Janusz Pietrus – Rodzynki w cieście marazmu codziennego życia

Polacy w Kanadzie Zapiski emigracyjne maj 11, 2017 at 3:18 pm

W strukturach polonijnych działał uparcie i prężnie od początków kanadyjskiej emigracji. Znawca i miłośnik filmu polskiego, socjolog, dziennikarz, organizator imprez kulturalnych, impresario, blisko związany ze środowiskiem kombatantów wojennych. Postać barwna i niewątpliwie dla kanadyjskiej Polonii zasłużona.

Urodził się w podkrakowskim Wolbromiu, wakacje spędzał u babci w Michałowicach, prostą, krótką drogą doszedł więc na Uniwersytet Jagielloński, gdzie ukończył socjologię. Studiował w czasach, gdy bezpłatne, pięcioletnie magisterskie studia humanistyczne były ciągiem niekończącej się zabawy, a niektóre znajomości z tamtych czasów przetrwały do dziś. Pisywał do czasopisma „Student”, jako bramkarz pilnował Nowego Żaczka, regularnie bywał w Rotundzie, przesiadywał w Klubie „Pod Jaszczurami”. Z tytułem magistra trafił do SOR-u, Szkoły Oficerów Rezerwy, gdzie w wojskach zmechanizowanych we Wrocławiu odsłużył pół roku, a drugie pół spędził w jednostce w Pychowicach koło Tyńca, jako dowódca plutonu.
„Sam wyjazd z Polski to była cholernie trudna sprawa. Pracowałem wtedy na etacie asystenta na wydziale organizacji i zarządzania Politechniki Wrocławskiej, gdzie przez trzy lata wykładałem socjologię pracy. Zacząłem pisać doktorat z pogranicza psychologii społecznej, próbując dociec, jak środki masowego przekazu kształtują postawy społeczne. Napisałem ten doktorat dosyć szybko, uwinąłem się w dwa lata, zrobiłem badania, a kiedy przygotowywałem się do obrony, mój promotor, ówczesna sława socjologii, wezwał mnie do Warszawy i poinformował, że nic z tego nie będzie, temat nie przejdzie, dla systemu jest zbyt drażliwy. Prawda o tym, że propaganda w Polsce używana była jako metoda prania mózgów obywateli, udowodniona i wykazana na liczbach w moim doktoracie, jakoś nie przypadła partii do gustu. Mur, który nagle przede mną wyrósł był pierwszym powodem, z którego zrodziła się myśl o emigracji. Drugi był taki, że mieszkałem wtedy z żoną w hotelu asystenckim, urodziła się nam córka, poszedłem zapytać kiedy dostanę mieszkanie i usłyszałem kpiącą odpowiedź urzędnika, że mogę się zgłosić ponownie w 2010, a był koniec lat 70. Kroplą, którą przelała czarę goryczy, stała się historia z remontem strychu, który załatwił mi kolega, mający układy „na górze”. Przyszedłem po klucze, niestety w naiwności swojej myślałem, że jak przyniosę w ramach podziękowania koniak, to wystarczy, nie wpadłem na to, że oczekiwano grubej łapówki i szansa przepadła. Postanowiłem dać dyla z Polski, a ku temu był najwyższy czas, bo dwa tygodnie wcześniej wyjechał mój szwagier z rodziną i wiedziałem, że jak się nie pospieszę i mnie namierzą, to nie dadzą mi paszportu. Spakowałem plecak, wziąłem książkę Alexis de Tocqueville’a o demokracji w Ameryce, wsiadłem w pociąg i pojechałem do Austrii”.

W austriackim obozie dla uchodźców w Traiskirchen, dwadzieścia kilometrów na południe od Wiednia, gdzie spędził pół roku, ze szwagrem malowali i tapetowali domy. Siostra Janusza, wezwana w międzyczasie na przesłuchanie na komendę SB w Olkuszu, nieświadoma prawdy zeznała, że wyjechał na stypendium naukowe do Wiednia. Służby bezpieczeństwa świetnie jednak już wtedy wiedziały, gdzie naprawdę przebywał. Do Kanady udało mu się wyjechać stosunkowo szybko.

„Dziś gdy o tym myślę, widzę absurdalność całej sytuacji, wtedy jednak moja jaźń pracowała w bardzo dziwnych rejestrach, byłem niemal przekonany, że kolejna wojna światowa wisi na włosku” – opowiada. „W 79’ nastroje społeczne w Polsce były makabryczne, Chiny zaczęły wojnę z Wietnamem, zaczęły się historie w Afganistanie, konflikt czuć było w powietrzu. To wszystko podsycało moją wyobraźnię, w obozie dla uchodźców krążyły opowieści o porwaniach Polaków i deportacjach do kraju, postanowiłem uciekać, ściągnąć rodzinę, zacząć życie w bezpieczniejszym miejscu”.

Po przyjeździe do Kanady rzucił się w wir pracy, jak większość nowo przybyłych porządnie dostał w kość. Żeby podbudować się psychicznie zaczął pisać recenzje filmowe do „Echa”, a potem do „Związkowca”. W Polsce jego teksty drukował m.in. „Film”. W międzyczasie zaczął prężnie działać jako polonijny impresario, współuczestnicząc w sprowadzeniu sztuki teatralnej „Ławeczka” z Joanną Żółkowską i Januszem Gajosem, Piwnicy pod Baranami – jeszcze w czasach ich największej świetności gdy żył Piotr Skrzynecki oraz całego teatru londyńskiego POSK-u, ze sztuką Woltera „Kandyd”.

film_frame_01 copy (web)

Janusz Pietrus z polskim reżyserem, śp. Piotrem Łazarkiewiczem

Potem przyszedł czas na wywiady, które do dziś zalegają w szufladzie, czekając na wydanie książkowe – Janusz przeprowadził rozmowy ze znanymi aktorami, m.in. ze Zbigniewem Zapasiewiczem, dwie z Gustawem Holoubkiem, Dorotą Stalińską, Jerzym Kryszakiem, a także z reżyserami: Krzysztofem Zanussim, Krzysztofem Kieślowskim, Agnieszką Holland, Dorotą Kędzierzawską, którzy przyjeżdżali do Toronto na TIFF. Chyba nie do końca żartem stwierdza -„Gdy tak to wszystko wyliczam, to chyba szybciej zabiorę się za wydanie wszystkich zebranych przez lata wywiadów w formie książkowej. Teraz jestem na emeryturze, mam więcej czasu, więc być może wreszcie do tego dojdzie…”.

Na torontońskim festiwalu filmowym miał dziennikarską akredytację, zaprzyjaźnił się nawet z założycielem i guru festiwalu Piersem Handlingiem, który często pytał go o opinię w sprawie polskich produkcji zgłaszanych na festiwal. „Byłem dumny z tego, co robiłem. Pracowałem wtedy w „Związkowcu”, najpierw jako człowiek od składu komputerowego, potem przez sześć lat jako manager całego wydawnictwa. Gazeta należała do Związku Polaków w Kanadzie, mieliśmy ogromną drukarnię, działało biuro podróży, istniał ośrodek kulturalny w Grimsby, który potem sprzedano, zatrudnialiśmy dziennikarzy z naprawdę dobrym piórem, że wspomnę o Jarosławie Newerlym Abramowie, Robercie Długoborskim, Pawle Jedlewskim czy Staszku Stolarczyku. Zaczęliśmy organizować festiwale polskich filmów, wszystko się dobrze kręciło. Sprowadziliśmy wielu świetnych polskich reżyserów, którzy prezentowali swoje najnowsze filmy. Gościliśmy m.in. Glińskiego, Łazarkiewicza, Piwowskiego, Krzystka i Feliksa Falka, którego – nawiasem mówiąc – film „Lato miłości” udało mi się wypromować w telewizji Showcase… Przy Bloor & Ossington istniało wtedy kino Paradise, gdzie odbywały się, przy pełnej sali, przeglądy filmów, obowiązkowo z angielskimi napisami. Ze Zbyszkiem Pospieszyńskim, szefem marketingu w PeKaO, wymyśliliśmy Polish Day w Canada’s Wonderland, imprezę, której ideę przejął potem Wojtek Śniegowski, przenosząc ją na Ontario Place. To tam wystąpiły m.in. Urszula Dudziak i Justyna Steczkowska. W ramach TIFFu współorganizowałem przeglądy polskich filmów, m.in. Kieślowskiego i Jerzego Skolimowskiego, z którym mieliśmy nawet robić wspólną produkcję, ale ze względów finansowych pomysł upadł, a dla mnie stało się to inspiracją do późniejszego ukończenia szkoły filmowej, ściślej zaś kierunku produkcji filmowej i telewizyjnej”.
Ze „Związkowca” Janusz odszedł w 1995 roku, kiedy zaczęły się polonijne gierki, wybuchła afera Trust vs Credit Union. W poszukiwaniu nowej pracy trafił w zupełnie inne klimaty, do branży hotelarskiej – w Westin Harbour Castle nad samym jeziorem w centrum Toronto przez piętnaście lat prowadził centrum biznesowe. „Miałem z tej pracy sporo przyjemności i satysfakcji, bo i tam przyjeżdżali słynni artyści, sportowcy. Miałem okazję poznać Rogera Moore, Johna Travoltę czy Samanthę Fox, a takie chwile są jak rodzynki w marazmie codziennego życia, który tak naprawdę dotyka każdego z nas”.

Przyznaje, że ważnym epizodem w jego życiu jest wieloletni związek z weteranami. Przez chwilę był członkiem zarządu Kongresu Polonii Kanadyjskiej, na stałe związał się ze Stowarzyszeniem Polskich Kombatantów w Kanadzie. Blisko przyjaźnił się z weteranami, także z tymi spod Monte Cassino, do którego dwukrotnie pielgrzymował, był jednym z inicjatorów powołania Muzeum SPK przy Beverly St., do dziś zasiada w Zarządzie Głównym. Kilkanaście lat temu przejął czasopismo SPK, kiedyś kwartalnik, dziś wydawnictwo periodyczne, półroczne.
Patriotyzm wyniósł z domu. Jeszcze w obozie dla uchodźców, wieczorami często grając na gitarze, nucił swoją ulubioną piosenkę – „O Mój rozmarynie”. Ta ułańska, rzewna melodia, stała się w pewnym sensie hymnem jego emigracji. Sentyment do tego akurat utworu został po ojcu, który w czasie kampanii wrześniowej podczas II WŚ służył w pułku ułanów. Od kilku lat Janusz Pietrus mieszka nad jeziorem Huron w zatoce Georgian Bay. Ceni sobie spokój, chodzi na grzyby, spaceruje ze swoim psem Malinówką i intensywnie myśli o książce. I oby te myśli prędko zmaterializowały się na papierze.

Kaja Cyganik

film_frame_01 copy_web

od lewej: Jerzy Skolimowski, Piers Handling (pomysłodawca i założyciel TIFF), Janusz Pietrus