obcokrajowców, druga, oczywiście znacznie niższa, to cena dla zwykłych mieszkańców. Różnica czasami jest pięciokrotna, bo Tajowie wyczuli, że turysta ma pieniądze i nie będzie mu przeszkadzało, jak zapłaci pięć dolarów za kawę, która w rzeczywistości kosztuje pięćdziesiąt centów. Szybko się tego nauczyłem i oczywiście doszedłem do wniosku, że nie będę płacił „farang price”. Opanowałem kilka zwrotów w języku tajskim i zacząłem spokojnie tłumaczyć sprzedawcom, że nie jestem „farang”, że jestem tutejszy, Taj w 1%. W sklepach zazwyczaj pękają ze śmiechu, ale sztuczka działa, bo cena natychmiast spada, nawiązuje się rozmowa, nowa znajomość”. Tajskiego Piotr nauczył się głównie podczas półrocznego pobytu w klasztorze buddyjskim – od mnichów oraz wioskowych staruszek i dzieci – angielskiego nikt za bardzo nie znał, a jakoś się trzeba było dogadać. Miejscowość miała około trzystu mieszkańców, a po tygodniu Piotr został w pełni zaakceptowany – stał się „ich farangiem”, obecność i jego, i aparatu fotograficznego, przestała robić na autochtonach jakiekolwiek wrażenie. Życie toczyło się na nieczynnym, rozlatującym się przystanku autobusowym przy wejściu na teren klasztoru. Siadywał tam w wieczornej bryzie i obserwował – charaktery, twarze, buzujące emocje, rodzące się plotki i opowieści. W Tajlandii zaangażował się także w wolontariat Czerwonego Krzyża (International Red Cross) – „Na ostatnią akcję wysłali nas w góry, bo przyszła nagła fala chłodu, ludzie zaczęli marznąć. Wyruszyliśmy całą ekipą, zaopatrzeni w grube koce, ciepłe ubrania… temperatura drastycznie spadła… z plus 35C do plus 20C… zasuwałem w zwykłej podkoszulce, opatulając tajskich górali, trzęsących się z zimna” – wspomina ze śmiechem. Brał udział w akcji powodziowej w 2011, we współpracy z różnymi organizacjami charytatywnymi (m.in. Rotary Club of Thailand) uczestniczył w zbiórkach żywności i podstawowych przedmiotów codziennego użytku dla tajskiej biedoty, koczującej w szałasach skleconych z byle czego, budowanych wzdłuż torów kolejowych, na ziemi uważanej za niczyją. Buddyzm wymaga od wszystkich swoich wyznawców dzielenia się z innymi, spełniania dobrych uczynków, tego typu akcje są więc w naturalny sposób organizowane dosyć często. „Poznałem ludzi ze wszystkich grup i klas społecznych, od żebraków po miliarderów, szczęśliwych i nieszczęśliwych, takich, którzy w oparciu o wierzenia w numerologię, są w stanie wydać, podczas specjalnej aukcji, równowartość dwóch najnowszych mercedesów na jedną, konkretną „szczęśliwą” tablicę rejestracyjną, przedsiębiorców uzależnionych od hazardu, buddyjskich mnichów czy wspomnianych bezdomnych, żyjących przy torach. Byłem przy narodzinach i śmierci, zderzałem się z ludzkimi dramatami, widziałem stado dzikich słoni, które przeszły spokojnie przez sam środek świątyni, musiałem tłumaczyć najważniejszemu buddyjskiemu mnichowi, co znaczy, zainstalowany przez jakiegoś żartownisia w jego komórce, dzwonek brzęczący „fuck you” przy każdym przychodzącym połączeniu…” 17392013_10155245150517287_1756791630_nJako artysta fotografik Piotr w Tajlandii ma już wyrobioną pozycję i renomę. Jego zdjęcia z powodzi drukowały wszystkie największe tajskie gazety i magazyny, swoje prace pokazywał na kilku wystawach na Uniwersytecie w Khon Kaen, gdzie miał okazję spotkać osobiście tajską księżniczkę – wielką pasjonatkę fotografii; prowadził zajęcia ze studentami dziennikarstwa, ze szkoły aktorskiej i plastycznej. „Kiedy żyjesz w jakimś środowisku, w pewnym momencie stajesz się obojętny na to, co jest dookoła ciebie, wszystko powszednieje. Jako obcokrajowiec, farang, mam inne spojrzenie, dostrzegam rzeczy, których tamtejsi mieszkańcy nie widzą, daję im inną perspektywę. Moją specjalizacją fotograficzną jest „życie, jakim je widzę”, z filozoficznego punktu widzenia zamrażam przemijające, humanitarne wartości w numeryczne ramki (digital frames)”. Zżył się z ludźmi, ich temperamentem i mentalnością, serdecznym uśmiechem, z klimatem, z buddyjską filozofią, z kolorami, dźwiękami, zapachami, z tropikalnym kotłem, w którym bulgoczą codzienne radości i problemy. Przyznaje, że w ciągu ostatnich pięciu lat zobaczył i doświadczył więcej życia i świata, niż kiedykolwiek przedtem. Jest najlepszym przykładem na to, że nigdy na nic nie jest za późno i zawsze można zacząć wszystko od nowa. Zdjęcia Piotra możecie zobaczyć na jego profilu: facebook.com/peter.bacler.9

Kaja Cyganik