Bartosz Hadała – Jazz mam we krwi

kwie 7, 2017 at 8:14 pm

Kiedy siada za pianinem i uderza w klawisze cały staje się muzyką. Jazz przepływa przez niego, jak przez medium, rozbryzguje się w powietrzu, wprowadza słuchacza w magiczny trans. Przesiąknięty klimatem nowojorskich klubów, jako jeden z niewielu polskich muzyków żyjących na emigracji, utrzymuje się z grania. 

To historia chłopaka z małego miasteczka, który od urodzenia zamiast krwi w żyłach miał muzykę. Chłopaka, który powędrował w świat. I który, choć osiągnął bardzo dużo, zdołał zachować skromność i rozbrajający, szczery uśmiech.unnamedmale

Stalowa Wola. Urodził się tu Artur Partyka, Omar Sangare, Izabela Sowa i on – Bartek Hadała. Od najmłodszych lat brał udział w warsztatach muzycznych, konkursach i festiwalach. Do Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Ignacego Jana Paderewskiego trafił jako siedmiolatek ścieżką oczywistą i prostą – ojciec uczył tu gry na klarnecie, ciotka skrzypiec, a wujek akordeonu. Bartek wybrał fortepian, bo na klarnet, który go fascynował, był jeszcze za mały. W wieku 15 lat został najmłodszym w historii finalistą Konkursu Pianistów jazzowych im. Mieczysława Kosza w Kaliszu, a dwa lata później otrzymał stypendium do prestiżowego Berklee College of Music w Bostonie. Do Ameryki jednak nie pojechał, bo szybko okazało się, że połowę kwoty będzie musiał dopłacić z własnej kieszeni, a brakująca suma, opiewająca na blisko dziesięć tysięcy dolarów, w połowie lat 90’ była nie do przeskoczenia.

Zamiast za ocean, w 96’ wyjechał na dwa lata na Ukrainę, studiować muzykę klasyczną w Odeskim Konserwatorium Muzycznym, pod okiem profesora Anatolija Kardaszewa. W międzyczasie wziął udział w krakowskim festiwalu Jazz Juniors i otrzymał zaproszenie na odbywający się w Świnoujściu studencki festiwal FAMA, gdzie obok Włodzimierza Pawlika (późniejszego, pierwszego w historii polskiego jazzu, laureata nagrody Grammy), poznał także jazzmanów amerykańskich. Dzięki nowym kontaktom, rok później udało się załatwić miejsce w Western Michigan University w Kalamazoo w Michigan i Bartek przeniósł się na studia do Stanów Zjednoczonych. Jazz, który oczarował i uwiódł jego dziecięce serce, wychowane na dixielandowych płytach ojca, studiował przez pięć lat, a w poszukiwaniu sławy dotarł do Nowego Jorku.

Przez sześć kolejnych lat pracował jako organista w polskim kościele św. Stanisława Kostki na Greenpoint, akompaniował w broadwayowskich klubach kabaretowych, gdzie nowojorscy artyści przygotowywali się do kolejnych spektakli i przesłuchań, udało mu się także dostać wakat akompaniatora w jednej z najstarszych szkół aktorskich kontynentu północnoamerykańskiego American Academy of Dramatic Arts. Wieczory spędzał w klubach, grywając jazz w różnych zespołach i konfiguracjach, poznając jednocześnie kolejnych, liczących się muzyków tego gatunku. Nowy Jork ma tę magiczną właściwość, że zbliża ludzi tego samego gatunku i zainteresowań, pozwalając im spełniać nawet najbardziej nierealne marzenia.

Pierwsza płyta, którą nagrał i wydał Bartek Hadała – „The runner up” – powstała przy współpracy wybitnych artystów – z Bartkiem zagrał Randy Brecker, perkusista Pata Metheny Antonio Sanchez, saksofonistka Ada Rovatii, japońska basistka Noriko Ueda, Dave Anderson i kumpel ze studiów Kevin Garcia na przeszkadzajkach. Projekt złożony z dziewięciu autorskich kompozycji (na płycie znalazł się także standard „A Night in Tunisia”), spotkał się z wielkim entuzjazmem krytyków. „Tajemnicą bardzo dobrych zespołów jest to, że muzyka sama w nich płynie. Dlatego zawsze trzeba szukać lepszych od siebie, bo tylko w ten sposób masz szansę czegoś nowego się nauczyć, a przy okazji jest to nobilitacja grać z najlepszymi” – przyznaje Bartek. „Dla chłopca ze Stalowej Woli, to jest niebywałe osiągnięcie i ogromna radość”.

Nie planował i nie chciał wyjeżdżać z Nowego Jorku. W Stanach był jednak na wizie studenckiej F1, której niestety nie dało się zamienić na nic sensownego, a załatwienie stałego pobytu dla całej rodziny, pomimo tego, że w USA urodziło się Bartkowi i jego żonie pierwsze dziecko, graniczyło z cudem. W 2010, kiedy to na rynku muzycznym ukazała się wspomniana, debiutancka płyta „The Runner up”, nieodzowna konieczność zmiany przywiodła ich do Toronto. „To był bajecznie prosty transfer, w porównaniu z biurokracją amerykańską. Młoda, wykształcona rodzina z dobrym angielskim – nie było problemu by „na punkty” dostać stały pobyt. Do Europy nie chciałem wracać, dla mnie jazz, od małego, intuicyjnie, był nurtem czysto amerykańskim, chciałem go poznawać z tymi, którzy go stworzyli. Japończycy jeżdżą studiować Chopina do Polski, fascynaci muzyki hinduskiej poznają jej tajemnice w Indiach, więc i mnie naturalnie ciągnęło do swingujących źródeł jazzu. Do dzisiaj odczuwam brak tamtej siły ludzkiego potencjału, która nakręca Nowy Jork. Nie jest łatwo się przebić, ale mnie się tam udało przez sześć lat żyć i pracować jako muzyk, uważam to za swój ogromny sukces”.

W Toronto musiał zaczynać od nowa. W środowisko muzyczne wszedł dzięki znajomości z Tadeuszem Drużdżelem, poznanym przez anons w jednej z polskich gazet. Szybko też poznał jazzmanów kanadyjskich – „W NYC muzyków jest mnóstwo, tych zarejestrowanych w związkach zawodowych dobrych kilka tysięcy, tu okazało się, że środowisko muzyczne jest znacznie bardziej skondensowane, łatwiej do tych najlepszych muzyków dotrzeć i wcale nie trzeba ich długo szukać.” – Bartek gra z czołowymi jazzmanami, m.in. z basistą Mikiem Downes, najbardziej wziętym kanadyjskim perkusistą Markiem Kelso czy saksofonistą Chrisem Gale. „Moją mocną stroną jest bez wątpienia porządne wykształcenie klasyczne, doświadczenie w pracy akompaniatora, znajomość idiomów, pewnej etykiety muzycznej. Sama znajomość jazzu nie pozwoliłaby mi zajść tak daleko. Lubię nade wszystko grę zespołową. Dobry zespół muzyczny znaczy dla mnie o wiele więcej niż jakakolwiek kariera solowa. Muzyka jazzowa to ciągła wymiana myśli, dialog, a do tego potrzebujesz interlokutora”.

W klimatach jazzujących Bartek lubi grać Chopina, opracował także najpiękniejsze polskie kolędy w zupełnie zaskakujących aranżacjach, które w ostatnim okresie bożonarodzeniowym, ze swoim zespołem, w pełnej odsłonie przedstawił publiczności Golden Lion, podczas jednego z wieczorów „Cabaret and All that Jazz”, organizowanych przez Wojtka Okulicza. Przez dwa lata uczył w Ontario Conservatory of Music, ale, praktykowane tam ze względów czysto ekonomicznych, nauczanie gry na fortepianie w grupach zupełnie nie licowało z Bartkową miłością do muzyki i niepoprawnym idealizmem. Za współpracę podziękował, odszedł od nauczania, ale nie zrezygnował nigdy z roli kościelnego organisty – grywał w Brampton, obecnie gra na niedzielnych mszach w kościele św. Teresy.

Dwie kolejne płyty, które popełnił, to nagrany także w USA, we własnym salonie, krążek z polską muzyką chrześcijańską (de facto pierwsza, wydana jeszcze przed „The Runner Up”, ale ze względu na język w Ameryce raczej niszowa ;-) oraz jazzowe kolędy zawarte w albumie „Tryumfy Króla Niebieskiego”. – „Nad tą płytą pracowałem dobre trzy lata, także ze względu na finanse i logistykę, bo część materiału była nagrywana w Polsce, a część w Kanadzie. Udało mi się zebrać naprawdę dobrych muzyków (polskich i kanadyjskich) i wokalistów; aranżacje to nieskrępowana forma nawiązująca do polskiego jazzu, pewien wehikuł, dający artystom możliwość swobody i improwizacji. Pomysł zaczerpnąłem od Herbie Hancocka, który uwielbia motywy łączenia popu z jazzem i jego płyty „Possibilities”. Muzyka jazzowa ciągle potrzebuje nawiązania do współczesnej publiczności, współczesnych czasów, nie można grać samych standardów, bo muzyka także może stać się archaiczna, umrzeć śmiercią naturalną. Jak każda dziedzina sztuka, jazz potrzebuje wszechstronności, otwartości umysłu.”

Życie z muzyki i ciągłe tworzenie, to dla Bartka największa satysfakcja i radość. Planuje kolejną płytę, a w najbliższym czasie zakup nowego fortepianu. Często koncertuje w Polsce, rzadziej w torontońskich klubach jazzowych, których nie ma znowu tak wiele, bo poza Rex Hotel i Jazz Bistro, mało który lokal proponuje dobre warunki. Podobnie hermetyczne okazuje się radio Jazz FM 91.1 – dostać się na antenę ze swoją muzyką to osiągnięcie arcytrudne, bo, jak na własnej skórze przekonał się Bartek, młodych artystów się tu nie promuje. Toronto ma też tą właściwość, że bez odpowiedniego nagłośnienia i reklamy żadne, nawet najbardziej znane nazwisko jazzowej sceny, nie gwarantuje pełnej sali. Ważne jest jednak to, by robić to, co się kocha i robić to dobrze, a w przypadku Bartka Hadały emocje, autentyzm i profesjonalizm nie podlegają żadnym wątpliwościom czy dyskusji. Strona internetowa muzyka: www.bartoszhadala.com

Kaja Cyganik