100 lat temu: zapomniana mała apokalipsa

Historia Kanady grud 20, 2017 at 1:52 pm

100 lat temu: zapomniana mała apokalipsa

Pamięta jedynie, że siedziała na kolanach matki i trzymała w rękach książeczkę dla dzieci, kiedy nagle dom zatrząsł się w posadach.  Jak przez mgłę przypomina sobie ociekającą krwią twarz matki, ciała zabitych na ulicy i rannych w miejscu zbiórki, do którego wszystkich kierowano.  Była wówczas małym dzieckiem i choć widziała to wszystko na własne oczy, niewiele docierało do jej świadomości. O tym, co się wtedy stało, dowiedziała się od matki później, kiedy podrosła.  

Niewielka szrama na czole przypomina jej jednak, że należy do tych nielicznych ludzi na świecie, którzy mogą o sobie powiedzieć, że los był dla nich wyjątkowo łaskawy. Miała szczęście – przeżyła największą w dziejach katastrofę (nie licząc wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie) spowodowaną przez człowieka, w rezultacie której pół miasta znikło z powierzchni ziemi, zginęło prawie 2 tysiące osób, a kilkaset zmarło wskutek warunków atmosferycznych, braku schronienia i natychmiastowej pomocy.

Halifax w 2 dni po eksplozji

Halifax w 2 dni po eksplozji

Miało to miejsce w dniu 6 grudnia 1917 roku, gdy statek z ogromnym ładunkiem amunicji zderzył się z drugim w porcie w Halifaksie. świat ogarnięty był w tym czasie wojną i codziennie ginęło tysiące ludzie. Cóż w porównaniu z tym znaczyła eksplozja w Halifaksie?

    Z dokumentów historycznych wynika, że winni tej tragedii nie zostali rozliczeni do dnia dzisiejszego, a jeden z nich otrzymał nawet potem medal za zasługi wojenne – w grę wchodziły głównie względy polityczne.  Do dziś też niewiele osób wie cokolwiek na temat tego wydarzenia, gdyż na długie lata zapadło milczenie i nawet w szkolnych podręcznikach nie ma na ten temat ani słowa.  O apokaliptycznej eksplozji w Halifaksie przypomniała w roku bieżącym telewizja CBC, w czterogodzinnym filmie, w którym na zakończenie zabrała głos 92-letnia mieszkanka Sarni, Marion Mathewson, jedna z nielicznych osób, które tragedię tę przeżyły.

    Z dokumentów historycznych wynika również, że przyczyną nieszczęścia były ludzka bezmyślność i tchórzostwo, a jego miary dopełniła bezlitosna aura. W Europie trwała wojna, a port w Halifaksie był najważniejszym na terenie Ameryki Północnej ośrodkiem, z którego wysyłano pomoc dla państw ogarniętych wojną.  Do  Halifaksu przybijały statki z Europy po długiej podróży przez Atlantyk i tu formowały się konwoje statków z zaopatrzeniem dla europejskich aliantów.  Port był ruchliwy, jak na owe czasy, pełen żołnierzy obcych armii i patroli wojskowych.  Obawiano się bowiem, iż ożywiony ruch nie może pozostać nie zauważony przez wroga. Przesadna ostrożność stała się jedną z przyczyn katastrofy.

 Był ranek 6 grudnia 1917 roku.  Norweski statek “Imo”, spieszący z pomocą Belgii, opuszczał port w Halifaksie, kierując się w stronę Nowego Jorku.  W tym samym czasie francuski statek z ładunkiem amunicji, “Mont Blanc”,  zdążał w kierunku portu, gdzie wejść miał w skład konwoju, mającego wyruszyć w rejs do Europy.  “Imo” zręcznie manewrował pomiędzy statkami zacumowanymi w porcie i właśnie nabierał prędkości, kiedy kapitan stwierdził, iż znajduje się na drodze “Mont Blanc”.

zz halifax33Obaj sternicy natychmiast spostrzegli niebezpieczeństwo, lecz brak efektywnej łączności pomiędzy nimi sprawił, że jeden i drugi wykonali kilka chaotycznych manewrów. Gdy statki zbliżyły się do siebie, sternik “Mont Blanc” wykonał gwałtowny manewr w kierunku portu, chcąc uniknąć kolizji.  W tym samym czasie manewru dokonał również sternik “Imo”, po czym, widząc, że zderzenie jest nieuniknione, zastopował silniki, a następnie próbował uciec wstecz.  Rozpędzone statki trudno jednak było zatrzymać i dziób “Imo” rozorał burtę “Mont Blanc”, wywołując pożar ładunku na pokładzie.  Nie wiedziano, że na francuskim statku znajduje się 200 ton amunicji, bo, nie chcąc, by zwracał na siebie uwagę, zdjęto z masztu czerwoną flagę, która, zgodnie z przepisami, powinna powiewać na maszcie statku przewożącego materiały wybuchowe. Tymczasem na pokładzie znajdował się łatwopalny benzol, a wnętrze statku wypełnione było po brzegi prochem i materiałem wybuchowym zwanym TNT.

   Tuż po zderzeniu nie doszło do wybuchu i gdyby w porę zareagowano właściwie, prawie na pewno udałoby się zapobiec katastrofie. Ale przez następne 20 minut na pokładzie francuskiego statku panował chaos. Z palącego się na pokładzie benzolu wzbił się w niebo czarny słup dymu i widok ten zaaferował mieszkańców miasta; zaintrygowani, ciągnęli tłumnie do portu, by zobaczyć, co się dzieje. Płaskie dachy stojących w pobliżu budynków wypełniły się gapiami, i nawet dzieci zdążające do szkoły w pobliskim Richmond przybiegły nad brzeg, aby popatrzeć na strzelające w powietrze iskry i unoszący się nad statkiem gigantyczny słup dymu. Ci zaś, którzy pozostali w domach, przylepili twarze do szyb i z ciekawością czekali na dalszy rozwój wypadków.  W porcie zaś wezwano wszystkich do pomocy w gaszeniu ognia, lecz akcja ratunkowa nie była zorganizowana.  Wszystko to razem wpłynęło na zwielokrotnienie się liczby ofiar eksplozji.

    Grupie robotników portowych polecono przyczepić do płonącego statku linę, aby go odholować w inne miejsce. Jakiś mężczyzna próbował wspiąć się na pokład płonącego statku, zaś straż pożarna pod wodzą Edwarda Condona jechała na ratunek jedynym posiadanym przez siebie samochodem. Inne jednostki straży pożarnej przybywały konno i w pośpiechu rozciągały węże po nabrzeżu, lecz strumień wody z sikawek albo nie dosięgał płonącego statku, albo powodował odwrotny od zamierzonego skutek. Polewane wodą płonące smary paliły się nadal, a statek powoli dryfował w stronę nabrzeża.  Nikt nie zdawał sobie sprawy z niebezpieczeństwa; jedynie telegrafista dostrzegł niebezpieczeństwo i próbował ostrzec zdążające do miasta pociągi o zbliżającej się katastrofie. Dzięki jego bohaterskim wysiłkom, które przepłacił życiem, zatrzymano je w porę, nim dotarły do miasta. Jego ostatni meldunek: “Statek z amunicją w płomieniach zbliża się do nabrzeża 6.  Żegnajcie.” nadany został o 9.04.  W 35 sekund później nastąpiła eksplozja “Mont Blanc” i dzielny telegrafista zginął na miejscu.  Załoga “Mont Blanc”, z kapitanem na czele, opuściła statek kilkanaście minut wcześniej, szalupą ratunkową dobiła do brzegu w bezpiecznej odległości od portu i usiłowała ulotnić się.

     Do czasu zrzucenia na Hiroszimę bomby atomowej, świat nie doświadczył takiej eksplozji.  Podmuch powietrza zmiótł z powierzchni ziemi wszystko w promieniu 800 metrów i uszkodził wszystko w promieniu 1,6 kilometra. Był tak potężny, że dotarł do położonego o 100 kilometrów od Halifaksu Truro i w mieście tym pospadały ze ścian zegary i obrazy.  Ziemia zatrzęsła się i wstrząs odczuwalny był w Sydney, mieście położonym o 322 kilometry od miejsca wybuchu.  Szczątki statku wyrzucone zostały w górę z taką siłą, że rozprysły się na drobniutkie kawałeczki, po czym spadły na nabrzeże w postaci ognistego deszczu, wzniecając wszędzie pożary.  Zniszczenia dopełniła ogromna fala, powstała w czasie wybuchu, która zalała ruiny miasta na wysokość 6 metrów.  Zmyła ona wielu ocalałych do zatoki, a ponieważ nikt nie był w stanie przyjść im z pomocą, znaleźli śmierć w oceanie.  W chwili eksplozji śmierć poniosły 1963 osoby; zabił je bądź sam wybuch, bądź odłamki metalu i szkła, albo też zginęły pod gruzami walących się domów.  Ponad 9 tysięcy osób zostało rannych – rozpryskujące się szyby okien zmasakrowały im twarze, a niektórych oślepiły na zawsze.  Z osób, które w chwili eksplozji znajdowały się w pobliżu portu, ocalały nieliczne jednostki.

    Trzeci oficer, J.C. Meyers znajdował się 30 metrów od “Mont Blanc”, kiedy na pokładzie zapalił się benzol.  Pamięta jedynie, że pierwszy oficer zawołał: “Patrz!” Ocknął się na wzgórzu, z którego rozpoznał Fort Needham.  Był w odległości 1,5 kilometra od miejsca wybuchu, prawie nagi; mundur dosłownie znikł, miał tylko buty na nogach.  Co się stało, nie pamięta.

    Halifaks był w czasie wojny miastem wojskowym i armia wzięła natychmiast akcję ratunkową w swoje ręce.  Wojskowe pojazdy nie mogły jednak przedrzeć się przez ulice zawalone gruzem.  Przez megafony wezwano więc wszystkich do gromadzenia się na otwartych placach i w parkach.  Zaczęto przeszukiwać ruiny w poszukiwaniu rannych, lecz akcja ratunkowa była utrudniona.  Jak gdyby nie dość było nieszczęść i kataklizmów, rozszalała się aura – nadciągnęła jedna z największych burz zimowych w historii Kanady i przez 6 dni non stop trwała zamieć. Gdy wreszcie ucichła, przeszukujący ruiny w poszukiwaniu zaginionych bliskich znaleźli setki zwłok ludzi, którzy zamarzli z powodu braku schronienia.

     W końcu nadeszła zorganizowana pomoc z innych miast, w tym z odległego Montrealu, i natychmiast zabrano się do opatrywania i kurowania rannych, lecz brakowało krwi, środków opatrunkowych i znieczulających. Czyniono wszakże wszystko, co w ludzkiej mocy, by pomóc mieszkańcom Halifaksu i przywrócić życie w mieście.  Stosunkowo szybko przystąpiono również do wyjaśnienia przyczyn katastrofy.  W pierwszym momencie podejrzewano, że eksplozja była dziełem niemieckich szpiegów i sabotażystów.  W związku z tym, wydano nakaz aresztowania wszystkich posiadających niemieckie nazwiska.  Nic jednak nie wskazywało na to, że osadnicy niemieckiego pochodzenia mieli z tym cokolwiek wspólnego, więc cała złość mieszkańców zwróciła się przeciwko kapitanowi statku “Mont Blanc” i sternikowi, których wkrótce po wybuchu aresztowano na brzegu.  Już sam  fakt, że ocalili własne życie, przemawiał przeciwko nim, bo sugerowano, że uciekli z płonącego okrętu, wiedząc, jakie niebezpieczeństwo grozi miastu.

"Imo" po eksplozji

“Imo” po eksplozji

    W tydzień po wybuchu w budynku zniszczonego sądu odbyła się pierwsza rozprawa przeciwko oskarżonym o spowodowanie tej straszliwej tragedii.  Brakowało jednak świadków. Kapitan i sternik “Imo” ponieśli śmierć i nie mogli się bronić, zatem ich usiłowano uczynić odpowiedzialnymi za katastrofę. Jednakże Burchell, adwokat reprezentujący załogę “Imo”, z pasją zaatakował francuskiego kapitana, udowadniając mu podjęcie szeregu złych posunięć i decyzji w ostatnich chwilach przez zderzeniem statków.  W lutym sędzia Drysdale wydał wyrok.  Uznał on kapitana statku “Mont Blanc”, Aime Le Medeca i sternika, Francisa Mackey’a, odpowiedzialnymi za wybuch.  Obydwaj zostali aresztowani i przebywali w areszcie do czasu kolejnej sprawy w Eschequer Court of Canada w Halifaksie i sędzia Drysdale podtrzymał swoje oskarżenie wystosowane w stosunku do kapitana “Mont Blanc”. Lecz tuż przed apelacją sprawa ta została przejęta przez Sąd Najwyższy Kanady, a ten wydał odmienne orzeczenie. Zaczęto bowiem snuć domniemania, że na wyrok sądu w Halifaksie mogły mieć wpływ antyfrancuskie nastroje, jakie panowały w tym czasie w Kanadzie. (Rząd wydał w tym samym czasie Military Services Act, przeciwko któremu protestował Quebec, dopatrując się w nim  antyfrancuskich nastrojów  w całym kraju.)

W składzie  Sądu Najwyższego było również kilku sędziów pochodzenia kanadyjsko-francuskiego, stąd zadecydowano, że sprawę rozpatrzy Privy Council in England.  Sternik Mackey uwolniony został od odpowiedzialności za  kolizję i po krótkim okresie zawieszenia powrócił do pracy w charakterze pilota portowego. Kapitan  Le Medec zwolniony został z aresztu, powrócił do ojczystej Francji, sprawował funkcję kapitana przez wiele kolejnych lat i otrzymał medal za zasługi wojskowe.  Nigdy nie został ukarany za katastrofę w Halifaksie, chociaż wszystko przemawiało na jego niekorzyść.  Udowodniono, iż był w stanienie zapobiec tragedii, gdyż nie doszłoby do eksplozji, gdyby po zderzeniu się statków natychmiast zatopił “Mont Blanc”, lecz wolał on bezzwłocznie opuścić statek, żeby nie narażać swojej skóry.  W 1942 roku wojskowy statek transportowy,  wypełniony amunicją, zapalił się w porcie w Halifaksie. Chcąc uniknąć powtórzenia się historii, władze wojskowe wydały rozkaz  zatopienia “Trongate”.  Wybił on swoim ciężarem dziurę w dnie portu, a amunicja rozrzucona została  na sporą odległość, ale do eksplozji nie doszło i miasto zostało ocalone.

    Tragedia w Halifaksie była bezsprzecznie jedną z największych tragedii w historii, lecz przez szereg lat nie wspominano o niej prawie w ogóle.  Dlaczego?  Jedną z przyczyn dyskretnego milczenia był z pewnością fakt, że głównym winowajcą był francuski kapitan, a nie chciano podgrzewać antyfrancuskich nastrojów w kraju.  Ale… upłynęło wiele lat, a o tym, co stało się w Halifaksie wciąż niewiele wiadomo, a w szkolnych podręcznikach są na ten temat jedynie krótkie, lakoniczne wzmianki.  Wkrótce nie będzie już między nami naocznych świadków tamtych wydarzeń, bo czas płynie nieubłaganie i osoby, które były wówczas małymi dziećmi, obecnie liczą sobie około setki.

    Mieszkająca od lat w Sarni pani Marion Mathewson wdzięczna jest reżyserowi filmu za to, że wydobył z lamusa ten przechowywany dotychczas w ciemnym kącie okruch kanadyjskiej historii, a prócz tego utrwalił na taśmie również cząstkę jej życia.  Dzięki temu o tym, co stało się w jej rodzinnym Halifaksie, dowiedziały się miliony ludzi.  Dawne to, co prawda, dzieje, bo od owego dnia upłynęło bez mała 100 lat, ale o takich rzeczach nie godzi się zapominać, nawet jeśli z politycznego punktu widzenia jest to wygodniejsze.  Można puścić w niepamięć popełnione błędy i wybaczyć winnym, ale ofiarom tej apokaliptycznej tragedii i tym, którzy z narażeniem życia śpieszyli miastu na ratunek, należy się pamięć.

Jerzy Szlachetka