Władze Norwegii odebrały Kanadyjce syna

Kanada Top News luty 16, 2018 at 10:00 am
Teresa i Leif Kristiansenowie ze swoim 12-letnim synkiem Kaiem

Teresa i Leif Kristiansenowie ze swoim 12-letnim synkiem Kaiem

Kanadyjka, która na stałe mieszka w Norwegii przeżywa koszmar po tym, jak tamtejsza opieka społeczna niespodziewanie weszła do jej domu i zabrała jej 12-letniego syna.

Teresa i Leif Kristiansen zamieścili w czwartek na Facebooku film wideo, który pokazuje jej płacz i krzyk o pomoc, podczas gdy policja i pracownicy socjalni zabierają jej syna, Kaia z ich mieszkania w miejscowości As w Norwegii. Na filmie w czasie, gdy urzędnicy zabierają jej syna ciągnąc go po śniegu słychać rozpaczliwy krzyk matki; „Patrz co robisz, zostawcie go w spokoju! On nic nie zrobił! Czy nam ktoś pomoże?!

Film miał ponad 640 tysięcy wyświetleń i został udostępniony prawie 7 tysięcy razy.

W rozmowie telefonicznej z reporterami CTV News Kristiansen ze swojego norweskiego domu w As tłumaczy, że Barnevernet jest państwową agencją ochrony dzieci w Norwegii, innymi słowy pełni tę samą funkcję, którą w Kanadzie sprawuje Children Aid Society.

Dlaczego urzędnicy Barnevernet zainteresowali się synem pani Teresy? Problem powstał, kiedy Kai przestał chodzić do szkoły, ponieważ był tam zastraszany – opowiada matka. Wielodniowe tłumaczenia urzędnikom agencji, że jej syn uczy się razem z nią w domu nie odniosły skutku. Władze postanowiły zabrać dziecko z domu i umieścić go w rodzinie zastępczej.

Kristiansen mówi, że od tamtej pory nie widziała swojego syna. Rozmawiała z nim tylko raz, w nocy, kiedy go zabrano. Mówi, że nie jest nawet pewna, gdzie jest. Wie tylko, że miejsce, w którym przebywa jest oddalone o 60 kilometrów.

Bez środków transportu, niezdolna do widzenia się z synem, ona i jej mąż są zdesperowani, aby się dowiedzieć, jak mu jest w tym nowym miejscu.

- Jest bardzo wrażliwym chłopcem, który nigdy się z nami nie rozstawał – mówi pani Teresa.

Kai Kristiansen

Kai Kristiansen

Matka uważa, że jej syn jest inteligentny, towarzyski i lubiany w okolicy, ale od jesieni był wielokrotnie prześladowany w szkole. Kiedy koledzy z jego klasy zaczęli mówić mu przed świętami Bożego Narodzenia, że zamierzaj go zabić, Kristiansen i jej mąż postanowili zabrać syna ze szkoły. Od 3 stycznia Kai więcej już do szkoły nie poszedł. Reakcją kierownictwa szkoły było wezwanie na pomoc urzędników Barnevernet.

- Poszliśmy na jedno spotkanie, potem chodziliśmy na kolejne z innymi urzędnikami. W końcu straciliśmy zaufanie i wiarę w to, że uda się sprawy załatwić pomyślnie. Myślę, że to, co zrobiło Barnevernet wynika z dużego nieporozumienia – mówi pani Kristiansen – Takie coś jest nie do pomyślenia w Kanadzie.

Nauka w domu (homeschooling) jest legalna w Norwegii, ale urzędnicy Barnevernet mówili jej, że obawiają się, że ich syn nie otrzyma odpowiedniego wykształcenia, nie będzie się „rozwijał socjalnie”.

- Uczyliśmy dziecko w domu tylko tymczasowo. Zamierzaliśmy go posłać do szkoły, gdy znajdziemy dobrą placówkę. W ogóle nie miało to oznaczać długoterminowego nauczania w domu – tłumaczy Kristiansen.

Matka przyznaje, że jej rodzina od dwóch lat, od przyjazdu do Norwegii zmaga się z trudnościami finansowymi, ale dbała o syna. Był dobrze odżywiony, był przyzwoicie ubrany. W jej rodzinie nie ma problemu z wykorzystywaniem dzieci, alkoholem czy narkotykami, które mogłyby sprowokować urzędników do tak ostrej interwencji.

- To nie mogłoby się zdarzyć w Kanadzie – powtarza, dodając, że zanim przybyła do Norwegii, sądziła, że jest to jedno z najlepszych miejsc do życia na świecie.

Prawnik Mike Donnelly potwierdza, iż władze norweskie przyznają, że Kai nie jest ofiarą rodzinnych zaniedbań czy nadużyć. Prawnik jest dyrektorem globalnej pomocy w amerykańskiej grupie o nazwie Stowarzyszenie Prawnej Obrony Szkoły Domowej (Home School Legal Defense Association), która zapewnia pomoc prawną dla rodzin, których dzieci uczą się w domu. Sprawdził korespondencję wysłaną przez norweskie władze opiekuńcze do rodziny i twierdzi, że jedynym zarzutem, jaki został postawiony rodzicom Kaia był fakt, że nie uczęszczał do szkoły. Podkreśla, że państwo Kristiansonowie nie kryli swojej decyzji o nauce syna w domu i poinformowali o niej szkołę i władze.

- Urzędnicy zrobili najazd na ich dom niespodziewanie. Rodzice nigdy nie zostali uprzedzeni. Nigdy nie powiedziano im, że jeśli dziecka nie umieszczą w szkole, to zostanie zabrane do rodziny zastępczej – mówi prawnik.

Donnelly zauważa, że przypadek Kaia nie jest wyjątkowy. Wiele rodzin zgłasza skargi dotyczące metod stosowanych przez pracowników Barneverneta, twierdząc, że odebrano im dzieci bez powodu.

W jednym z głośnych przypadków, z którymi Donnelly miał do czynienia było zabranie pięciorga dzieci w 2015 roku z rodziny rumuńsko-amerykańskiej z obawy o klapsy w domu. Po licznych zorganizowanych protestach w kilku europejskich miastach, w końcu dzieci zwrócono rodzicom po dziewięciu miesiącach separacji.

Kolejna sprawa z 2015 roku dotyczyła dwojga dzieci matki urodzonej na Litwie, które zostały zabrane pod bezpodstawnymi zarzutami o nadużycia.

W 2012 roku czeski prezydent Miloš Zeman porównał norweski system opieki zastępczej nad dziećmi z programem nazistowskim, jaki wprowadziły w czasach Hitlera Niemcy w celu rozmnażania aryjskiej rasy. Tak ostra reakcja prezydenta Czech nastąpiła po tym, jak dwoje czeskich dzieci zostało zabranych przez pracowników Barneverneta od pary mieszkającej w Norwegii z obawy przed nadużyciami.

Według Associated Press dzieci urodzone za granicą są w Norwegii trzy razy bardziej narażone na opuszczenie domów i przeniesienie do rodzin zastępczych niż rodowici Norwegowie.

Henrik Nielsen, rzecznik prasowy departamentu ds. dzieci w tamtejszym ministerstwie oświaty po obejrzeniu filmu zamieszczonego na Facebooku o zabraniu Kaia z domu powiedział, że nie może komentować tej sprawy. Ograniczył się jedynie do stwierdzenia, że przepisy dotyczące nakazu usunięcia dziecka z domu rodzinnego są niezwykle restrykcyjne, podobnie jak w innych krajach Zachodu. Musi istnieć zagrożenie dla rozwoju dziecka i troska o jego dobro, by władze mogły wkroczyć i zabrać dziecko i umieścić w rodzinie zastępczej.

- Służby opieki nad dziećmi nie działają bezpodstawnie – stwierdził dodając, że film na Facebooku przedstawia tylko „jedną stronę tej historii”.

Kristiansen mówi, że jej kontakty z Barnevernet rozpoczęły się w dniu, w którym przybyła do Norwegii. Po latach życia w Nowej Funlandii, gdzie Kai się urodził, rodzina postanowiła przeprowadzić się do rodzinnego kraju jej męża. Tam miała czekać na niego praca i jego najbliższa rodzina.

- Przybyliśmy tu z niczym. I poznaliśmy urzędników Barneverneta od pierwszego dnia, kiedy tu przyjechaliśmy. Powitali nas proponując nam swoje usługi socjalne. I od tej pory stale byliśmy pod ich obserwacją.

Okazało się, że Leif pracy nie znalazł. Próby stworzenia młodzieżowego klubu piłki ręcznej w mieście As (wymawia się „Oss”) spaliły na panewce. Tak więc w początkowym okresie mieli sporo problemów bytowych.

Władze, mimo starań, nie przyznały pani Teresie statusu rezydenta Norwegii, co za tym idzie nie miała prawa do podjęcia legalnej pracy, co poprawiłoby ich sytuację materialną. Jest przekonana, że niskie dochody jej rodziny odegrały kluczową rolę w decyzji urzędników o odebraniu im dziecka.

- Z biednym wielkie państwo może zrobić co chce – mówi.

Rodzina skontaktowała się z kanadyjską ambasadą, ale urzędnicy powiedzieli jej, że niewiele mogą w tej sprawie zrobić, ale że oferują wsparcie dla rodziny.

Stowarzyszenie Prawnej Obrony Szkoły Domowej zobowiązało się, że „zapewni radcę prawnego rodzinie Kristiansenów”, jeśli rodzice Kaya zdecydują się na wniesienie sprawy do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Pani Kristiansen żałuje, że wcześniej nie szukała porady prawnej. Ma nadzieję, że prawnik z Oslo im pomoże.

W tej chwili ona i jej mąż mają prawo do jednego, kontrolowanego przez urzędnika, dwugodzinnego spotkania z synem raz w tygodniu. Rodziców czeka teraz kilka spraw sądowych, kolejne spotkania z władzami, po których – mają nadzieję – ich syn powróci do domu.

- Bardzo kochamy naszego syna. On jest zawsze najważniejszy. Jest naszym jedynym dzieckiem – mówi pani Kristiansen.

Problemy rodziny Kristiansen nie są wyjątkowe. Niedawno szerokim echem odbiła się informacja o tym, że rodowita Norweżka przyjechała do Polski, gdzie zwróciła się o przyznanie jej azylu. Wszystko przez to, że Barnevernet chciał jej odebrać dziecko. O tej sprawie można przeczytać TUTAJ.