Magdalena Stoch – Hej spod samiuśkich Tater

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne kwie 15, 2017 at 8:06 pm

Góralka z krwi i kości. Silnie związana z ziemią, tradycją i folklorem. Kiedy zaczyna swoją opowieść, mam wrażenie, że słyszę w tle góralskie złóbcoki, nawoływania juhasów i gwizd halnego nad wierchami.  Otwarta, honorna i ślebodna. Magdalena Stoch, choć wybrała Kanadę, do Zakopanego wraca każdej zimy, świętować z najbliższymi  Boże Narodzenie.

Kaja Cyganik: Miłość i szacunek dla folkloru i tradycji masz we krwi?
Magda Stoch: Babcia mojego ojca miała dzieci chyba z dziewięcioro. Nie było żadnych nianiek, maluchy się po prostu brało ze sobą na wszystkie imprezy, wesela. Od najmłodszych lat każdy uczył się folkloru, obserwował, uczestniczył w obrzędach. Rośliśmy w tym, więc naturalnie kolejne pokolenia wchodziły potem do zespołów ludowych. I tak się dojrzewało w świecie, w którym znało się tylko folklor, a jak potem człowiek wyjeżdżał na studia do innego miasta, to dziwnie się czuł, bo wszyscy ludzie jacyś inni tam byli. Region zaczepia miłość do kultury, do folkloru. Teraz jest trochę inaczej, bo Zakopane jest podzielone między górali i Zakopiańczyków, tradycje wciąż jednak żyją i są pielęgnowane, bo dla nas to honorowa sprawa.

KC: Gdzie stawiałaś pierwsze taneczne kroki?
Magda Stoch: W Zakopanem tańczyłam w Harendzie, potem chwilę u Klimków, na studiach byłam w Skalnych, koncertowało się też w mieszanych składach, gdzie tancerze byli z różnych zespołów. Towarzystwo folklorystów jest wdzięczne w kontaktach, spontaniczne, łatwo nawiązać nowe przyjaźnie. Jeździliśmy po festiwalach, przeglądach po całej Europie. Na jednym z wyjazdów do Holandii poznałam Sobka Karpiela (przyp. red. Sebastian Karpiel-Bułecka, lider zespołu Zakopower), był już wtedy znany ze swojej ułańskiej fantazji i muzycznego zacięcia. Śmialiśmy się, że nigdy baby nie znajdzie, bo ze skrzypcami śpi. To zupełnie inne życie, beztroskie, barwne, roztańczone. Jak patrzę na dzieciaki tutaj, to mi ich szkoda, bo folkloru to oni tu za bardzo nie mają.

Zdjecie w chalpie goralskiej_maleKC: Studia wybrałaś humanistyczne, artystyczne czy kulturowe?

Magda Stoch: A nie! Studiowałam marketing i zarządzanie na Akademii Ekonomicznej, to był wtedy popularny kierunek, a w szkole średniej robiłam dużo księgowości, to pomyślałam, że może mi się przydać. I dobrze. Przydało się, bo tu pracuję w real estate.

KC: Co Cię przywiało za ocean? Bo raczej nie halny…
Magda Stoch: Do Kanady lata temu wyjechał wujek, ożenił się z córką pastora i to on zapoczątkował rodzinną emigrację. Ciotka przyjechała, potem moja mama, i nas tak po kolei zachęcała, żebyśmy nowy świat zobaczyli. Jakby nie było, Ameryka dużo ludziom pomogła, zarobkowo się przyjeżdżało. Czworo nas jest i ostatecznie dwoje zostało w Polsce, mama wróciła do Zakopanego, a ja i brat wybraliśmy Kanadę. Pierwszy raz byłam w Toronto w ’96, po szkole średniej na wakacjach; po studiach przyjechałam na stałe. Spore wyzwanie, bo z moich wszyscy akurat byli wtedy w Polsce i zostałam tu zupełnie sama. Łatwo nie było, taka huśtawka emocjonalna – zostać czy wracać? Zaczęłam od sklepów spożywczych, bo nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Długo nie popracowałam, dostałam się do GoWest i tam stawiałam pierwsze kroki w real estate. Potem jako agentka, po zdanych egzaminach, zaczęłam pracę w Remax i tak to trwa do dziś, dwunasty rok w sumie. Lubię pracę z ludźmi, kreatywność, jak każdy góral, cenię sobie ślebodę – wolność, możliwość wyboru, pracy dla siebie, bez szefa nad głową.

KC: Weszłaś z marszu w środowisko polonijne?
Magda Stoch: Właśnie nie. Na początku nie angażowałam się jakoś specjalnie w życie polonijne. Koncentrowałam się na pracy, na rozwoju, karierze, budowaniu siatki znajomych, nauce angielskiego. Weszłam bardziej w środowisko kanadyjskie. Moje życie zmieniło się zupełnie, ale miłość do folkloru, tęsknota „za swoim”, zostają na całe życie. Któregoś dnia uświadamiasz sobie, że siedzisz w tym po uszy. Tego się nie zapomina. Zdałam sobie sprawę, jak wiele mamy do zaoferowania jako kraj, jako ludzie, kultura. Miałam już trochę wolnego czasu, mogłam się poświęcić czemuś więcej, niż tylko pracy. Przez dwa lata tańczyłam tu w zespole węgierskim Kodály. Oczarowały mnie te czardasze, żywioł, dynamika, pomyślałam „eee, pódę”. Na scenie nie ma granic, nie ma barier. Oni wszyscy mówili po węgiersku, ja nic z tego nie kumałam, a tańców się nauczyłam, występowaliśmy razem. Jestem też od jakiegoś czasu skarbnikiem w Związku Podhalan, gdzie mamy zespół dziecięcy Harnasie. Wszystkie te dzieciaki się urodziły już w Kanadzie, na Podhale jeżdżą czasami do dziadków, gdyby nie rodzice, to by nie miały pojęcia o swojej spuściźnie kulturowej. I tu wchodzi ważny wątek – te tradycje nie są wyuczone, wymuszone, a przekazywane z sercem, z dziada pradziada, przekazywane w oryginalnej formie, stąd pozostają autentyczne. W Związku Podhalan robimy dwie imprezy do roku, Andrzejki i Walentynki, mamy za każdym razem po 600 osób. Młodzi ludzie przychodzą się wybawić, wytańczyć, tak po polsku, po naszemu. Przy okazji zbieramy fundusze na organizację innych wydarzeń, jak Opłatek czy wspólnie obchodzoną Wielkanoc. Góralszczyzna w Polonii przetrwa pomimo rozłamów i kłótni – mamy wspólne, ponadczasowe wartości, głęboko zakorzeniony w kulturze aspekt bezinteresowności. To nas trzyma w kupie. Ja bym się tu bez żywej kultury i folkloru nie odnalazła.

KC: Gdzie jest Twój prawdziwy dom?
Magda Stoch: Trochę tu, trochę tam. Nigdy nie będę umiała i nie będę chciała na dobre się odciąć. W Zakopanem mam korzenie. Tam żyjemy inaczej niż w mieście, zawsze w rodzinie, zawsze blisko siebie – ciotki, wujki, kuzyni, imprezy, spotkania. Kiedy wracam, mówią mi, że pachnę Kanadą przez tydzień, a po tygodniu jestem znów u siebie, nikt mi śniadania, jak gościowi, rano nie robi. Angażuję się w całości w tamto życie, sprawy i problemy.

KC: Nie mogłabym nie zapytać – masz jakieś powiązania z Kamilem Stochem?

Magda Stoch: Wiedziałam, że o to zapytasz! Rodzina ojca jest bardzo duża, pytano mnie nie raz czy to mój brat, a może mąż, ale nie, my jesteśmy spokrewnieni w piątym pokoleniu, z tego, co się od ciotek dowiedziałam. Pradziadków Stochów mamy wspólnych. Daleko, ale się nie wyprę. Znam Kamilowego ojca, jego żonę i jej mamę, śledzę jego sportowe sukcesy.

KC: Miałaś też krótki epizod w Polish-Canadian Chamber of Commerce…

Magda Stoch: Udzielałam się tam ze dwa lata, mówili że udało mi się rozruszać tę organizację. Chłopaki mnie prosili, żeby im pomóc, zaczęliśmy robić różne imprezy, zajmowałam się przyjmowaniem nowych członków, potem mnie zrobili jednym z vice prezesów. Ciekawe doświadczenie, bo miałam dostęp do naszych biznesmenów, poznałam sporo bardzo ciekawych ludzi, dużo się nauczyłam. Wielu z nas przyjechało z niczym, zaczynało od zera, a dziś mają wielkie, dobrze prosperujące firmy. Zrozumiałam, że emigracja nie jest dla każdego; jest próbą charakteru, dużym wyzwaniem, pozwala poznać własne możliwości i limity. Do sukcesu można dojść różnymi drogami – ciężką, solidną, uczciwą pracą, poprzez rozwijanie swoich zdolności, czasami dzięki zmianie, ryzyku, postawieniu wszystkiego na jedną kartę. Obczyzna także jednoczy, a często zdarza się tak, że obcy ludzie pomogą ci bardziej niż rodzina. Mam taką zasadę, że jak w coś wchodzę to albo ambitnie, na sto procent, albo wcale. W pewnym momencie miałam za dużo obowiązków – praca, Izba Gospodarcza, Związek Podhalan, rodzina w Polsce – przestałam wyrabiać, musiałam coś odpuścić, jak mi tato zachorował. Rodzina zawsze była dla mnie najważniejsza.

KC: Miewasz jeszcze wątpliwości tu czy tam?
Magda Stoch: Jak już zaczniesz jeździć, przejdziesz przez pierwszą emigrację, to rośniesz w siłę i wszędzie znajdziesz sobie miejsce. Mam naturę wojownika, góralską upartość i pewność, że zawsze sobie poradzę. Nie zarzekam się, że gdziekolwiek osiądę „na zawsze”, ale też nie czuję się w żaden sposób rozdarta. Jestem stamtąd, mam swoje mieszkanie w Zakopanem, żyję tu, zarabiam, rozwijam się. Długo nie widziałam świata poza góralami, zawsze miałam chłopaków z Podhala, zeszło mi trochę, żeby się na ceprów otworzyć. Jakby nie było – ciągnie swój do swego.
Dla mnie korzenie były zawsze najważniejsze – muzyka, kościół, obrzędy, gwara, system mocnych wartości wyniesiony z domu, świadomość regionu – to mnie zawsze trzyma w pionie, pomaga w trudnych chwilach.

Rozmawiała Kaja Cyganik