Jerzy Kopański – In vino veritas

Polacy w Kanadzie Series Zapiski emigracyjne maj 1, 2017 at 10:14 am

Jest jednym z nielicznych Polaków, którzy odnaleźli się w hodowli winorośli i produkcji ontaryjskich win. Na etykietach jego trunków widnieje logo – polski orzeł zrośnięty z kanadyjskim klonowym liściem. Jerzy Kopański, wielokrotnie nagradzany medalami Canadian Wine Awards w najbardziej prestiżowym konkursie kanadyjskich producentów wina, opowiada o miłości do ziemi i wina. 

Komu w momentach kompletnego marazmu kolejnego szarego dnia nie przyszła do głowy myśl – ‘Ach, może rzucić to wszystko w diabły i założyć winnicę…’? Nakarmieni sielskimi obrazami z filmów, wyobrażamy sobie życie wśród winorośli, jako odskocznię od codziennej harówki i powtarzalności zdarzeń.

„Zimą faktycznie jest trochę mniej pracy, ale i tak w tym roku nigdzie nie udało nam się wyskoczyć na wakacje, nawet na tydzień na Karaiby” – przyznaje Jurek. „Wypadło mi duże zamówienie do Chin zaraz po Bożym Narodzeniu i do dziś domykamy formalności. Żeby w ogóle zabierać się za produkcję wina trzeba mieć własną farmę, minimum pięć akrów ziemi i swoje winogrona. Wszystkie winiarnie w Ontario założone po 1994 muszą produkować wino w oparciu o lokalne owoce, nie mogą sprowadzać soku z zagranicy. Potrzebna jest szeroka wiedza i pomoc dobrego winemakera, odpowiednia znajomość gleby, na której się sadzi oraz dobór winorośli pod nasze upodobania smakowe. Konieczne są także: odpowiednia licencja oraz bardzo dużo samozaparcia i cierpliwości dla wszystkich przepisów i obostrzeń prawnych, papierkowej roboty i uciążliwych kontroli, które przychodzą co pół roku”. Oprócz winogron Kopańscy mają także duży sad. Jabłka, brzoskwinie, morele, nektarynki, śliwki, czereśnie – w sumie dwadzieścia akrów ziemi i dodatkowo kilka innych działek, podnajmowanych pod uprawę od bliższych i dalszych sąsiadów.

004

Jurek pochodzi z Mazur, z urokliwych okolic Pisza i Ełku. Kiedy miał dziewięć lat przeprowadził się z rodzicami na, odzyskaną po latach, rodzinną farmę po dziadku. Gospodarstwo było nieduże, a uprawiało się wszystkiego po trochę – zboża, kartofle, warzywa. Była łąka, bo krowy mleczne i na mięso hodowali, w stanie wojennym prowadzili sklep warzywno-owocowy, przez chwilę własną restaurację. Chociaż szkołę zawodową skończył jako mechanik samochodowy, to technikum już rolnicze, a wybierając kierunek studiów, zdecydował się na rolnictwo ze specjalizacją ogrodnictwo i sadownictwo. Na Akademię Rolniczą w Olsztynie dostał się bez egzaminów, jako laureat centralnego stopnia olimpiady. Czasy studenckie wspomina z ogromnym sentymentem – udzielał się społecznie, był przez kilka lat kierownikiem akademika, prawdziwym liderem, którego niosły tłumy. Na początku lat 80’ organizował kilka razy w tygodniu seanse filmowe dla studenckiej braci – oglądali wszystko od Chucka Norrisa po Kaczora Donalda; wygrywali zmagania na Juwenaliach. Życie towarzyskie kwitło. Jednak przez wszystkie lata poświęcone edukacji ścigał go duch armii. A do wojska nie chciał za żadne skarby świata. Wyjechał w trakcie studiów – po ostatnim egzaminie, jeszcze jako student, przed zakończeniem roku akademickiego, siedział w samolocie do Kanady. Nie jechał w ciemno, a do matki, która rok wcześniej z okazji 50. urodzin wybrała się w podróż dookoła świata i przypadkiem, za namową sąsiadki, została w Montrealu. W Polsce nie miał zobowiązań, postanowił zacząć życie zupełnie od nowa. Zresetować przeszłość. Był 1988. Wizę turystyczną przedłużył, złożył papiery o stały pobyt, poszło gładko.

IMG_0348Zawsze chciał żyć ciekawie, po swojemu. Żonę poznał w Kanadzie poprzez jej wuja, kiedy, zaraz po przyjeździe, podjął pracę w sieci dziewięciu włoskich restauracji. Do południa rozwoził ciasto na pizzę, wypieki, i torty, po południu catering do firm i prywatnych domów. Pracował po piętnaście godzin na dobę, żyli głównie z napiwków. Produkcją wina zajął się piętnaście lat temu, dobre dziesięć lat po przyjeździe do Kanady. „Nie dawałem rady w mieście. Lepiej się czuję na wsi, mam przestrzeń, nikt mi się nie wtrąca, nie podsłuchuje, nie ma złodziejstwa, cisza i spokój. Domu nie trzeba na klucz zamykać. Ciągnęło mnie do ziemi. Farma, kiedy ją kupiłem, była w połowie nieużytkiem. Posadziliśmy winogrona. Początkowo miałem tylko sprzedawać owoce innym winiarniom na zasadzie wyhodować – sprzedać – zapomnieć, ale później, trochę przez przypadek, odezwała się we mnie chęć kontroli. Rok 2002 był bardzo tłusty i miałem bardzo dużo winogron, których nie mogłem sprzedać. Dostałem pozwolenie na przetworzenie owoców w wino i tak się zaczęło. Potrzeba mi było człowieka z wiedzą, sam bym się absolutnie nie brał za wino. Tak się szczęśliwie zdarzyło, że mój niedaleki sąsiad zaofiarował pomoc i zrobił mi pierwsze wino. Rok później otrzymałem masę telefonów z innych winiarni, które chciały to moje wino odkupić, ale sąsiad odwiódł mnie od tego zamiaru, mówiąc, że jest zbyt dobre i nie warto go sprzedawać. Doradził też żeby zrobić więcej wina, w kolejnym roku jeszcze więcej, a potem otworzyć winiarnię i samemu to wino sprzedawać. Pomysł wydał mi się szalony, zupełnie sobie tego nie wyobrażałem, z kolejnym decyzjami przychodziły bezsenne noce, ale już wtedy czułem tę dziwną miłość do wina. W końcu zdecydowałem – nakładem olbrzymiej pracy i pieniędzy zbudowaliśmy wszystko od podstaw”.

Winiarnia Jurka Kopańskiego rośnie w siłę z roku na rok. Rozwija produkcję, sukcesywnie dokupuje nowe sprzęty i narzędzia, zainstalował zbiorniki na deszczówkę, postawił budynki gospodarcze. Niedawno skończył budowę nowego domu. Winogrona zbiera ręcznie, bo tylko taka metoda gwarantuje czystość i wysoką jakość zbioru. Rocznie produkuje w Cornerstone Winery około trzydziestu tysięcy litrów wina różnych gatunków, z których wiele nagradzano na najbardziej prestiżowych konkursach winiarskich w Kanadzie. Obok białych i czerwonych, Jerzy robi także icewine, choć ostatnio nastawia się bardziej na „late harvest”, które wyjątkowo dobrze sprzedaje się w Chinach. Zainwestował w nowe projekty nalepek na butelki, dzięki którym wizualnie zyskały więcej szyku i klasy. Importuje część produktów do Polski i USA. Jego wina często zamawia Ambasada Polska w Ottawie i Konsulat RP w Toronto. Polaków jednak nie zagląda tu wielu, częściej Kanadyjczycy. Niełatwo też znaleźć trunki Cornerstone na półkach w LCBO. „Od początku chcieliśmy mieć swój sklep, otworzyliśmy go w piątym roku produkcji. Nie chcemy robić masówki, zależy nam na produkcji Premium Wine, naprawdę dobrego wina, które będzie można sprzedawać w przystępnej cenie, tak do $20 z butelkę. W ten sposób łatwiej wyrobić jest markę, przyciągnąć uwagę mediów. Sprzedajemy do restauracji, mamy wielu stałych, powracających klientów”.

IMG-20120507-00171Z młodzieńczych lat została mu nie tylko fascynacja rolnictwem, ale i wieczny głód poszukiwania nowych zajęć. To, że praca przy winorośli pochłania masę czasu, nie zatrzymuje Jurka w ciągłym wymyślaniu sobie nowych zajęć. Od lat zajmuje się mechaniką samochodową. Potrafi naprawić każdą usterkę w dobrym, starym, zapomnianym dziś stylu, wie skąd pozyskiwać części. W wolnych chwilach reperuje auta dzieciom i znajomym, czasem nawet zarabia na tym niezłą kasę. Ostatnio myślał nad zakupem maszyny laserowej wypalającej wzory na szkle i rozpoczęciu produkcji unikatowych kieliszków i butelek dla siebie i okolicznych winiarni. Fascynuje go także pszczelarstwo, może niedługo w sadzie postawi kilka uli, tyle, że tu na przeszkodzie stoją opryski chemiczne. „Pryskamy na owady, robaki i grzyby; pszczoły powinny żyć na czystych ekologicznie pastwiskach. Wypożyczamy ule tylko na sezon kwitnienia, kiedy kończy się zapylanie ule znikają, a ja muszę wejść z chemikaliami. Dziś każdy chce organiczne owoce, ale nikt nie kupi robaczywych. A tak się nie da – albo jedno, albo drugie. Owoce bez skaz, bez przebarwień, ładne, dorodne, błyszczące, zawsze wymagają oprysków. My i tak pryskamy mało, bo prowadzimy sadownictwo na niewielką skalę. Duże firmy w sezonie pryskają nawet i po piętnaście razy. Trzeba jednak pamiętać, że chemia używana dzisiaj do oprysków jest znacznie mniej szkodliwa niż ta, z której korzystano dwadzieścia lat temu, bardziej organiczna. Współczesne laboratoria korzystają na przykład ze sproszkowanych hub drzewnych. Na jabłka są różne mody – obecnie nowe odmiany, jak honey crisp, są znacznie droższe niż golden delicious. Jadalne winogrona też bardziej się opłacają w uprawie i sprzedaży niż winogrona na wino. Patrzę na drzewa, krzewy i owoce, jak na ludzi – tylko zdrowe okazy obrodzą zdrowym potomstwem. W przyrodzie nie można utrzymać każdej rośliny przy życiu. Trzeba o nie odpowiednio dbać, by rosły silne i dawały dobrej jakości owoce. Do tego dochodzą bakterie, szkodniki, grzyby – dlatego, ze względów ochronnych, wszystkie winogrona się szczepi, łącząc inne korzenie z inną górą” – o uprawie Jerzy wie naprawdę dużo i umie barwnie opowiadać. Trójkę dzieci Kopańscy odchowali podobnie – urodzonym na kanadyjskiej ziemi zaszczepili polskie wartości i tradycje – zespoły ludowe, harcerstwo, kościół. Czy któreś z nich przejmie winiarnię po rodzicach, ciężko przewidzieć, Jurek jest jednak dobrej myśli.

Kaja Cyganik

winery picture